Sobota 14 kwietnia

Wcześnie poszedłem spać to i wstałem wcześnie. Powiem tak; musiałem odczekać ze 3 godziny nim zjawiła się pani, przemiła zresztą, u której mogłem się rozliczyć za pobyt.
Czas ten, częściowo, umiliła mi rozmowa z kobietą z sąsiedztwa ( to jej córka ostrzegała mnie przed koniem ).Nic dziwnego, że tematem wiodącym okazał się ten incydent. Podzieliliśmy się anegdotami z dzieciństwa, które miały potwierdzić tezę – człowiek, szczególnie bardzo młody , uczy się na błędach i nie sposób go przed wszystkim ostrzec, ani przewidzieć rozmiarów twórczej inwencji.
Pozostawało mi się uśmiechać i pocieszać, że dusza moja jest nie tylko kozacka ale i, najwyraźniej bardzo młoda by nie rzec dziecinna.
Przy okazji dowiedziałem się o pewnym detalu. Rzeczony koń, miał przy uchu czerwoną wstążkę, ona znamionować ma niespokojne końskie duchy i stanowić alibi dla właściciela zwierzaka.
Cóż, zbyt dyskretny, jak dla mnie, znak. Ja, zresztą, widziałem w nim raczej ozdobę i nie przypisywałem żadnego znaczenia, poza estetycznym. Uznałem, że koń ma fantazję… i tak właściwie to się nie pomyliłem. Praktycznych wniosków nie wyciągnąłem; zresztą nawet gdyby osobiście do mnie przemówił z ostrzeżeniem, też bym to zlekceważył, upatrując w tym raczej dowodu wyjątkowej więzi, łączącej mnie z przyrodą.
Mea culpa.
Ruszyłem do Mucznego, po drodze obfotografowałem filary mostowe nad potokiem Roztoki, a po niedługiej chwili udało mi się złapać okazję. Obejrzałem pewien znany, kulinarny i nie tylko przybytek i spałaszowałem tam, niczego sobie, jajecznicę. Śniadanie było smaczne; lokal miły ale coś mi w nim nie grało – trochę za wysoki standard, jak na moje potrzeby. Ja wiem, fotografie na ścianach dobitnie świadczyły, jak różne i znane osoby czuły się tam dobrze ( sadząc z uśmiechów na zdjęciach ) ale, pomijając żarcie, nie tego szukałem. Taka, bieszczadzka cepeliada; doskonale wykonana ale…
Zaopatrzyłem się w sklepie, wrzuciłem kartki do skrzynki i ruszyłem na Bukowe Berdo.
Plecak, jak dotąd, sprawiał się bez zarzutu, głównie dlatego, że nie miał się gdzie wykazać.
Nadszedł jego czas, a dla mnie „dzień sądu”.
Mając w pamięci, październikowe, nieustające konflikty z poprzednikiem, postanowiłem jak najmniej go obciążyć; liczyłem każdy gram i udało się…; wziąłem więcej, a ważyło to tyle samo. Po kiego licha taszczyłem termos – zazwyczaj pusty, książkę ( w PKSie czytałem prasę, a Wołosatym zakupiłem drugą ), do której nie zajrzałem ale dodam, że już raz czytaną, i tym podobne pierdoły. W sumie; znów 20 kg + /- 1,5 kg wody, czy żarcia.
Za to plecak był nowiutki, olśniewał pakownością(sic!) i umiejętnością przystosowania (system pozwalający przenosić środek ciężkości, który, tak na marginesie, jakkolwiek wielce, użyteczny, objawił mi się ostatniego dnia wyprawy. Nie żebym o nim nie wiedział. Po prostu myślałem, że źle, musi być. Mam, widać taką konserwatywną, chłopska naturę, którą pewien znawca kultury ludowej zawarł w słowach: „ jest jak ma być, ma być jak jest” – czy jakoś tak.) No, a poza tym, plecaczek był mój, a nie pożyczony.
Myślałem, że się dogadamy. I rzeczywiście. Przyjęliśmy formułę, że on tu rządzi i tyle.
Nie zżymałem się na częste przystanki tym bardziej, że na szlaku, pomimo soboty, nie było nikogo, nie czułem się zobowiązany do popisywania „niewątpliwą” tężyzną, a prócz tego, przystając co kilkanaście, czy kilkadziesiąt ( myślę, że nie miałem porywów do kilkuset, a jeżeli nawet, skromność każe je przemilczeć) metrów miałem okazje by się rozejrzeć.
Te obserwacje nie zaowocowały, żadnymi oryginalnymi spostrzeżeniami ale dały mi możliwość chłonięcia uroków bukowego lasu, które nie są o tej porze wcale widowiskowe ale cóż, ja to po prostu lubię.