Pokaż wyniki od 1 do 10 z 84

Wątek: Bieszczadzkie lasy, i ich osobliwe dziwno

Mieszany widok

  1. #1
    Bieszczadnik Awatar Henek
    Na forum od
    01.2004
    Rodem z
    Rzeszow
    Postów
    1,003

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie lasy, i ich osobliwe dziwno

    Dołączam zdjęcie pięknego jelenia.
    Spotkałem go w czasach kiedy świat był jeszcze czarno-biały.(jak widać)
    Po kilku latach próbowałem go ponownie odnaleźć, niestety bez skutku.
    A może ktoś natknął się na niego nad brzegiem Wetlinki jak podnosząc łeb ostrożnie obserwuje otoczenie.
    Załączone obrazki Załączone obrazki

  2. #2
    lucyna
    Guest

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie lasy, i ich osobliwe dziwno

    Henek proszę bądź realistą. W ostatnich latach przeprowadzono redukcję pogłowia jeleni. W kilku nadleśnictwach powystrzelano po kilkaset szt. Dodaj to tego powszechne tu kłusownictwo i nielegalne polowania= kłusownictwo w pasie granicznym ze strony Ukraińców. Wychodzi na to , że to jest cud iż jakiś jeleń u nas źyje. Wilki też coś muszą jeść. Piękne byki to można podziwiać na fotografi.

  3. #3
    Forumowicz Roku 2018
    Kronikarz Roku 2018
    Forumowicz Roku 2017
    Kronikarz Roku 2014
    Ekspert Roku 2013
    Korespondent Roku 2008
    Awatar sir Bazyl
    Na forum od
    09.2005
    Rodem z
    Resmiasto
    Postów
    3,230

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie lasy, i ich osobliwe dziwno

    Cytat Zamieszczone przez Henek Zobacz posta
    Dołączam zdjęcie pięknego jelenia.
    Spotkałem go w czasach kiedy świat był jeszcze czarno-biały.(jak widać)
    Po kilku latach próbowałem go ponownie odnaleźć, niestety bez skutku.
    A może ktoś natknął się na niego nad brzegiem Wetlinki jak podnosząc łeb ostrożnie obserwuje otoczenie.
    W kolorowym świecie jeleń (niektórzy powiadają, że to łoś) radzi sobie całkiem nieźle, a otoczenie obserwuje ostrożnie, gdyż po sąsiedzku zwisa głową w dół "obcy" i nie wiadomo co mu do łba strzeli. Jakby tego było mało to pobliskim lasem pomyka z rozwianą grzywą tajemniczy głowonóg o nieznanych zapatrywaniach kulinarnych.
    Pozdrówka - Bazyl
    Załączone obrazki Załączone obrazki

  4. #4
    Bieszczadnik Awatar dziabka1
    Na forum od
    09.2002
    Rodem z
    warszawa
    Postów
    879

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie lasy, i ich osobliwe dziwno

    Cytat Zamieszczone przez sir Bazyl Zobacz posta
    W kolorowym świecie jeleń (niektórzy powiadają, że to łoś) radzi sobie całkiem nieźle, a otoczenie obserwuje ostrożnie, gdyż po sąsiedzku zwisa głową w dół "obcy" i nie wiadomo co mu do łba strzeli. Jakby tego było mało to pobliskim lasem pomyka z rozwianą grzywą tajemniczy głowonóg o nieznanych zapatrywaniach kulinarnych.
    Pozdrówka - Bazyl
    O żeż ty... Takie cos obaczyć nagle w nocy,w błysku latarki - zawał pewny :)

  5. #5
    Bieszczadnik Awatar joorg
    Na forum od
    01.2005
    Rodem z
    Krosno
    Postów
    2,335

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie lasy, i ich osobliwe dziwno

