Tym oto sposobem wiadomo już że na Przełęczy Żebrak można bywać pod warunkiem że jedzie sie z dobrej strony.
ale czas kończyć opowiadanie o przygodzie.
Kierując się na Smolnik trafiamy na ścieżkę biegnącą po grani. Na początku wygląda jak droga zrywkowa ale wkrótce
odsłania swoje chimeryczne oblicze. Trzeba dobrze popracować wyobraźnią aby ją dostrzec przemykającą się między krzakami
Czas połyka kolejne minuty a my ciągle poruszamy się lasem , nie mając jakiegoś konkretnego punktu odniesienia.
Nieubłaganie zbliża się godzina 18-sta.- godzina ciemności. Bez zastanowienia odpadamy z grani w pierwszą napotkaną dróżkę w stronę Smolnika.
Nasuwający się zmrok pogania nasze kroki. Przy wyjściu z lasu zaliczamy jeszcze strefę błota. Ach to bieszczadzkie błoto, kto go nie zaliczył
na swoich butach ten jeszcze nie poznał tej krainy.
Osiągamy główną drogę opodal cerkwi, ciemność już nie przeszkadza aby obrać kierunek ku Zagrodzie Chryszczata. Jeszcze tylko odrobinę naiwnej nadzieji
na otwarty sklep – wszakże picie dawno się już skończyło. Kraty na drzwiach rozwiewają definitywnie.
Nocny spacer przez cały Smolnik ukazuje , że to jest jednak koniec świata. Ciemno wszędzie , głucho wszędzie.
Na szczęście Zagroda przywitała nas radosnym ogniem paleniska i zasłużonym piwem.
Poranek przyniósł leniwe mgiełki snujące się nad Osławą.
Z mgiełki tej wyłoniły się westernowe obrazki : kryte wozy, ciągnione przez konie.
I znów wróciła ta prześladowcza myśl : a może to jest wreszcie ta Prawdziwa Przygoda w Bieszczadzie.
Wozami podróżowali turyści poznający okolice
Dawały one niesamowity kolort temu miejscu.
Skąd się wzięły ? Niestrudzony gospodarz sąsiedniej Latarni (chyba wszyscy znają Wojtka zwanego Kijem)
organizuje wyprawy nawiązujące klimatem do dawnych pionierskich czasów.
aby z gitarą i śpiewem łemkowskich dumek i kołomyjek zostawić prawdziwie bieszczadzkie wrażenie.
Ech Bieszczady, Bieszczady !
I to już koniec rozważań na temat przygody.


Odpowiedz z cytatem