Ciężko mi się do tego zabrać ale skończyć trzeba. Mam tu wszystko na „ brudno” więc mnie pamięć nie zawiedzie. Byłem potem w górach jeszcze cztery razy; nie wszystkie te wyprawy zasługują na opis, niektóre choć zasługują nie dostąpią tego, bo nie wszystkim chcę się dzielić.
Tymczasem, jako się rzekło; czas kończyć…
18 kwietnia 2007
Przystanek na pierwszej polanie; pień drzewa, później – zdaje się w czerwcu widziałem na pobliskim drzewie wycięty grecki krzyż, z kwietnia jakoś go nie pamiętam. Parę łyków wody i w drogę, dalej błotnistą ścieżką.
Nie najtragiczniejsze, przecież, podejście trochę mnie wkurzyło ( zmęczyło ), z radością więc przywitałem ten płaski odcinek.
Stromiznę miałem dopiero zobaczyć; na szczęście przy zejściu.
Było wcześnie, no nie świt wprawdzie ale zawszeć to poranek lecz jakoś mi się „ na uszy nie rzucał” żaden szczególny dźwięk, w rodzaju intensywnego ptasiego świergotu. Dopadł mnie za to, na wspomnianym zejściu, jakiś wrzask. Nie bardzo wiem jak ów dźwięk określić, nie używając powyższego słowa; był wysoki ale nie na tyle by pochodzić z ptasiej gardzieli ( tak sądzę ) i taki chropowaty; bez melodii i tempa. Rozlegało się to coś kilkakrotnie i trochę nieswojo poczułem się w „ głuszy”. Prełuki były nieopodal. No, ale czy mogą one uchodzić za ostoję cywilizacji – może forpocztę. Minąłem stacyjkę o architekturze… Jezu, jakiej architekturze. Minąłem po prostu budę, która niegdyś była stacją wąskotorówki; nawet troszkę nęciło mnie torowisko ale jako nowicjusz uznałem za stosowne trzymać się szlaku. Dziś, chętnie i bez obaw, pochaszczowałbym po okolicy. Wystarczyło skręcić w prawo by po chwili odnaleźć cerkwisko, sterczące kikuty krzyży, zwykłą bieszczadzką nostalgię, jakże rozdzierającą ale i kojącą ciszę. Wlokłem się prze te Prełuki i dalej, aż do mostu. Tu popełniłem straszliwy błąd ( dwukrotnie już naprawiony ); nie wlazłem nań – bo tablica przy drodze informowała, że to rezerwat przyrody. Legalizm zwyciężył, a ja zrekompensowałem sobie wyrzeczenie podziwiając okolicę z przeciwległego „urwiska”. Betonowa, śmiała klamra wśród drzew.
Raźno ruszyłem dalej, ku Duszatynowi. Inaczej wyobrażałem sobie to miejsce; cóż mapy zawsze „kłamią”- sklep jest ale sezonowy, zabudowania są ale tak rozproszone, że trudno mówić o jakiejś integralności. Przysiadłem pod krzyżem; coś tam przegryzłem, sztachąłem lepkim od mgły powietrzem i cały czas niechętnie zerkałem na lepką błotnistą drogę…Nie znajdując alternatywy ciężko się podniosłem, ktoś z nas dwóch na pewno stęknął ( wiecie kogo mam na myśli ).Minąłem, grzecznie się witając, pracowników leśnych ( jest jakiś elegantszy eufemizm? ) w jakimś kołowym monstrum, a ich psiak, co nijak za potwora uchodzić nie mógł, choć się starał, obsobaczył mnie głośno i obelżywie, w niejaką konsternacje wprawiając. Do diaska, autentycznie przeraziła mnie wizja zdobywania Chryszczatej z kundelkiem u nogawki. Niechęć do obcych, bo ufam, że nie miał do mnie nic osobistego, przegrała w psim umyśle z miłością do swoich, a ja błogosławiąc kundelkową wierność i przeklinając rozmemłaną drogę, ruszyłem przed siebie. Postanowiłem porzucić trakt i iść oznaczonym szlakiem. Miewa się kretyńskie pomysły. Ścieżka nijak nie chciała pozbawić mnie uroków podziwiania księżycowych kolein, cały czas biegła niemal ich skrajem. Szlak przegrał z koleinami, które jakkolwiek upstrzone burymi kałużami, miewały i względnie wygodne, stabilne i suche odcinki, na tyle liczne, by gwarantowały większe tempo i wygodę. Potem znów, w nieco karkołomny sposób, wędrowałem wąskim brzegiem głęboko werżniętej zrywkowej drogi. Wydawało mi się, że czas goni niemiłosiernie. Było ponuro; po lesie snuły się strzępy mgły, a coś co waham się nazwać deszczem siąpiło z nieba, a właściwie zewsząd. Tak sobie szedłem i w żaden konflikt z którymkolwiek z elementów wyposażenia nie wchodząc; pośród brudnej , zgniłej, przeuroczej wiosennej zieleni dotarłem do bajorka, które w moim przekonaniu było pozostałością najmniejszego z jeziorek, pozostawiłem je za sobą, okazując, symboliczne jeno zainteresowanie.
CDN


Odpowiedz z cytatem