Pokaż wyniki od 1 do 10 z 63

Wątek: Ambicja poskromiona

Mieszany widok

  1. #1
    Bieszczadnik Awatar deszcz1
    Na forum od
    08.2006
    Rodem z
    Łódź
    Postów
    86

    Domyślnie Odp: Ambicja poskromiona

    Niedziela 15 kwietnia

    W zeszłym roku, Wołosate objawiło mi się jako ostatni krąg piekieł,; tyle tam było zgiełku i wrzeszczących potępieńców. Wtedy, z w.w. względów ominąłem cmentarz, tym razem , w sobotę, również nań nie zaszedłem – bo nogi mnie bolały.
    Za to, raniutko, zaraz po przebudzeniu, poczłapałem na cerkwisko.
    Żywego ducha – nieprzystojnie to brzmi ale to fakt.
    Wiele już napisałem, nie tyle może o bieszczadzkich cmentarzach, co o wrażeniu, jakie na mnie wywierają ale ani ryba z Beniowej, ani nagrobki z Berehów G., czy innych miejsc, i nawet kirkut w Lesku; nie były powodem tak przejmujących uczuć, jak ten mały kamień z krzyżem, czy nieobrobione płyty.
    I znów ten zarys fundamentów, na to i chce się patrzeć i nie można, zarazem.
    Czas był już na mnie. Wróciłem do domu i znów objawił się mój niebosiężny fart; zabrałem się z gospodarzami do Ustrzyk G., była to wszak pora niedzielnej mszy.
    Nie odczuwałem konieczności uczestniczenia w liturgii, za to żołądek zaczął sygnalizować bardziej prozaiczne potrzeby. Odkryłem też inną dolegliwość; skóra na głowie dziwnie piekła, a że już nie chroni jej, jak niegdyś, wcale bujna czupryna, odpowiedź była oczywista: spaliłem łeb. Miałem czapkę ale zimową; nie mogłem w domu znaleźć letniej, z daszkiem, co mi w zeszły roku służyła, ta zaś okazała się zbyt ciepła, nawet na górskie szczyty. W sklepie, gdzie jakieś czapki znalazłem, wybrzydzałem nieprzyzwoicie, w dodatku miałem ograniczone fundusze, koniec końców nic nie kupiłem.
    Za to żołądek doczekał się. Zaszedłem do Lacha. Trochę wbrew sobie, bo dudniło tam straszliwie choć pora była jeszcze wczesna. Ta muzyka naprawdę mi przeszkadzała ale o dziwo tylko przez jakiś kwadrans, potem zacząłem wybijać nogami rytm.
    Pierwej jednak spotkałem szefa interesu i jego dwóch pomocników; siedzących nad tacą z piętrzącymi się kanapkami.
    - W góry, czy z gór?- spytał okrągły facet, w sam raz ubrany jak kucharz na statku, którym ponoć był niegdyś w istocie; jasny sweter- golf i spiętrzona nieco ku górze, wełniana czapka.
    Niezbyt precyzyjnie odparłem, że „z”. Nie do końca zgodnie z prawdą ale mogłem zawsze dodać: „Wołosatego”, poza tym, pytanie miało chyba szersze znaczenie. Chyba nie przypuszczał, że nocowałem na Tarnicy?
    -Acha, to trzeba; dobrze i tanio –
    Bez wahania zgodziłem się z nim w całej rozciągłości. Gość, w pełni, przejmował inicjatywę.
    - Czarcie żarcie polecam-
    Nawet wytłumaczył mi co to takiego. Czekałem na owo danie, mimo wyjaśnień, trochę dla mnie tajemnicze, sączyłem piwo i coraz bardziej dawałem się porwać zupełnie mi nieznanym rytmom. Jako, że proces przygotowania miał nieco potrwać, gospodarz poczęstował mnie kanapkami. Ja nienawidzę salcesonu, a on na nich dominował, wypatrzyłem jakąś z serem, był na niej jednak włos niewiadomego pochodzenia, coś jakby gruba, ciemna szczecina. Albo włos, albo salceson. Z opisu wynika, że włos dał się łatwo namierzyć i zdjąć co też, dyskretnie ( ładna mi dyskrecja – zwłaszcza teraz )uczyniłem, niech to będzie miara mej nienawiści do wspomnianej wędliny. Ale co zrobić gdy tak przekonujący facet, z miną zatroskanej mamy, proponuje jeszcze. Ratuj się człowieku! – myślałem sięgając po następną… Całkiem znośna rzecz, ten salceson.
    Wjechała na blat duża wydrążona wewnątrz buła. Zgodnie z instrukcją, zdjąłem wierzch i począłem chłeptać parująca zawartość; grzyby, mięso, jakaś wędlina, ser, no i oczywiście sos.
    Obsługa tego dania była, jak to się mówi; intuicyjna. I intuicja mówi mi, że wpadnę jeszcze go skosztować. Wytarłem bułą talerzyk i chyba nawet, o zgrozo, językiem usta. I dopiero się zaczęło.
    Coś dla ciała, coś dla ducha. Najpierw zmiana nagrania. Teraz w stylu „piosenka turystyczna” , a na deser solowy popis właściciela w cygańskiej, z kolei, manierze. Naprawdę musiałem uciekać, bo jeszcze chwila i zacząłbym tańczyć, a tego też nie lubię. W sumie, mogę tylko powiedzieć, że było naprawdę miło ale facet dysponuje potężną bronią w postaci: szczerego uśmiechu i spojrzenia, męskiego uścisku dłoni, duszy z fantazją, wcale niezłego głosu, umiejętności gry na gitarze i radości w sercu. To się nazywa Gość.
    Przy okazji; może ktoś z łódzkiego Zapiecka zechce przyjąć pozdrowienia od mego gospodarza.
    Jak wspomniałem, kurczyły mi się finansowe środki, u Lacha też je nadwyrężyłem; pozostało mi udać się do najbliższego bankomatu. Nie chciałem wracać do Ustrzyk D.
    Ja chyba gdzieś na forum wyczytałem coś o bankomacie w Cisnej albo nie doczytałem. Jak zwykle – prawdziwa okazać miała się ta druga opcja.
    Tymczasem, należało dostać się do Cisnej. Metodą, żabich skoków, do Berehów, do Wetliny, do celu, dotarłem. Tak przy okazji, autostop w Biesach to niekiedy olbrzymia pomoc, mnie się często udawało z niej korzystać; tak i od turystów jak i od miejscowych. Wiele samochodów nie zatrzymuje się i trudno, tym bardziej chwała tym co pomagają i dzięki. Nikt, chyba z nudów nie macha łapą. Przez ten autostop znów musiałem wiać; podwiozła mnie kawałek pewna pani, która jechała do pracy w Wetlinie (no, w Starym Siole) i kiedy już wysiedliśmy szczerze jej podziękowałem ruszając w soją stronę. Zza pleców dobiegło mnie gromkie: - a całus?! Odwróciłem się i ujrzałem na tarasie pensjonatu faceta, autora tych słów. Niewiele myśląc posłałem całusa dla miłej pani. – nie mnie! – zawołał mężczyzna. Nie no, naprawdę pora wiać.
    Im bliżej Cisnej, tym precyzyjniejsze były informacje o rzekomym bankomacie, który jeszcze w Ustrzykach uchodził za fakt.
    Na miejscu, rzecz jasna okazało się, że o żadnym bankomacie nie ma mowy, nie ma nawet terminalu, a wszystko to i tak bezprzedmiotowe rozważania bo bank, mieszczący się w UG i tak jest nieczynny. Mogiła. Miałem, słownie na jedno piwo. Poszedłem do schroniska „ Pod Honem” i wyjaśniwszy swoją sytuację, zostawiłem rzeczy, rozwiesiłem nie doschnięte pranie i udałem się do centrum przepić zaskórniaka. Tak mnie pochłonęła ta czynność, połączona z wodzeniem palcem po mapie, że harmider w knajpie zupełnie mi nie przeszkadzał. Panią przy barze spytałem tylko czy aby na pewno nie przewiduje jutro kłopotów z bankiem. Nie. Czyli balujemy.
    Prócz mnie w lokalu było jeszcze trzech, w porywach czterech mężczyzn; dwóch do trzech, wyraźnie, miejscowych, jeden zaś, co rej wodził, jakoś do towarzystwa nie pasował. Ustawicznie spierali się o to kto stawia i o „dopłaty bezpośrednie”. Do głowy mi nie przyszło, że ta ostatnia kwestia może w przyszłości mnie dotyczyć. A jednak.
    Dość atletyczny facet, ze wspomnianego grona, co nijak mi doń nie pasował, zapytał skąd jestem. Wyjawiłem swoje pochodzenie i pogrążyłem w wędrówce po mapie.
    -Ja też-
    Pogawędka na temat szczegółów topograficznych naszego miasta trwała tylko chwilę i przebiegała ponad głowami nowoprzybyłych gości.
    Zaproponował bym się dosiadł. Okazało się, że do Cisnej sprowadziło go to co i mnie, choć trudno zrozumieć dlaczego, patrząc jaki użytek robił z tego co miał. Postawił mi piwo; przez chwilę kurtuazyjnie się wzbraniałem, a potem już nie miałem sił na protesty, zresztą były natychmiast i bezwzględnie pacyfikowane.Poza tym, jak wspomniałem, na samym wstępie, nie byłem w najlepszym nastroju.

    P.S. Ta strzałka wskazuje miejsce gdzie widoczny powinien być "zygzak" o którym pisałem.

    Cd wkrótce
    Załączone obrazki Załączone obrazki
    Ostatnio edytowane przez deszcz1 ; 08-05-2007 o 17:13
    Pozdrawiam
    Слава Польщi та Українi!

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. Ambicja
    Przez Piskal w dziale Poezja i proza Bieszczadu...
    Odpowiedzi: 1
    Ostatni post / autor: 21-05-2010, 21:53

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •