Doczu, mówisz i masz :)
W ogóle dzięki za ciepłe słowa :)
Dziś w Biesach dzień ostatni, ale nie odchodźcie od telewizorów! W poniedziałek epilog
Środa, 11 października
Około 8 budzą mnie nieletni towarzysze zza ściany. Za wczorajszą karność prawie ich polubiłem, czuję się rześko, więc przeciągam się i zrywam z wyrka. I to jest mój błąd. Przeszywa mnie ból promieniujący z lewej stopy. Z niedowierzaniem oglądam niewielkie krwawiące pęknięcie. Przysiągłbym, że wczoraj go nie było! Na pięcie skóra przecięta jak nożem na długości 2-3 centymetrów. Teoretycznie żaden dramat, ale ból nieporównywalnie duży. Ki diabeł? Nie mam opatrunków, ale nic to, Baśka - w drodze na Okrąglik zaopatrzę się w sklepie ABC. Ostrożnie zakładam skarpety. Nieszczęscia chodzą parami, więc dostrzegam, że pęknięcie na bucie też się powiększyło. Przynajmniej nie będę targał alpinusów z powrotem, a dziś wytrzymają.
Wyruszam po śniadaniu. Kupuję plastry i na ławeczce przed sklepem dokonuję operacji na otwartej pięcie. Póki idę po asfalcie, jest całkiem OK. Zapominam więc o stopie, skręcam w las, zanurzam się w zieloność i jak łódka brodzę. Zatrzymuję się pod nieczynnym wyciągiem i przez chwilę w cielęcym zachwycie gapię się na oświetlony słońcem Smerek i resztę Wetlińskiej. Sielankę mąci tylko dobiegający zewsząd jazgot pił motorowych we wsi. Nieomylny znak, że zbliża się zima. I to surowa! Mijam wypasioną hacjendę (wiecie, kto tam mieszka?!) i rozpoczynam wspinaczkę. Jest pięknie i cicho. Jednak wkrótce ciszę przerywa jęk. Mój jęk. Pięta boli coraz bardziej. Zaciskam zęby i kontynuuję. Około południa zdobywam Jawornik. Rozsiadam się na trawie i ściągam but. Skarpetka do połowy przesiąknięta jest krwią. Szfak... Zmieniam opatrunek, wyciągam piwko i robię kanapki z „tyrolską” (wiecie, skąd ta nazwa?!). Relaksuję się tak jakąś godzinkę. Ból ustaje (pisałem przecież, że piwo jest dobre na wszystko!), skarpetka przeschła, więc postanawiam dojść przynajmniej do Rabiej Skały. Ale dupa – po kilku krokach znów pięta daje znać o sobie. Wzdycham więc i zawracam. Nie ma co, mocny akcent na koniec wyprawy...
Utykając docieram do Starego Sioła. Przy parkingu, na którym zawracają busy, siadam na tarasie. Wcześniej w kilku miejscach próbowałem skosztować pierogów z jagodami, ale nie miałem szczęścia. Podobno z powodu suchego lata jagód było mało, więc knajpiarze skupili niewielkie ilości. Teraz widzę w menu naleśniki z mrocznym przedmiotem pożądania, więc zacieram ręce i zamawiam. Podnoszę do ust pierwszy kęs. Jagody są ze sklepowej konfitury. Bueee, niesportowo...
Przypominają mi się wetlińskie pierogi z jagodami sprzed 20 lat. Malutki bar w piwnicy jednorodzinnego domku, domowe ciasto, pierogi klejone na miejscu i gotowane w wielkim kotle. Każdy spust błyskawicznie lądował na talerzach zgłodniałych wędrowców, którzy na swoje 8 sztuk czekali bez szemrania po dwie godziny. Jeśli chcieli dokładkę (a zazwyczaj chcieli, bo smak był niepowtarzalny), czekali kolejne dwie.
Po przekąsce ruszam do schroniska. W pokoju biorę prysznic, zmieniam opatrunek i zaczynam się powoli pakować – autobus do Rzeszowa odchodzi jutro o 5 rano. Gdy się ogarniam, nadal jest nieprzyzwoicie wcześnie, jakaś 16. Co tu robić? Hyhy... Jak dobrze, że bar jest tak blisko. Kuśtykam więc i zamawiam piwo. Przy okazji sprawdzam stan gotówki. Ożesz ty... Duże miasto najwyraźniej stępiło moją czujność. W Biesach nie poświęcałem większej uwagi zawartości portfela, a teraz stwierdzam, że zostały mi 33 złote. Na PKS powinno starczyć, chociaż... nie jestem pewien. Do Rzeszowa jakieś 150 km. W każdym razie nie zaszaleję na pożegnanie. Z piwem schodzę nad Wetlinkę i rozsiadam się na kamieniach. Szum działa kojąco. Popijam browar i znów oddaję się wspomnieniom. Na przykład tym, jak to w szczenięcych latach szliśmy z moim kolegą Markiem z plecakami środkiem tego samego nurtu (czasem po kostki, czasem po pas w wodzie) i na całe gardło śpiewaliśmy: „Niech żyje bal!”. A dziś ledwo robię półdniowe trasy, a Marek jest poważnym managerem w poważnym banku, więc woli grać w squasha.
Wracam do baru z zamiarem zaryzykowania jeszcze jednego piwa, ale od progu wita mnie ciżba i hałas - grupa zwaliła się na kolację. Żegnam się z miłą właścicielką obiecując zostawić rano klucz w drzwiach i wracam do pokoju. Przygotowuję kanapki na jutro, nastawiam budzik na 4 i zalegam w wyrku gapiąc się bezmyślnie w sufit. No, może nie tak całkiem bezmyślnie – zastanawiam się, co zrobić ze zniszczonymi (a od dziś także zakrwawionymi) butami. Po prostu wyrzucić do kubła na śmieci? Jakoś tak... nieswojo. Rytualnie utopić w rzece lub zakopać w ładnym miejscu? Piękny gest, ale miejscowy ekosystem mógłby tego nie znieść. Chyba zapadam w drzemkę, bo w pewnym momencie otwieram gwałtownie oczy nie wiedząc, gdzie jestem. Słyszę jakieś radosne okrzyki na korytarzu. Rozumiem z nich, że Polska z kimś wygrała w piłkę kopaną. Jakoś mnie to nie rusza, więc znów zasypiam.



Odpowiedz z cytatem