Nim skończyłem tę relację znów pojawiłem się w Biesach, co skutecznie uniemożliwiło mi kontynuację. Niniejszym – powracam.
Wtorek 17 kwietnia
„ Cicha Dolina była „jak makiem zasiał”, przyjęła mnie gościnnie i wygodnie. Jak teraz ku niej spoglądam, znów, jak wielokroć, żałuje, że tam nie spędziłem więcej czasu.
Cóż, przeznaczenie nomady.
Nawet nie wiem o której wstałem, było jednak na tyle wcześnie bym po drodze mijał „ leśnych ludzi” śpieszących do pracy. Wędrowałem szosą, co i rusz schodząc ku Roztoczce, to znów tęsknie spoglądając w stronę Rosochy. Naprawdę żałowałem swojej decyzji, by ją i Hyrlatą ominąć; jawiły mi się tajemnicze i niedostępne ( przewodnik mówi o orientacyjnych kłopotach i mateczniku niedźwiedzi ), czyli cos w sam raz dla poszukiwacza kłopotów. Póki co; postanowiłem szukać ich gdzie indziej.
Gdy zbliżałem się do Lisznej, po drodze zawierając niezobowiązująca znajomość z dzikiem zamieszkującym zagrodę przy leśniczówce, słońce wspięło się już na tyle wysoko by mój łepek prażyć niemiłosiernie. Wspominałem już o tum; moja głowa, niczym prócz rachitycznej szczeciny, nie chroniona – najzwyczajniej w świecie bolała; w przeddzień odkryłem naniej, z niejaka konsternacją, pęcherze. Żarty się skończyły. Teraz próbowałem zasłaniać czaszkę dłonią – musiałem się prezentować niczym salutujący NRD-owski pionier.
Dotarłem do Majdanu. Przez chwilę rozważałem ewentualność sfotografowania się z wiklinowymi postaciami przy miejscowym barze; uznając jednak, że to turyście nie przystoi zapakowałem się do PKSu , do Komańczy
Jako się rzekło; okazałem się specem od robienia kółek: wyszedłem z Cisnej a wsiadałem do autobusu, któremu dojazd a w.w. zajął 5 min..
Miała ta moja nowa specjalność znaleźć jeszcze jedno potwierdzenie.
Smutno mi się zdążało do Komańczy; droga wiodła wśród rozległych pagórkowatych i owszem ale nagich widoków; gdzież te leśne serpentyny. Serio, bardzo mi ten brak leśnej ściany przeszkadzał.
Podróż umilało mi jeno dwóch wesołków z przodu; popijając piwko uroczo droczyli się o jego resztki i nikomu z wsiadających nie przepuszczali, a już wprost nie mogli się powstrzymać by nie pogwarzyć z młodą, atrakcyjną; jak zrozumiałem, pracownica pobliskiego sklepu; na ile owa atrakcyjność, a na ile miejsce pracy, miały tu znaczenie – waham się wyrokować.
Dość „prowincjonalnie” objawiła mi się Komańcza. Odnoszę wrażenie, jakby była nieco zaniedbana i chaotyczna; brak wyraźnego centrum jak w Cisnej, powodował, że się „rozłaziła”
Macie pojęcie jakie ploty krążą po mieście, w związku z pożarem cerkwi. Na pewno tak.
Jako, że to ploty – zmilczę. Ale nie dam sobie zamknąć ust w kwestii zagrożeń dla bieszczadzkiej przyrody – nie zdzierżę – otóż; komuś zwiały świnie i to nie byle jakie ale wietnamskie. Wg relacji zmierzały w stronę Wysokiego Działu. Czy to coś krzyżuje się z dzikami? Będzie „dziki Vietkong” na stokach Chryszczatej?
Powędrowałem oczywiście do klasztoru; tym bardziej zrozumiałe, że po drodze miałem schronisko. Przyznaję, nie odpowiada mi estetyka „ stacji” ale OK. Chciałem tam zwyczajnie być. Pooddychałem przez chwilę tym smym tchnieniem co ksiądz Prymas, telefonicznie poinformowałem o tym Babcię i zwiałem.
Przez jakiś czas błądziłem po okolicy w poszukiwaniu czapki; kto narzeka na oznaczenia szlaków ( czyli min. ja ) , w pełni zasługuje na nauczkę korzystania z informacji reklamowych umieszczonych przy głównej drodze. Kawał „ Francji” zlazłem w poszukiwaniu nieistniejącego „ ciucholandu”. Trza było od razu uciec się do starożytnej metody: koniec języka za przewodnika. Gdy tylko to uczyniłem, komańczańskie tekstylne mroki rozświetlił blask; nie wiem: nadziei czy pstrokacizny i cekinów. Nic to. Łepetyna zyskała wreszcie ochronę w postaci eleganckiej czapki „ made in China”. Powędrowałem od stacji, bo tam mieścił się mody przybytek, ku cerkwiom.
Bardzo mnie ubawił widok „ fundamentów” tej greckokatolickiej. Iście PRLowska farsa. Ważne, że obchodząc administracyjne i polityczne absurdy, miejscowi zyskali świątynię. Ileż było (jest?) w kraju takich manipulacji, by tylko coś dobrego zrobić.
Wesołość nie mogła trwać długo; nigdy wcześniej w Komańczy nie byłem; gdy obiegała media wiadomość o pożarze odczułem to jako osobistą stratę; ubyło czegoś ważnego, pięknego, czegoś do odkrycia, poznania, zrozumienia, czegoś starego co mogło trwać.
Powiedziano: „ śpieszmy się kochać ludzi…”
Tu w Biesach ludzkie dzieła doświadczyły niewiarygodnego barbarzyństwa; nie tak, znów dawno oburzaliśmy się na Talików, którzy z czołgów ostrzeliwali posągi Buddy, a tu ; w nie tak przecież zamierzchłej przeszłości nasi ojcowie i dziadkowie postąpili tak samo. Szkoda. Tym bardziej cieszą miejsca jak Łopienka; to nie kwestia pokuty.
Raczej szacunku i estetyki. Taka „ Herbertowska” – „kwestia smaku”. Było smutno. Podszedłem do osmolonych fundamentów; zawsze zwracam uwagę na to co jest przed wejściem do świątyni; zawsze wpatruję się w choćby najgładsze kamienie próbując odczytać kto po nich stąpał. Stałem tak i w kamień patrzyłem, a gdy wzrok podniosłem, spoczął na stercie spalonych belek za ogrodzeniem. Długo to trwać nie mogło bo bym się rozbeczał. Czas mi było wracać.
W schronisku przez chwilę pobuszowałem po necie; potem zaś, bose stopy bezwstydnie eksponując zasiadłem na werandzie. Na swoje usprawiedliwienie zaznaczam – nie miałem kogo się wstydzić- znów byłem sam. Nocowało mi się arcyprzyjemnie i z trudem zwlokłem się z łóżka. Pożegnawszy się, nie bez żalu opuściłem pielesze schroniska. Ruszyłem ku Prełukom.


Odpowiedz z cytatem