Pokaż wyniki od 1 do 10 z 63

Wątek: Ambicja poskromiona

Widok wątkowy

  1. #17
    Bieszczadnik Awatar deszcz1
    Na forum od
    08.2006
    Rodem z
    Łódź
    Postów
    86

    Domyślnie Odp: Ambicja poskromiona

    Piątek 13 kwietnia


    W sumie wcześnie poszedłem spać, więc i z pobudką nie miałem problemów. Fajnie jest gdy słońce dyktuje rytm dnia.
    Noga spuchła i bolała. Stwierdziłem jednak, że działa ( dowlokłem się do łazienki), więc, z grubsza, wszystko ok..
    Zameldowałem się u szefostwa interesu i oświadczyłem, że zostaję na kolejną noc, a teraz wyruszam do Sianek. Jako, że jestem całkowicie wyzuty z przesądów pokrzepiłem się wcześniej piwem.
    Zaraz za zakrętem drogi, nieopodal krzyża, spotkałem ofiary moich wczorajszych prześladowań pasące się na nieprzyzwoicie piękny tle zaśnieżonych szczytów. Musiałem to uwiecznić; nie zbliżyłem się jednak na długość końskiej nogi.
    Wędrowałem sobie nużącym asfaltem, aż skusiło mnie zejście do Sanu ( na mapie miejsce to nazywa się Zawadka )
    No nie sposób odmówić sobie fotografii słupka granicznego z drugiej strony.Na stromym wzniesieniu, pośród chaszczy, widoczny był słupek ukraiński. Poczułem się jak w domu. Bezpaństwowiec.
    Usiadłem na brzegu. Paliłem papierosa, gapiłem na wodę, przeciwległy brzeg, na odległe szczyty; było ciepło i słonecznie. Inny San dotąd znałem, nawet ten w Prościanem wyglądał dużo poważniej, a tu rzeczułka. Słońce leniwie wznosiło się nad Ukrainą, a mnie zupełnie odechciało się wędrówki; suche, słomowate trawy szeleściły cicho, rzeka Grala równie dyskretnie. Jezu, po co komu, coś więcej?
    Obłoki tylko pędziły. Ponaglały.
    Torfowiska; jedno, że się tak wyrażę: nieczynne – wegetacja, jak sądzę, trwała ale nie mogłem tego sprawdzić bo kładka się rozsypała, następne dopiero zaczynało, właściwie to nawet nie, po prostu było potencjalnie piękne.
    Oczywiście pochylałem się nad każdym objawem życia flory ale spektakularne to nie było.
    Droga, jako się rzekło była nieco nużąca ale mnie udało się znaczny jej odcinek, dzięki uprzejmości pewnych państwa, przebyć w tempie ekspresowym. Podrzucili mnie do Bukowca. Nawet zmówiliśmy się na drogę powrotną ale niezobowiązująco. Oni ruszyli w prawo, ja w lewo i słusznie bo Beniowa okazała się być zupełnie zjawiskowa. Lipa nieopodal bacówki; jednocześnie pomnik i znak orientacyjny, wspaniale samotna ale przyjazna.
    Szczerze mówiąc, to miałem, w czasie tej wędrówki, trochę przytępione zmysły i nie był to skutek końskiego, a raczej „ żubrzego” kopnięcia. Chłonąłem wszystko ale chyba nie do końca świadomie; pierwszy raz tam byłem, a tyle tego wszystkiego: tam widoczek, tam granica, tu krzaczek, tam znów drzewo, o i nawet pociąg po ukraińskiej stronie.
    Wszystko wymagało uwagi, a mnie znów się zdawało, że mam za mało czasu ( cywilizacyjna choroba ). Nasiąkałem atmosferą; teraz wiem, że po to by wrócić i rozpoznawać to co widziałem, nazywać i podziwiać.
    Stały punkt wypraw w Biesy: cmentarz i cerkwisko. Nie można tych miejsc ominąć. To znaczy, ja nie mogę, nie umiem. Coś tam ciągnie. Duchy wołają? Piękny słoneczny dzień, nic w nim z atmosfery „Dziadów”; za to cicha nostalgia, nie krzyki i wołania ale spokojne szepty, samotna zbryzgana światłem „łódź”, a na niej ryba. Stłuczony garnek. Tego trzeba dotknąć.
    Krzyże. Znaki zmartwychwstania tam gdzie odradza się już tylko przyroda, niech trwają; jakieś znaki są w życiu potrzebne, te krzyże, przed którymi nikt już nie szepce modlitw, mocno mi się wryły w pamięć.
    Nie zaszedłem do schronu nad Negrylowym, nikogo w pobliżu nie widziałem; choć budynek był otwarty ( wietrzył się przed rozbiórką? ) jakoś nieskoro było mi wchodzić, nie żeby przerażały mnie koślawe ściany, najwyraźniej sugerujące rychły upadek, szczerze mówiąc wyobrażałem to sobie dużo gorzej, po prostu chciałem już dotrzeć do „ grobu hrabiny” ( a hrabia to co ?). Gnała mnie tam osobista intencja ale i zwyczajna chęć dotarcia jak najdalej.
    Wędrowałem sobie, w nieco niefrasobliwym poczuciu, że idę niemal granicą; zszedłem niespodziewaną łąką, ku czemuś co zdaje się było folwarkiem Stroińskich. Pokręciłem się trochę bez sensu, chyba w nadziei, że pan Franciszek wyjdzie nagle zza drzewa i objaśni mi wszystko, jak to możliwe; gdzie te siedem restauracji, gdzie goście, gdzie mieszkańcy. Ja naprawdę nie rozumiem. Najbardziej przeraża mnie myśl, która pojawia się czasami; tak jest lepiej, piękniej, ciszej, spokojniej. Do szczętu skretyniałem.
    Dotarłem do grobu. Usiadłem naprzeciw. Miałem poczucie pewnej niestosowności fotografowania się na takim tle ale i tak wyjąłem statyw i pstryknąłem zdjęcie. Musiałem tam spędzić chwilę.
    Przez moment myślałem by pójść dalej ale zupełnie nie miałem ochoty całej drogi powrotnej odbyć pieszo. Żałuje ale trzeba na to patrzeć inaczej, zostało jeszcze cos do odkrycia. Zresztą, jako się rzekło: wrócę i tak.
    Spokojnie ruszyłem przed siebie. Minąłem rodzinę, która podrzuciła mnie do Bukowca.
    Starsza latorośl uznała za stosowne zagadnąć – Jak tam, fajnie?-
    Poczułem się w obowiązku ukierunkować myśli młodzieńca: - Nie wiem, czy groby bywają fajne. Sam zobaczysz.-
    Chyba pożałował swojej otwartości. Jakoś nie miałem wyrzutów sumienia. Zastrzegłem, żeby na mnie nie czekali: jak będę, to będę.
    Tym razem poszedłem drogą nad Beniową . Jak już dotarłem do łąk otwierających widok na wschód aż mi się chciało zbiec ku samotnej lipie.
    W Bukowcu odkryłem, że jest tam coś jeszcze; prócz wiaty, ogrodzenia, bramy i kadzi.
    Zaszedłem do drewnianej chatki, przed którą na ławie, spokojnie czytała jakaś niewiasta w barwach ochronnych. Poprosiłem o wodę; zaoferowała mi herbatę ale podziękowałem, ciało domagało się płynu w możliwie najprostszej postaci. Byłem taki wyschnięty bowiem w swojej olśniewającej wszechwiedzy nie uwzględniłem standardowego 1, 5 litra.
    Chwilkę pogawędziliśmy; jeszcze raz potwierdziłem informacje o schronie i w intencji nie burzenia komuś tak uroczego spokoju oddaliłem się pośpiesznie.
    Po drodze spotkałem ( zatrzymałem), zapowiedziany przez pracowników leśnych samochód.
    Oni sami nie wydawali się być pochłonięci pracą, cos tam pogryzali i najwyraźniej zmierzali tak spędzić czas do 19, o której; „może się zbiorą”, dodatkowo, mieli też zabrać jakąś tajemniczą, jak zrozumiałem – uszkodzoną część sprzętu. Gabaryty wyżej wymienionej, w połączeniu z późna porą ewentualnego odjazdu wykluczyły mnie z tego towarzystwa.
    Na szczęście spotkałem wspomniane już auto.
    W drodze do Tarnawy odbyłem jedną z ciekawszych pogawędek, a właściwie wysłuchałem, ledwie sprowokowanych, opowieści; jak to Ukraińcy wypalają łąki, a nasi siedzą w krzakach i pilnują by ogień nie przedostał się na tę stronę. Wydał mi się ten obrazek wcale zabawny, zwłaszcza owo: „siedzenie w krzakach” ale gdy pomyślałem o torfowiskach, w ogóle o skutkach pożaru, uśmieszek mi zgasł i pozostaje z uznaniem dla „naszych” w krzakach.
    A, i jeszcze o misiu. Nie mogłem nie zagadnąć o miodojada.
    Są i owszem. Ponoć, w zeszłym roku jeden poturbował, na szczęście niegroźnie, turystę, który zeskoczył ze skarpy wprost na misiowy grzbiet. Znów się obśmiałem – wybacz anonimowy turysto ale już mi się zdaje, że widzę i Twoją i jego minę.
    Prawda to , czy jeno marketingowe bajania? Jak zrozumiałem, rzecz miała mieć miejsce w okolicy Tarnawy Niżnej, a może to ja, dostosowałem sobie opowieść do sugestywnego otoczenia - wszak dzień wcześniej łaziłem w okolicach potoku,
    Dotarłem do schroniska długo przed zmrokiem, nie przeszkodziło mi to niemal zaraz zasnąć.
    Załączone obrazki Załączone obrazki
    Pozdrawiam
    Слава Польщi та Українi!

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. Ambicja
    Przez Piskal w dziale Poezja i proza Bieszczadu...
    Odpowiedzi: 1
    Ostatni post / autor: 21-05-2010, 21:53

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •