Rano robimy nic. Lubimy to robić (Z Bertranda, 2011)
właśnie, wziąłby człowiek amunicję
eksportową śliwowicję
drzwi opatrzyłby w inskrypcję:
"przedsięwzięto ekspedycję" (MamciaDwaChmiele,2012)
Derty napisał
spróbujmy więc szukac dalej ...Pytanie proste, a z odpowiedzi kilka książek
c.d.
Karawana idzie dalej.
Ogon zawrócił to może i lepiej niż miałby się rozsypać w trasie.
Przechodzimy przez most na Osławie w którego perspektywy widać coraz więcej drzew nabierających jesiennych rumieńców.
Mijane domostwa w Perełukach jak zwykle wywołują to same pytanie : z czego tu ludzie żyją i jak jest to możliwe ?
A czas płynie tam jeszcze wolniej niż woda w pobliskiej rzece, och jak wolno.
Zakurzona droga wydłuża odległości, zakrzaczone pobocza nie pozwalają oglądać pięknego mostu na Łokciu.
Gdyby komuś zależało to byłby lepszy efekt niż dają piękne kolorowe tablice Urzędu Gminy.
Ale tam.
W Duszatynie robimy małą przerwę na posiłek i ruszamy zostawiając za sobą ostatnie domy i kilka samochodów parkujących turystów.
Zostawiamy za sobą cywilizację idąc w stronę przygody.
Ale, ale - nie koniecznie.
Po półgodzinnej wędrówce, gdy zrywkowa droga się zwęziła słyszymy doganiający nas warkot.
I nie jest warkot stara 66 które tak pięknie toną tu w błocie.
Naszym oczom ukazuję się lśniący motor wiozący romantyczną parkę.
Nie zważając na wcześniejsze zakazy pomknęli obok nas
Dalej w górę.
No tak – pomyślałem – teraz już wiem na czym polega
Prawdziwa Bieszczadzka Przygoda.
Trzeba tylko dojechać pięknym motorem w towarzystwie ślicznej dziewczyny nad romantyczne jeziorka
aby tam spędzić niezapomniane chwile.
Plecak mi się przekręcił z wrażenia.
Chwilę potem doszliśmy do tej parki. Chłopak usiłował wytłumaczyć motorkowi żeby się nie bał błota po kostki,
Lecz motorek na poznańskich numerach wykazywał racjonalizm poznaniaka i nie chciał ruszyć.
Miła dziewczyna zapytała nas o drogę, więc pocieszyliśmy ją że to już niecała godzina.
Nie spotkaliśmy się już.
Tak. To na pewno był sposób na prawdziwą bieszczadzką przygodę.
Cdn.
i jeszcze parę obrazków
Wszystkich czytających ten wątek zachęcam do podzielenia się swoimi uwagami na temat Prawdziwej Bieszczadzkiej Przygody.
A teraz zapowiadany ciąg dalszy. Ciąg dalszy nastąpił bardzo szybko , może po 20 minutach w czasie których
Mozolnie wspinaliśmy się do góry taszcząc na plecach nasze plecaki.
Na tym przedostatnim odcinku droga dość mocno wznosi się do góry.
Nic to - dogania nas warkot, tym razem grubszy i głośniejszy. Oglądam się do tyłu ze zdziwieniem.
Ależ tu dzisiaj ruch na tej trasie.
Terenowy jepik zatrzymał się na chwilę aby zredukować przełożenie i ruszył śmiało do góry.
Droga ostro do góry , ale on wydobywał moc z baniaków i nie dawał się.
Przejeżdżając obok dodał gazu aby przeskoczyć kamień . Zachłysnąłem się głęboko rzeźkim powietrzem.
Ze zdziwienia przystanąłem. Dzięki temu mogłem przeczytać na drzwiach tej terenówki napis w języku angielskim .
Mówił wyrażnie że to Biuro Podróży umożliwi przeżycie Prawdziwej Przygody w Bieszczadzie.
Zrozumiałem
Trzeba po prostu zapłacić i oni zagwarantują mi to przeżycie.
i nie muszę się martwić ani o zakup samochodu, ani o pozwolenie wjazdu tam gdzie nie wolno jechać,
Dobrze by było usposobić się odrobinę antystresowo. Ale na szczęście znam takie płyny.
Otarłem pot z czoła (od nadmiaru wrażeń) i ruszyłem dalej w górę aby nadgonić prawdziwą przygodę.
Stała jakieś pięć minut przed jeziorkami. Dlaczego nie dojechał nad sam brzeg ??
Tego nie wiem.
Wiem , że miałem okazję zobaczyć prawdziwą przygodę którą przeżywały osoby z tego autka.
Siedziały nad brzegiem.
Dla uzupełnienia dodam że nie było widać aby byli to niepełnosprawni.
Ciąg dalszy jeszcze będzie.
... a wogóle to nad jeziorkami było ślicznie, popatrzcie sami.
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)