Robi się.Ja tylko chwilkę; na papierosa.
CD
Poszedłem znaną mi, z czerwca,drogą, w końcu uznałem jednak, że dość wygodnictwa i zszedłem ku potokowi.Przkroczyłem go po zwalonym pniu; bardziej z przekory niż konieczności, znów zanużyłem się w zarośla i stanąłem jak wtyty... .
Celowo pomijałem, przed chwilą, szczegóły przebytej trasy.Wielu z Was , wie zapewne co ujrzałem.Ja natomiast nie jestem pewien, czy ujawniać lokalizacje gościa , który najwyraźniej trochę stroni od ludzi.Niech, więc tak pozostanie.
Wśód drzew i krzków stało przede mną tipi.Tak sie składa, że nie jest mi obca ta konstrukcja, zdażyło mi się bowiem, w nieco już zamierzchłych czasach, uczestniczyć w zlotach Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian i generalnie uznać można, że znam się tochę na rzeczy.
Powinienem napisa coś w konwencji indiańskich powieści; jak to zacząłem sie skradać, najlepiej pod wiatr.Nic z tego.Jakkolwiek nieco osłupiały, ruszyłem tratując suche gałęzie, szeleszcząc i chyba nawet pochrząkując.Jeśli tam ktoś jest - zwieje, w przekonaniu, że zaatakowało go stado żubrów - pomyślałem i nieco stonowałem fonię.Próżny trud.W tipi nie było nikogo.Klapa odsłonięta, "uszy" też, jakoś nieskoro było mi zagłądać do wnętrza; w końcu to czyjś dom.Przysiadłem więc na jakimś pniu, starjąc się zachowywać na tyle głośno , na ile uchodzi to człowiekowi w lesie.Postanowiłem poczekać na gospodarza.I tu koolejna dygresja.W Małym Wielkim Człowieku(książce, nie filmie jest) jest scena , gdy młody bohater trafia po raz pierwszy wśród Czejenów i w myślach komentuje to, mniej więcej, tak:W porządku - Zobaczyłem Wasz śmietnik, teraz pokażcie mi obóz.
To nie jest żaden przytyk wobec mieszkańca tipi, takie są pio prostu zasady rządzące tego typu miejscami zamieszkania.Próbowaliście kiedyś znaleźć coś we własnym namiocie?Zresztą wrażenie nieładu, dotyczyło tylko najbliższej okolicy domostwa.Po tygodniu od przeprowadzki, nie byłoby po nim prawie śladu.Byle "turysta" pozostawia po sobie więcej po kwadransie popasu.
Gospodarz nie zjawił się, a w każdym razie nie ujawnił.Pozostawiłem mu numer czasopisma "indianistycznego", które zabrałem ze sobą do poczytania(lekkie i ciekawe,prócz tego miałem jeszcze Wzory Kultury i Legendy Bieszczadzkie - to rzuca nowe światło na kwestię plecaka)Jakkolwiek w PRPI od lat już nie działam to etnologia, ze szczególnym uwzględnieniem indian pozostała moją pasją, stąd teeż sięgam niekiedy po takie publikacje.
Czekało mnie jeszcze tylko małe podejście, niby drobiazg,a jednak... .
Niecierpliwie i co tu gadać; nie bez trudu, wspinałem się po trawiastym zboczu, gdzieś tam na górze czekał na mnie znajomy widok.
Krywe nie było spowite mgłami, raczej nimi otoczone, troszkę zamazane, jakby nierzeczywiste; dolina stanowiła odrębny świat: grzbiety Otrytu we mgle, Wierszek, Magurka, Stoły i Tworylczyk we mgle, wiosną z tego samego miejsca widziałem na południu Smerek( i potem ze Smereka To Miejsce), a na północnym zachodzie drogę ze Studennego do Terki, teraz nie było tam nic.Świat przestał istnieć, a mnie wcale źle z tym nie było.Znajoma okolica dawała poczucie bezpieczeństwa i spokoju, góry i mgły odcięły mnie od zgiełku i pośpiechu, których jeszcze rano byłem świadkiem.
Przez chwilę rozważałem marsz przez Tworylne do Rajskiego ale postanowiłem dać sobie spokój.Chciałem się trochę powłóczyć tu na miejscu.
Nie dziś to jutro.


Odpowiedz z cytatem