Strona 4 z 7 PierwszyPierwszy 1 2 3 4 5 6 7 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 31 do 40 z 63

Wątek: Ambicja poskromiona

  1. #31
    Bieszczadnik Awatar deszcz1
    Na forum od
    08.2006
    Rodem z
    Łódź
    Postów
    86

    Domyślnie Odp: Ambicja poskromiona

    PS

    Kilka uwag dotyczących mojej opowieści;
    -wybaczcie formę i krótkie "odcinki" ale pisałem na bieżąco, w dodatku komputer który udostępniła mi siostra (gorące dzięki)wciąż kryje przede mną wiele tajemnic.
    - przepraszam za liczne literówki( starałem się je poprawiać)ale patrz wyżej
    -Marcowego serdecznie pozdrawiam,jakkolwiek powodowały nami, chyba podobne nieco egoistyczne ( chęć powrotu w ukochane miejsca i zabrania tam jeszcze kogoś) motywy, to obca chyba nam była myśl o konkurencji.Jego opowieść świetna.
    Ostatnio byłem w Biesach dwa razy; raz sam ( z Wami )i raz z Marcowym ( z Wami.
    -aha, przepraszam miłośników wątków romansowych; mój ogrniczył się naprawdę tylko do piegów.;-)
    Ostatnio edytowane przez deszcz1 ; 03-11-2006 o 18:17
    Pozdrawiam
    Слава Польщi та Українi!

  2. #32
    Bieszczadnik Awatar Astra:)
    Na forum od
    01.2005
    Rodem z
    Rzeszów
    Postów
    173

    Domyślnie Odp: Ambicja poskromiona

    :) Poczytałam z uśmiechem- barwnie opowiadasz:) Przyjemna relacja :) Pozdrawiam
    V CZART Granie

  3. #33
    Bieszczadnik Awatar Henek
    Na forum od
    01.2004
    Rodem z
    Rzeszow
    Postów
    1,003

    Domyślnie Odp: Ambicja poskromiona

    Zasiadłem do kompa aby skończyć swoją relację , aż tu natknąłem się na to opowiadanie. Umknęło mi wcześniej.
    Tak się zaczytałem że skończył się mój czas dostępu.
    Po prostu wciąga na amen . Fajowa relacja.

  4. #34
    Bieszczadnik
    Na forum od
    07.2004
    Rodem z
    Warszawa/Zamość
    Postów
    78

    Domyślnie Odp: Ambicja poskromiona

    Mi też podoba się ;-)

    Henku,
    kopę lat Serdecznie pozdrawiam z drogi do Zamościa.

    Marcin Ząbek
    Pozdrufki,
    Marcin Zombie

  5. #35
    Bieszczadnik Awatar deszcz1
    Na forum od
    08.2006
    Rodem z
    Łódź
    Postów
    86

    Domyślnie Odp: Ambicja poskromiona

    Uwaga!
    Schron na Negrylowym nieczynny
    zarządzenie dyrekcji
    Nie wiem czy ta informacja już jest, bo piszę per prokura.
    Pozdrawiam
    Слава Польщi та Українi!

  6. #36
    Bieszczadnik Awatar deszcz1
    Na forum od
    08.2006
    Rodem z
    Łódź
    Postów
    86

    Domyślnie Odp: Ambicja poskromiona

    Oczywiście :" per procura". Przepraszam, jako się rzekło nie moja to robota.
    Ale teraz serio, jestem w Komańczy i piszę osobiście.Postaram się jakoś, kiedyś - zrelacjonować tę wyprawę.
    Schronisko w Komańczy ma internet.I trudno; znaki czasu.
    Ostatnio edytowane przez deszcz1 ; 17-04-2007 o 18:22
    Pozdrawiam
    Слава Польщi та Українi!

  7. #37
    Bieszczadnik Awatar deszcz1
    Na forum od
    08.2006
    Rodem z
    Łódź
    Postów
    86

    Domyślnie Odp: Ambicja poskromiona

    Środa 11 kwietnia

    Szczerze mówiąc to chciałem w Biesy pojechać, a uciekałem. Jakoś tak splotły się ważne dla mnie rzeczy, że obumarły; i ambicja i entuzjazm.
    Chociaż, czułem też; jakbym po prostu wracał. Zabawne, że kiedyś na forum czytałem o tym jak niebezpieczne bywają właśnie te góry: ja wracałem po poczucie bezpieczeństwa, do połonin z nieogarnionym widokiem, do gęstwy nie przepatrzonej …, zresztą; sami wiecie.
    Wylądowałem w Ustrzykach Dolnych ale jakoś tam się jeszcze, jak w domu, nie poczułem. Było ok. 19 gdy wsiadałem do ostatniego autobusu jadącego do Ustrzyk Górnych.
    Wymyśliłem sobie, że nawiedzę „worek”, który jak dotąd, wymykał się moim zapędom.
    Zanocować postanowiłem w Lutowiskach. Zgłosiłem się w placówce Parku; zastałem tam pana pochłoniętego ustawianiem ludzi do punktów kasowych, na sezon. Gdy już wysłuchałem telefonicznych pogwarek, zapewniających prawidłowe funkcjonowanie instytucji Parku Narodowego, sympatyczny skądinąd, umundurowany jegomość spisał moje dane i poprowadził do pokoju. Schludne i ciepłe wnętrze zmieniło się wraz z moim pojawieniem w mały Sajgon. I tu pewna dygresja; nim wyjechałem poczyniłem pewne zakupy, zadłużając się przy tym niemiłosiernie. Ale stałem się właścicielem: plecaka, śpiwora, jeszcze jednej, awaryjnej a zarazem codziennej pary butów, kurtki, karimaty, która się nijak wzdłuż plecaka przypiąć nie dała i w każdym wąskim przejściu przypominała mi, że jestem kretynem, tudzież płachty biwakowej i ślicznej czołówki, która dopiero teraz znalazła zastosowanie; gdy późno wracam z pracy i chcę poczytać w zaciemnionym busie.
    Krótko mówiąc, czułem się gotowy przyjąć każde wyzwanie, może prócz opanowania chaosu, który wypełzł z plecaka. Nim udałem się na spoczynek nie omieszkałem pokrzepić się w, o dziwo, czynnym barze, który wedle powszechnie znanych miastowych zwyczajów nawiedziła miejscowa młodzież. Ani mi się śniło spędzić wieczór z nimi, niczego im, oczywiście, nie ujmując. Usiadłem na ławeczce, na parkingu przy kościele i oddałem się kontemplacji zupełnie nie miastowego nieba. Nagle, skądś od strony Ustrzyk G. dobiegły mnie, zrazu ciche, odgłosy szybkich kroków, by nie rzec biegu i jakieś niewyraźne złorzeczenia. Z czasem słowa stały się na tyle wyraźne bym nie mógł ich tu cytować, a dotyczyły jakiegoś lisa. Po przeciwnej stronie ulicy pojawił się tupiący facet, a przed nim istotnie pomykał spłoszony rudzielec. Znudziła go już widać zabawa z człowiekiem bo przeciął jezdnię i zniknął poza obrębem świateł, tuż obok mnie.
    Pora spać – pomyślałem. Coś niemile pohukiwało na kościelnej wieży ale niebo było piękne i nawet nieźle z owymi dźwiękami współgrało.

    Czwartek 12 kwietnia

    Raniutko, na ile organizm pozwolił, zszedłem uregulować należność i nie bez przyjemności odkryłem, że tęgawy jegomość w khaki zmienił się ładna blondynkę. Tak ładną, że aż kupiłem u niej jeszcze jedną, zresztą, dobrą mapę ( W. Krukara )
    Spokojnie ruszyłem drogą na południe. Zupełnie nie miałem pomysłu jak dostać się do Tarnawy.
    Na moście w Prościanem postanowiłem odkurzyć aparat; w samą porę by na tym procederze przyłapała mnie Straż Graniczna w osobach dwóch funkcjonariuszy, zdaje się na hondach.
    Konwersacja przebiegała, jak sądzę, bo nie bywam zbyt często legitymowany, standardowo.
    Rzeczowo i krótko; skąd dokąd, po co, co fotografuje. Właściwie to nie poczuwałem się do obowiązku udzielania wyjaśnień, uważałem, że wyglądam dostatecznie wyraziście, że „ turystę kwalifikowanego” można we mnie wyczuć, grzecznie jednak odpowiadałem na pytania jednego i próbowałem wyłowić, co też przez krótkofalówkę mówi i słyszy drugi, wertujący mój staromodny dowód osobisty. Na koniec, ten „ przesłuchujący” rzucił: - Zawiózłbym pana do tej Tarnawy ale …, - powodów nie dosłyszałem i choć nie łudziłem się, uznałem, że to miły gest; takie zhumanizowanie stosunków państwo – obywatel. Facet nigdzie mnie nie podwiózł, a ja byłem mu, przez moment, autentycznie wdzięczny – niewiele potrzeba by życie uczynić przyjemniejszym.
    Postanowiłem kontynuować ten styl nawiązując rozmowę z listonoszem spotkanym nieopodal – myślałem, że może podrzuci mnie swoim „ maluszkiem”; okazało się, że i owszem do Tarnawy zawita ale, gdzieś tam, kiedyś. No, tyle to ja czasu nie miałem. Poradził mi bym poczekał na szkolny autobus. I tak też zrobiłem. Długo nie czekałem. Było już koło południa, gdy zapakowałem się do czerwonego busa, przywitany gromkim: „ dzień dobry” kilkorga nieletnich. Podróż kosztowała mnie 5 ale mogła i nic, ot miałem gest, zasoby finansowe zacząłem, wszak, dopiero naruszać.
    W Tarnawie, tradycyjnie, okazałem się jedynym gościem; miło mi się gawędziło z wąsatym szefem interesu. Miał facet marketingowe zacięcie: na tle mapy opowiadał mi o okolicy, niewiele z naszej rozmowy pamiętam, a szkoda; coś tam było o ograniczeniach ruchu turystycznego, on podkreślał spowodowane tym straty, ja nie bacząc na mój status, zyski. Oczywiście osiągnęliśmy kompromis pt.: „turystyka zrównoważona” – cokolwiek to znaczy. Jak już uporządkowaliśmy kwestie Parku, udałem się naprzeciwko do leśniczego, zapytać o schron nad Negrylowym. Leśniczy, Tomasz jak się później dowiedziałem, oznajmił, że obiekt jest nieczynny i przeznaczony do likwidacji; obaj wyraziliśmy żal z tego powodu i pożegnaliśmy się wymieniając kurtuazyjne uśmiechy.
    Niesyty wrażeń ruszyłem na penetrację okolicy. Moją uwagę zwróciły zabudowania stadniny. Jakiś diabeł kusił mnie do zawarcia bliższej znajomości z kimś kto nie będzie miał nic do powiedzenia, za to przyjaźnie parsknie. Najbezczelniej w świecie sforsowałem ogrodzenie i co tu dużo mówić; zakradłem się do stajni. Na co dzień, rzadko zdarza mi się obcować z organizmem większym niż ja; hucuły były więc egzotyką co się zowie. Pogadaliśmy pogłaskałem pulsujące chrapy.
    Na zewnątrz zauważyłem dwóch ludzi, łazili po terenie żywo dyskutując i coś tam sobie notując. Moja obecność oderwała ich o tych zajęć; zagadnęli co tu robię. Nieśmiało ujawniłem ułańskie pragnienia. Niestety, nic z tego.
    Dobra , sam dam sobie radę.
    Nie dałem.
    Nad potokiem spotkałem dwa koniki, które ot tak sobie spacerowały. Uznałem, że przyda się im towarzystwo i dalej poszliśmy razem. Kozacka dusza rwała się na grzbiet ale postanowiłem negocjować i nie robić niczego pochopnie. Głaskałem koniki, dziady im z grzyw wydłubywałem, gadałem do nich. Lazłem tak z nimi, aż sprowadziły mnie w pobliże młodej miejscowej niewiasty, miały widać więcej rozumu niż ja i szukały tłumacza.
    Czy to wspomniana mołojecka dusza, czy obecność płci przeciwnej ( choć jedno drugiego nie wyklucza ), dość, że się w tych kontaktach rozzuchwaliłem i uznałem koniki za starych znajomych.
    A ostrzegała mnie.
    Wyszły na drogę, my z nimi.
    Nie podchodź do niego – mówiła – kopie i gryzie. Do tej pory ani jedno, ani drugie mnie nie spotkało więc,przekonany o szczególnej więzi łączącej mnie i konie, nie reagowałem.
    Nawet nie wiem kiedy i jak ( jak? No, kopytem i mocno); zarobiłem w lewe udo jak z armaty, nie upadłem, nawet próbowałem zrobić dobrą minę ale ból był taki, że musiałem znaleźć oparcie. Pokuśtykałem do parkanu.Bolało jak diabli.
    - A nie mówiłam? –
    Jezu, jakbym miał żonę.
    No mówiła, ostrzegała…
    Ale wiecie co? Ja się cieszę, że mnie kopnął, nie żebym drugi raz tam stanął, jak do fotografii ale to jest coś – koń mnie kopnął. Szkoda, że nie w głowę.
    Zaniepokojonych uspokajam; koń ma się dobrze, choć wątpię by szybko odzyskał przekonanie o intelektualnej wyższości naszego gatunku.
    Uznałem, że już najwyższa pora udać się na spoczynek; póki jakiś kolejny plan nie narodzi się w mojej głowie. Cyknąłem nad potokiem kilka fotek, cudownie ocalałym aparatem i poszedłem spać obiecując sobie,że nogę obejrzę jak już się zdecyduje w jakim jest stanie.


    P.S.
    Wiem, że to drugie zdjęcie jest fatalne.Ale jego wartość sentymentalna jest nie do przecenienia.
    A poza tym nie ja je robiłem.To tak tytułem usprawiedliwienia.


    CDN
    Załączone obrazki Załączone obrazki
    Ostatnio edytowane przez deszcz1 ; 02-05-2007 o 19:39
    Pozdrawiam
    Слава Польщi та Українi!

  8. #38
    Poeta Roku 2010
    Poeta Roku 2009
    Poeta Roku 2008

    Awatar WUKA
    Na forum od
    07.2006
    Rodem z
    Toruń
    Postów
    3,908

    Domyślnie Odp: Ambicja poskromiona

    Pięknie piszesz!Dzięki,że mogłam z Tobą "powędrować"w ten wyjątkowo nudny.miejski weekend!Dalej,dalej....
    Pozddrawiam.WUKA

  9. #39
    Juliana
    Guest

    Domyślnie Odp: Ambicja poskromiona

    Witam! Jestem tutaj pierwszy raz i bardzo mi sie podobają te Wasze opisy!

  10. #40
    Bieszczadnik Awatar deszcz1
    Na forum od
    08.2006
    Rodem z
    Łódź
    Postów
    86

    Domyślnie Odp: Ambicja poskromiona

    Piątek 13 kwietnia


    W sumie wcześnie poszedłem spać, więc i z pobudką nie miałem problemów. Fajnie jest gdy słońce dyktuje rytm dnia.
    Noga spuchła i bolała. Stwierdziłem jednak, że działa ( dowlokłem się do łazienki), więc, z grubsza, wszystko ok..
    Zameldowałem się u szefostwa interesu i oświadczyłem, że zostaję na kolejną noc, a teraz wyruszam do Sianek. Jako, że jestem całkowicie wyzuty z przesądów pokrzepiłem się wcześniej piwem.
    Zaraz za zakrętem drogi, nieopodal krzyża, spotkałem ofiary moich wczorajszych prześladowań pasące się na nieprzyzwoicie piękny tle zaśnieżonych szczytów. Musiałem to uwiecznić; nie zbliżyłem się jednak na długość końskiej nogi.
    Wędrowałem sobie nużącym asfaltem, aż skusiło mnie zejście do Sanu ( na mapie miejsce to nazywa się Zawadka )
    No nie sposób odmówić sobie fotografii słupka granicznego z drugiej strony.Na stromym wzniesieniu, pośród chaszczy, widoczny był słupek ukraiński. Poczułem się jak w domu. Bezpaństwowiec.
    Usiadłem na brzegu. Paliłem papierosa, gapiłem na wodę, przeciwległy brzeg, na odległe szczyty; było ciepło i słonecznie. Inny San dotąd znałem, nawet ten w Prościanem wyglądał dużo poważniej, a tu rzeczułka. Słońce leniwie wznosiło się nad Ukrainą, a mnie zupełnie odechciało się wędrówki; suche, słomowate trawy szeleściły cicho, rzeka Grala równie dyskretnie. Jezu, po co komu, coś więcej?
    Obłoki tylko pędziły. Ponaglały.
    Torfowiska; jedno, że się tak wyrażę: nieczynne – wegetacja, jak sądzę, trwała ale nie mogłem tego sprawdzić bo kładka się rozsypała, następne dopiero zaczynało, właściwie to nawet nie, po prostu było potencjalnie piękne.
    Oczywiście pochylałem się nad każdym objawem życia flory ale spektakularne to nie było.
    Droga, jako się rzekło była nieco nużąca ale mnie udało się znaczny jej odcinek, dzięki uprzejmości pewnych państwa, przebyć w tempie ekspresowym. Podrzucili mnie do Bukowca. Nawet zmówiliśmy się na drogę powrotną ale niezobowiązująco. Oni ruszyli w prawo, ja w lewo i słusznie bo Beniowa okazała się być zupełnie zjawiskowa. Lipa nieopodal bacówki; jednocześnie pomnik i znak orientacyjny, wspaniale samotna ale przyjazna.
    Szczerze mówiąc, to miałem, w czasie tej wędrówki, trochę przytępione zmysły i nie był to skutek końskiego, a raczej „ żubrzego” kopnięcia. Chłonąłem wszystko ale chyba nie do końca świadomie; pierwszy raz tam byłem, a tyle tego wszystkiego: tam widoczek, tam granica, tu krzaczek, tam znów drzewo, o i nawet pociąg po ukraińskiej stronie.
    Wszystko wymagało uwagi, a mnie znów się zdawało, że mam za mało czasu ( cywilizacyjna choroba ). Nasiąkałem atmosferą; teraz wiem, że po to by wrócić i rozpoznawać to co widziałem, nazywać i podziwiać.
    Stały punkt wypraw w Biesy: cmentarz i cerkwisko. Nie można tych miejsc ominąć. To znaczy, ja nie mogę, nie umiem. Coś tam ciągnie. Duchy wołają? Piękny słoneczny dzień, nic w nim z atmosfery „Dziadów”; za to cicha nostalgia, nie krzyki i wołania ale spokojne szepty, samotna zbryzgana światłem „łódź”, a na niej ryba. Stłuczony garnek. Tego trzeba dotknąć.
    Krzyże. Znaki zmartwychwstania tam gdzie odradza się już tylko przyroda, niech trwają; jakieś znaki są w życiu potrzebne, te krzyże, przed którymi nikt już nie szepce modlitw, mocno mi się wryły w pamięć.
    Nie zaszedłem do schronu nad Negrylowym, nikogo w pobliżu nie widziałem; choć budynek był otwarty ( wietrzył się przed rozbiórką? ) jakoś nieskoro było mi wchodzić, nie żeby przerażały mnie koślawe ściany, najwyraźniej sugerujące rychły upadek, szczerze mówiąc wyobrażałem to sobie dużo gorzej, po prostu chciałem już dotrzeć do „ grobu hrabiny” ( a hrabia to co ?). Gnała mnie tam osobista intencja ale i zwyczajna chęć dotarcia jak najdalej.
    Wędrowałem sobie, w nieco niefrasobliwym poczuciu, że idę niemal granicą; zszedłem niespodziewaną łąką, ku czemuś co zdaje się było folwarkiem Stroińskich. Pokręciłem się trochę bez sensu, chyba w nadziei, że pan Franciszek wyjdzie nagle zza drzewa i objaśni mi wszystko, jak to możliwe; gdzie te siedem restauracji, gdzie goście, gdzie mieszkańcy. Ja naprawdę nie rozumiem. Najbardziej przeraża mnie myśl, która pojawia się czasami; tak jest lepiej, piękniej, ciszej, spokojniej. Do szczętu skretyniałem.
    Dotarłem do grobu. Usiadłem naprzeciw. Miałem poczucie pewnej niestosowności fotografowania się na takim tle ale i tak wyjąłem statyw i pstryknąłem zdjęcie. Musiałem tam spędzić chwilę.
    Przez moment myślałem by pójść dalej ale zupełnie nie miałem ochoty całej drogi powrotnej odbyć pieszo. Żałuje ale trzeba na to patrzeć inaczej, zostało jeszcze cos do odkrycia. Zresztą, jako się rzekło: wrócę i tak.
    Spokojnie ruszyłem przed siebie. Minąłem rodzinę, która podrzuciła mnie do Bukowca.
    Starsza latorośl uznała za stosowne zagadnąć – Jak tam, fajnie?-
    Poczułem się w obowiązku ukierunkować myśli młodzieńca: - Nie wiem, czy groby bywają fajne. Sam zobaczysz.-
    Chyba pożałował swojej otwartości. Jakoś nie miałem wyrzutów sumienia. Zastrzegłem, żeby na mnie nie czekali: jak będę, to będę.
    Tym razem poszedłem drogą nad Beniową . Jak już dotarłem do łąk otwierających widok na wschód aż mi się chciało zbiec ku samotnej lipie.
    W Bukowcu odkryłem, że jest tam coś jeszcze; prócz wiaty, ogrodzenia, bramy i kadzi.
    Zaszedłem do drewnianej chatki, przed którą na ławie, spokojnie czytała jakaś niewiasta w barwach ochronnych. Poprosiłem o wodę; zaoferowała mi herbatę ale podziękowałem, ciało domagało się płynu w możliwie najprostszej postaci. Byłem taki wyschnięty bowiem w swojej olśniewającej wszechwiedzy nie uwzględniłem standardowego 1, 5 litra.
    Chwilkę pogawędziliśmy; jeszcze raz potwierdziłem informacje o schronie i w intencji nie burzenia komuś tak uroczego spokoju oddaliłem się pośpiesznie.
    Po drodze spotkałem ( zatrzymałem), zapowiedziany przez pracowników leśnych samochód.
    Oni sami nie wydawali się być pochłonięci pracą, cos tam pogryzali i najwyraźniej zmierzali tak spędzić czas do 19, o której; „może się zbiorą”, dodatkowo, mieli też zabrać jakąś tajemniczą, jak zrozumiałem – uszkodzoną część sprzętu. Gabaryty wyżej wymienionej, w połączeniu z późna porą ewentualnego odjazdu wykluczyły mnie z tego towarzystwa.
    Na szczęście spotkałem wspomniane już auto.
    W drodze do Tarnawy odbyłem jedną z ciekawszych pogawędek, a właściwie wysłuchałem, ledwie sprowokowanych, opowieści; jak to Ukraińcy wypalają łąki, a nasi siedzą w krzakach i pilnują by ogień nie przedostał się na tę stronę. Wydał mi się ten obrazek wcale zabawny, zwłaszcza owo: „siedzenie w krzakach” ale gdy pomyślałem o torfowiskach, w ogóle o skutkach pożaru, uśmieszek mi zgasł i pozostaje z uznaniem dla „naszych” w krzakach.
    A, i jeszcze o misiu. Nie mogłem nie zagadnąć o miodojada.
    Są i owszem. Ponoć, w zeszłym roku jeden poturbował, na szczęście niegroźnie, turystę, który zeskoczył ze skarpy wprost na misiowy grzbiet. Znów się obśmiałem – wybacz anonimowy turysto ale już mi się zdaje, że widzę i Twoją i jego minę.
    Prawda to , czy jeno marketingowe bajania? Jak zrozumiałem, rzecz miała mieć miejsce w okolicy Tarnawy Niżnej, a może to ja, dostosowałem sobie opowieść do sugestywnego otoczenia - wszak dzień wcześniej łaziłem w okolicach potoku,
    Dotarłem do schroniska długo przed zmrokiem, nie przeszkodziło mi to niemal zaraz zasnąć.
    Załączone obrazki Załączone obrazki
    Pozdrawiam
    Слава Польщi та Українi!

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. Ambicja
    Przez Piskal w dziale Poezja i proza Bieszczadu...
    Odpowiedzi: 1
    Ostatni post / autor: 21-05-2010, 21:53

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •