Ciąg dalszy niedzieli, czyli – film się nie urwał.

Daniel, bo tak miał na imię ów tajemniczy gość, okazał się ciekawym i miłym kompanem; ze swadą opowiadał o interesach, które prowadził od Francji po Rosję, a ja, wyznaję ze skruchą, zachodziłem w głowę; biznesmen, gangster, czy mitoman?
W gruncie rzeczy nieważne, bo bez względu na stan faktyczny, był po prostu serdecznym, interesującym człowiekiem.
Ze sporą, jak na mój gust, lekkością traktował pieniądze ale jednocześnie czynił to w sposób absolutnie naturalny. Poił i ( później ) żywił; kilku ludzi, którzy prócz zwykłej wdzięczności, byli najwyraźniej zafascynowani jego osobowością. Miał w sobie coś z feudalnego barona, nawet fizyczną tężyznę, był i otwarty i paternalistycznie opiekuńczy; gdy podnosiła się temperatura historycznych, czy innych sporów, gasił w zarzewiu ewentualne kontrowersje ucinając krótko i w sposób, który wykluczał sprzeciw.
Z jego towarzyszami gawędziło się równie przyjemnie, choć jakby trudniej było o naturalny, wspólny temat. Jakiś diabeł podkusił mnie żeby spytać jednego, skąd jest. Odparł, że stąd; mama Ukrainka, tata Polak. -Toś ty Bojko( a czemu nie Łemko?- do Komańczy nie było daleko)- wyrwało mi się, chyba nazbyt familiarnie. Zupełnie mnie zaćmiło; pomijając już
pejoratywną etymologię tego określenia, to było zwyczajnie niezręczne. Wszyscy, z których opiniami się spotkałem, podkreślali archaizm bojkowskiej kultury , a ja tu wyjeżdżam…
To tak ( pamiętając o proporcjach) jakbym buszmena nazwał buszmenem; nieliczne jednostki w takich społecznościach zachowują dumę z pochodzenia. Ja mogę sobie chcieć być; buszmenem, aborygenem, Indianinem, czy pigmejem ale w tym świecie, regułą jest raczej, że oni sobą być nie chcą. Ot, pogmatwane ścieżki etnogenezy i los ludów, które nim stały się narodami, zaginęły.
Nie dosłyszał, nie zrozumiał, przemilczał – nie wiem. Zresztą może, a nawet raczej koloryzował.
Obgadałem z nimi kwestię UPA, w której , moje jak mniemałem, wyważone zdanie, ściągnęło mi niegdyś na głowę forumowe gromy i obelgi, w najlepszym wypadku – pouczenia. Tym razem się upiekło. Nie sądzę jednak bym kogoś przekonał ale dyskusja była gorąca i objęła swoim zasięgiem nawet nieco więcej niż nasz stolik.
Daniła, tak go zacząłem nazywać, w ślad za jednym z towarzystwa ( raz mu się zdarzyło – za to ja uczyniłem z tego regułę), zarządził dyslokacje sił. To imię w powyższej formie, nieco irytowało pozostały ale jego chyba bawiło, poza tym, ja uważałem je za wysoce stosowne.
Ruszyliśmy na drugą stronę ulicy. Obiad zadysponował, oczywiście Daniła; nie było kompotu.
Obgadaliśmy nawet kwestie pracy w Biesach ( ewentualnej – mojej ) – finansowo mi się to nie kalkuluje.
Po obiadokolacji radośnie defilowaliśmy ku Dołżycy i w drodze bez zbędnych ceregieli nastąpiło pożegnanie. Cokolwiek o tym myślicie, to był naprawdę miły dzionek i wcale nie dlatego, że nic mnie prawie biesiadowanie nie kosztowało. Ot, spotkałem, fajnych ludzi, czasem się zdarza. Dziękuję, Daniła, głownie za serdeczność i za to, że miałem z kim pogadać, lepiej może nie jest ale taka chwila wytchnienia była mi potrzebna. Powędrowałem do schroniska. Po drodze zabawiałem się czołówką, ta jak dotąd nie znajdowała zatrudnienia, świeciła pięknie, próbowałem też fotografować gwiazdy, na jedną uwziąwszy się szczególnie ale ona nijak nie chciała ustać w miejscu. W schronisku popełniłem pewną gafę, która mam nadzieję została mi wybaczona, tym bardziej, że w błąd nie brnąłem, nawet nie powinienem o tym wspominać więc już zamilknę, powiem tylko, że nie było to nic szczególnego; po prostu wyszedłem na osła co się zowie. Nawet udało mi się poczytać przed zaśnięciem; litery były mniej niesforne niż ciała niebieskie. Nazajutrz były znów góry.