    Cytat Zamieszczone przez Henek Zobacz posta
    Dołączam zdjęcie pięknego jelenia.
    Spotkałem go w czasach kiedy świat był jeszcze czarno-
    I too , tylko już kolorowy ,jelonek z dnia dzisiejszego.
    Załączone obrazki Załączone obrazki
    "dosyć często rozważam co jest warte me życie?...tam na dole zostało wszystko to co cię męczy ,patrząc z góry w około - świat wydaje się lepszy.."
    Pozdrawiam Janusz

  6. #6
    Bieszczadnik
    Na forum od
    01.2006
    Rodem z
    Ziemia Kłodzka lub Wrocław
    Postów
    126

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie lasy, i ich osobliwe dziwno

    Rafał Łoziński

  7. #7
    Bieszczadnik
    Na forum od
    01.2006
    Rodem z
    Ziemia Kłodzka lub Wrocław
    Postów
    126

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie lasy, i ich osobliwe dziwno

    JEAN GIONO:
    „Człowiek, który sadził drzewa”

    Tłum. Adam Łapott.
    Charakter ludzki kryje niekiedy wyjątkowe wartości i, w sprzyjających okolicznościach, można zaobserwować ich działanie w bardzo długim okresie czasu. Jeśli działania te pozbawione są egoizmu, a idea która nimi kieruje jest pełna niewyobrażalnego dobra, nie domaga się żadnego zadośćuczynienia, a przede wszystkim, jeśli działania te pozostawiają światu trwałe ślady, wtedy bez wątpienia mamy do czynienia z niezapomnianym charakterem.
    Jakieś czterdzieści lat temu wybrałem się na długą wędrówkę na wzgórza, w okolice całkowicie nieznane turystom, gdzie Alpy wkraczają do Prowansji.
    Region ten jest ograniczony od południowego-wschodu i południa środkowym biegiem Durance, między Sisteron a Mirabeau; od północy górnym biegiem Drôme, od jej źródeł do to Die; od zachodu równinami hrabstwa Venaissin i podnóżem Mont Ventoux. Obejmuje całą północną część departamentu Basses-Alpes, południową Drôme i małą enklawę Vaucluse.
    W czasie, gdy podjąłem mą podróż przez te pustynne okolice, były to jałowe i monotonne ziemie na wysokości 1200 do 1300 metrów. Nie rosło tam nic oprócz dzikiej lawendy.
    Wędrowałem przez najdziksze partie tego regionu i po trzech dniach marszu znalazłem się w kompletnym pustkowiu. Rozbiłem obóz w sąsiedztwie ruin porzuconej wioski. Poprzedniego dnia zużyłem resztki mej wody, więc musiałem jej poszukać. Mimo, że zrujnowane, domy ściśnięte razem, przypominały stare gniazdo os i przywodziły mi myśl, że musi tam być źródło lub studnia. Było tam rzeczywiście źródło, ale wyschnięte. Pięć czy sześć domostw bez dachów, zniszczonych przez słońce i wiatr, i mała kaplica z walącą się dzwonnicą, sprawiały wrażenie normalnej wioski, ale wszelkie życie znikło.
    Był piękny, czerwcowy, słoneczny dzień, ale w tej opustoszałej okolicy, wysoko pod niebem wiatr dął, świszcząc z nieznośną brutalnością. Jego pomruki w szkieletach domów przypominały warczenie dzikiej bestii, której przerwano posiłek.
    Musiałem przenieść swój obóz. Po pięciu godzinach marszu nie znalazłem wody i nic nie wskazywało na to, że ją znajdę. Wokół zeschnięta ziemia i zdrewniałe, suche chaszcze. W pewnym momencie w oddali zauważyłem ciemną sylwetkę, więc z nadzieją skierowałem się w tym kierunku. Był to pasterz, otoczony stadem złożonym z około 30 owiec, spoczywających na spieczonej ziemi.
    Dał mi się napić ze swego bukłaka, a potem zaprowadził mnie do swej zagrody, Wyciągał swą wodę – znakomitą – z naturalnej, bardzo głębokiej dziury, nad którą zainstalował prymitywny kołowrót.
    Człowiek ten niewiele mówił, co bywa normalne wśród samotników. Był zarazem pewny siebie i pełen ufności, co było godne uwagi na tej ziemi odartej ze wszystkiego. Nie mieszkał w szopie, lecz w domku z kamienia, którego wygląd świadczył o tym, że własnymi rękami odbudował go z ruin, jakie zastał po przybyciu. Dach był solidny i szczelny. Wiatr uderzał o dachówki, hałasując jak morze miotające fale na brzeg.
    Gospodarstwo było utrzymane w porządku, naczynia pomyte, podłoga zamieciona, strzelba przesmarowana, na ogniu gotowała się zupa. Zauważyłem też, że był świeżo ogolony, wszystkie guziki miał solidnie przyszyte, a rzeczy pocerowane starannie, aby nie było widać łat.
    Podzielił się ze mną swoją zupą, a gdy potem poczęstowałem go tytoniem, powiedział że nie pali. Jego pies był tak samo cichy jak on, przyjazny, ale niepłaszczący się.
    Szybko uzgodniliśmy, że spędzę tu noc, bo najbliższa wioska leżała w odległości ponad półtora dnia marszu. Ponadto, znałem doskonale charakter nielicznych wiosek w tej okolicy. Jest ich cztery, czy pięć rozrzuconych daleko od siebie na zboczach wzgórz, z białymi dębami na skraju dróg wyjeżdżonych przez wozy. Mieszkają w nich drwale, wypalający węgiel drzewny. Są to miejsca, gdzie panuje bieda. Rodziny, stłoczone w małych chatkach, surowy klimat, zarówno zimą, jak i latem, ciągłe, samolubne spory ze wszystkimi. Bezsensowne sprzeczki przekraczają granice rozsądku, podsycane ciągłymi myślami i obawami przed ucieczką stamtąd. Mężczyźni wywożą węgiel drzewny do miast, a potem wracają. Najsolidniejsze charaktery rysują się pod ciągłym prysznicem szkockiej. Kobiety ogarnia gorycz. Wszędzie panuje walka – od sprzedaży węgla po miejsce w kościelnych ławkach. Cnoty walczą ze sobą, występki walczą ze sobą, trwa również nieustanna walka cnot z występkami. Na domiar złego nieprzerwany wiatr szarpie nerwy. Szerzą się samobójstwa, przypadki obłędu, często śmiertelne.
    Pasterz, który nie palił, wyciągnął torbę i wysypał na stół stos żołędzi. Zaczął je oglądać i z wielką uwagą oddzielał dobre od zepsutych. Ja paliłem fajkę. Zaoferowałem mu pomoc, ale stwierdził, że to jego robota. Widząc, z jakim zacięciem to robi, nie nalegałem. To była cała nasza rozmowa. Gdy nazbierał niemałą kupkę dobrych żołędzi, zaczął je liczyć po dziesięć. W tym czasie odrzucił kolejną część najmniejszych sztuk i takich, w których w trakcie ponownego badania odkrył najdrobniejsze rysy. Skończył gdy leżała przed nim setka doskonałych żołędzi – wtedy poszliśmy spać.
    Towarzystwo tego człowieka dawało mi poczucie spokoju. Następnego dnia rano spytałem, czy mogę z nim zostać jeszcze jeden dzień. Uważał to za całkiem naturalne. Lub raczej sprawiał wrażenie, że nic nie jest w stanie zakłócić jego spokoju. Odpoczynek nie był mi potrzebny, ale byłem zaintrygowany i chciałem więcej dowiedzieć się o tym człowieku. Wypuścił swoje stado z zagrody i wyprowadził na pastwisko. Przed wyjściem namoczył w wodzie woreczek z żołędziami, tak uważnie przebranymi i policzonymi.
    Zwróciłem uwagę, że zamiast laski wziął z sobą żelazny pręt grubości palca, na półtora metra długi. Wyruszyłem na spacer trasą równoległa do jego drogi. Pastwisko leżało na dnie małej dolinki. Zostawił stado pod opieką psa i zaczął się wspinać się w moim kierunku. Obawiałem się, że nadchodzi, aby mnie zbesztać za nadmierną ciekawość, ale tędy prowadziła jego marszruta, nawet zachęcił mnie do wspólnego marszu, o ile nie mam nic lepszego do roboty. Wspinał się jeszcze jakieś dwieście metrów w górę zbocza.
    Po dojściu na miejsce rozejrzał się i zaczął uderzać w ziemię żelaznym prętem. Tym sposobem wykopał dziurę, w którą włożył żołądź, a następnie ją zasypał. Siał dęby. Spytałem, czy to jego ziemia. Odpowiedział, że nie wie, czyja to ziemia. Nie wiedział. Przypuszczał, że to ziemia komunalna, lub kogoś, kto o nią nie dba. Sam nie troszczył się o to, kto jest właścicielem. Podobnie, z wielka uwagą, zasadził swoje sto żołędzi.
    Po obiedzie zaczął znowu przebierać żołędzie. Musiałem nalegać z pytaniami, aby uzyskać odpowiedź. Od trzech lat sadził drzewa w ten sposób. Wysiał sto tysięcy sztuk. Z tego dwadzieścia tysięcy wykiełkowało. Liczy się z utratą połowy z nich – zjedzonych przez gryzonie i wszystko inne, co jest nieprzewidywalne w planach opatrzności. Tak więc zostaje dziesięć tysięcy dębów w miejscu, gdzie przedtem nic nie rosło.
    W tym momencie zacząłem się zastanawiać, w jakim jest wieku. Wyglądał na ponad pięćdziesiąt lat. Powiedział, że ma pięćdziesiąt pięć. Nazywał się Elzéard Bouffier. Miał kiedyś gospodarstwo na równinach, gdzie spędził większość życia. Stracił swego jedynego syna, a potem żonę. Przeniósł się więc na odludzie, gdzie czerpał przyjemność ze spokojnego życia ze stadem owiec i psem. Zaobserwował, że okolica zamiera w związku z brakiem drzew. Nie mając nic lepszego do roboty postanowił znaleźć lekarstwo na tę sytuację.
    Prowadząc, tak jak ja w tym czasie, samotnicze życie, pomimo młodości, wiedziałem jak delikatnie należy postępować z samotnikami. Ale popełniłem błąd. Moja młodość wymuszała wizje przyszłości, w poszukiwaniu szczęścia. Powiedziałem mu, że za trzydzieści lat te dziesięć tysięcy drzew będzie wyglądać wspaniale. Odpowiedział prosto, że jeśli Bóg da mu dożyć, w ciągu trzydziestu lat posadzi tyle drzew, że te będą jak kropla wody w oceanie.
    Zaczął też zajmować się rozmnażaniem buków i miał w sąsiedztwie domu szkółkę siewek buczyny wyhodowanych z orzeszków. Chronione od owiec parkanem rosły znakomicie. Powiedział, że myślał również o brzozach w głębi dolin, gdzie woda leży parę metrów pod powierzchnią ziemi.
    Następnego dnia się rozstaliśmy.
    Po roku nadeszła I wojna, w której walczyłem przez pięć lat. Żołnierz piechoty nie ma czasu myśleć o drzewach. Mówiąc prawdę, cała ta sprawa nie wywarła na mnie wrażenia. Uważałem, że to rodzaj hobby, jak zbieranie znaczków, i całkiem o tym zapomniałem.
    Po zakończeniu wojny postanowiłem odetchnąć świeżym powietrzem. Bez uprzedniego planu, ponownie wszedłem na szlak wiodący przez te pustynne okolice.
    Rafał Łoziński

  8. #8
    Bieszczadnik
    Na forum od
    01.2006
    Rodem z
    Ziemia Kłodzka lub Wrocław
    Postów
    126

    Domyślnie Odp: Bieszczadzkie lasy, i ich osobliwe dziwno

    Okolica się nie zmieniła. Tym niemniej, za martwą wioską zauważyłem w oddali rodzaj szarej mgły pokrywającej wzgórza jak dywan. Nawet poprzedniego dnia myślałem o pasterzu, który sadził drzewa. « Dziesięć tysięcy dębów, myślałem sobie, musi zajmować sporo miejsca. »
    Zbyt często spotykałem się ze śmiercią w ciągu tych pięciu lat, aby nie móc wyobrazić sobie śmierci Elézearda Bouffier’a, zwłaszcza gdy człowiek ma dwadzieścia lat i myśli o pięćdziesięciolatku, jak o starym dziwaku, któremu nie pozostaje nic innego, jak umrzeć. Ale on nie umarł. W rzeczywistości był bardzo żwawy. Zmienił tylko zajęcie. Teraz miał zaledwie cztery owce i setkę uli. Pozbył się owiec, bo niszczyły jego uprawę drzew. Powiedział mi (co mogłem naocznie stwierdzić), że wojna nie zakłóciła jego życia. W dalszym ciągu nieprzerwanie sadził drzewa.
    Dęby wysiane w 1910 miały teraz 10 lat i były wyższe ode mnie i od niego. Widok sprawiał wrażenie. Zamilkłem, a że on też się nie odzywał, cały dzień spędziliśmy w milczeniu, spacerując po lesie. Podzielony na trzy części, miał jedenaście kilometrów długości i trzy szerokości w najszerszym miejscu. Kiedy uświadomiłem sobie, że wszystko to wyrosło dzięki rękom i woli tego samotnego człowieka – bez żadnych maszyn – dotarło do mnie, że ludzie mogą dorównać Bogu w dziedzinach innych niż niszczenie.
    Zrealizował swój kolejny pomysł i buki, które sięgały mi do ramion, rozesłane jak okiem sięgnąć, były tego dowodem. Dęby były wyrośnięte i grube, przeszły wiek, kiedy mogły stać się ofiarami zwierząt, czy innych zdarzeń. Teraz aby zniszczyć jego pracę trzeba by zaprząc huragan. Pokazał mi zagajniki brzozowe, które posadził w 1915, gdy ja walczyłem pod Verdun. Sadził je w dnach dolin, gdzie zgodnie z jego przewidywaniami, woda była płytko pod ziemią. Były one delikatne jak młode dziewczęta i rozwijały się znakomicie.
    Wszystko to spowodowało rodzaj reakcji łańcuchowej. On nie dbał o to i uparcie kontynuował swoje proste zajęcia. Ale wracając do wsi, zobaczyłem wodę płynącą strumykami tam, gdzie, jak sięgnę pamięcią, zawsze było sucho. Była to najbardziej uderzająca zmiana, jaką mi pokazał. Strumienie te niosły wodę w dawnych, antycznych czasach. Z pewnością złe wioski, o których wspominałem, zbudowano na miejscu prastarych wsi galijskich, po których pozostały jeszcze ślady. Archeolodzy podczas wykopalisk znaleźli tam haczyki na ryby w miejscach, gdzie w bardziej współczesnych czasach niezbędne były cysterny, aby mieć trochę wody.
    Wiatr również dopomagał, rozsiewając nasiona. Gdy woda pojawiła się ponownie, powróciły też wierzby, krzaki, łąki, kwiaty i chęć do życia.
    Zmiany następowały jednak tak wolno, że uznano je za naturalne i nie budziły zdziwienia. Myśliwi wspinający się na wzgórza w pogoni za zającami, czy dzikami, widzieli wyrastające drzewka, ale uważali to za naturalne. Dlatego nikt nie pomyślał o pracy tego człowieka. Gdyby go podejrzewali, zapewne udaremniliby jego plany. On sam też nie pomyślał: Kto spośród wieśniaków, czy zarządców mógłby przypuszczać, że ktokolwiek może z takim uporem kontynuować tak wspaniały akt stworzenia?
    Poczynając od 1920 corocznie składałem wizytę Elzéardowi Bouffier’owi. Nigdy nie widziałem go załamanego lub wątpiącego, i tylko sam Bóg mógłby powiedzieć, czy była w tym Jego ręka! Nie mówiłem nic o jego rozczarowaniach, ale można sobie łatwo wyobrazić, że przy takich działaniach trzeba było walczyć z niepowodzeniami, że aby zapewnić swej pasji zwycięstwo należało pokonać rozpacz. Jednego roku wysiał on tysiące klonów. Wszystkie zmarniały. Następnego roku dał sobie spokój z klonami i wrócił do buków, które radziły sobie nawet lepiej niż dęby.
    Aby mieć pojęcie o jego wyjątkowym charakterze, należy pamiętać, że pracował w całkowitej samotności, tak ogromnej, że pod koniec życia odwykł od mowy – albo po prostu nie widział żadnej potrzeby jej używania.
    W 1933 odwiedził go zadziwiony leśnik. Urzędnik ten zakazał mu palić ogniska na dworze, z obawy przed zagrożeniem dla tego naturalnego lasu. Był to pierwszy przypadek, gdy ktoś powiedział mu naiwnie, o panującym powszechne przekonaniu, że las wyrósł całkowicie samoistnie. W tym czasie zamierzał on sadzić buki w miejscu odległym dwanaście kilometrów od swego domu. Aby uniknąć ciągłych wędrówek tam i z powrotem, a miał już wtedy 75 lat, postanowił zbudować szałas z kamienia w tamtej okolicy. Zrobił to następnego roku.
    W 1935 przybyła na miejsce delegacja administracyjna, aby zbadać ten « naturalny las ». Były ważne osoby z leśnictwa, deputowany i paru techników. Powiedziano wiele zbędnych słów. Zdecydowano coś zrobić, ale na szczęście nie zrobiono nic, z wyjątkiem jednej użytecznej rzeczy – wzięto las pod ochronę prawną państwa i zakazano wypalania w nim węgla drzewnego. Było wręcz niemożliwe nie poddać się urokowi tych młodych drzew w pełnym rozkwicie. A las wywarł oszołamiające wrażenie nawet na deputowanym.
    W zarządzie leśnictwa miałem kolegę, który był członkiem owej delegacji. Zdradziłem mu tajemnicę pasterza. Któregoś dnia w następnym tygodniu wybraliśmy się razem na spotkanie z Elzéardem Bouffier. Znaleźliśmy go przy pracy dwadzieścia kilometrów od miejsca, gdzie miała miejsce inspekcja.
    Rafał Łoziński

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. O rowerach, ich naprawie i obsłudze
    Przez Wojtek Pysz w dziale Oftopik
    Odpowiedzi: 15
    Ostatni post / autor: 29-05-2013, 13:11
  2. Limeryki bieszczadzkie
    Przez Piskal w dziale Poezja i proza Bieszczadu...
    Odpowiedzi: 45
    Ostatni post / autor: 10-07-2010, 17:58
  3. Lasy Anty - Państwowe*
    Przez Zefir w dziale Dyskusje o Bieszczadach
    Odpowiedzi: 3
    Ostatni post / autor: 10-03-2009, 00:38
  4. Lasy chcą wziąć parki narodowe
    Przez vm2301 w dziale Dyskusje o Bieszczadach
    Odpowiedzi: 33
    Ostatni post / autor: 05-06-2007, 12:51
  5. Bieszczadzkie...
    Przez Ewa_natta w dziale Bieszczady praktycznie
    Odpowiedzi: 68
    Ostatni post / autor: 03-09-2004, 18:13

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •