Okolica się nie zmieniła. Tym niemniej, za martwą wioską zauważyłem w oddali rodzaj szarej mgły pokrywającej wzgórza jak dywan. Nawet poprzedniego dnia myślałem o pasterzu, który sadził drzewa. « Dziesięć tysięcy dębów, myślałem sobie, musi zajmować sporo miejsca. »
Zbyt często spotykałem się ze śmiercią w ciągu tych pięciu lat, aby nie móc wyobrazić sobie śmierci Elézearda Bouffier’a, zwłaszcza gdy człowiek ma dwadzieścia lat i myśli o pięćdziesięciolatku, jak o starym dziwaku, któremu nie pozostaje nic innego, jak umrzeć. Ale on nie umarł. W rzeczywistości był bardzo żwawy. Zmienił tylko zajęcie. Teraz miał zaledwie cztery owce i setkę uli. Pozbył się owiec, bo niszczyły jego uprawę drzew. Powiedział mi (co mogłem naocznie stwierdzić), że wojna nie zakłóciła jego życia. W dalszym ciągu nieprzerwanie sadził drzewa.
Dęby wysiane w 1910 miały teraz 10 lat i były wyższe ode mnie i od niego. Widok sprawiał wrażenie. Zamilkłem, a że on też się nie odzywał, cały dzień spędziliśmy w milczeniu, spacerując po lesie. Podzielony na trzy części, miał jedenaście kilometrów długości i trzy szerokości w najszerszym miejscu. Kiedy uświadomiłem sobie, że wszystko to wyrosło dzięki rękom i woli tego samotnego człowieka – bez żadnych maszyn – dotarło do mnie, że ludzie mogą dorównać Bogu w dziedzinach innych niż niszczenie.
Zrealizował swój kolejny pomysł i buki, które sięgały mi do ramion, rozesłane jak okiem sięgnąć, były tego dowodem. Dęby były wyrośnięte i grube, przeszły wiek, kiedy mogły stać się ofiarami zwierząt, czy innych zdarzeń. Teraz aby zniszczyć jego pracę trzeba by zaprząc huragan. Pokazał mi zagajniki brzozowe, które posadził w 1915, gdy ja walczyłem pod Verdun. Sadził je w dnach dolin, gdzie zgodnie z jego przewidywaniami, woda była płytko pod ziemią. Były one delikatne jak młode dziewczęta i rozwijały się znakomicie.
Wszystko to spowodowało rodzaj reakcji łańcuchowej. On nie dbał o to i uparcie kontynuował swoje proste zajęcia. Ale wracając do wsi, zobaczyłem wodę płynącą strumykami tam, gdzie, jak sięgnę pamięcią, zawsze było sucho. Była to najbardziej uderzająca zmiana, jaką mi pokazał. Strumienie te niosły wodę w dawnych, antycznych czasach. Z pewnością złe wioski, o których wspominałem, zbudowano na miejscu prastarych wsi galijskich, po których pozostały jeszcze ślady. Archeolodzy podczas wykopalisk znaleźli tam haczyki na ryby w miejscach, gdzie w bardziej współczesnych czasach niezbędne były cysterny, aby mieć trochę wody.
Wiatr również dopomagał, rozsiewając nasiona. Gdy woda pojawiła się ponownie, powróciły też wierzby, krzaki, łąki, kwiaty i chęć do życia.
Zmiany następowały jednak tak wolno, że uznano je za naturalne i nie budziły zdziwienia. Myśliwi wspinający się na wzgórza w pogoni za zającami, czy dzikami, widzieli wyrastające drzewka, ale uważali to za naturalne. Dlatego nikt nie pomyślał o pracy tego człowieka. Gdyby go podejrzewali, zapewne udaremniliby jego plany. On sam też nie pomyślał: Kto spośród wieśniaków, czy zarządców mógłby przypuszczać, że ktokolwiek może z takim uporem kontynuować tak wspaniały akt stworzenia?
Poczynając od 1920 corocznie składałem wizytę Elzéardowi Bouffier’owi. Nigdy nie widziałem go załamanego lub wątpiącego, i tylko sam Bóg mógłby powiedzieć, czy była w tym Jego ręka! Nie mówiłem nic o jego rozczarowaniach, ale można sobie łatwo wyobrazić, że przy takich działaniach trzeba było walczyć z niepowodzeniami, że aby zapewnić swej pasji zwycięstwo należało pokonać rozpacz. Jednego roku wysiał on tysiące klonów. Wszystkie zmarniały. Następnego roku dał sobie spokój z klonami i wrócił do buków, które radziły sobie nawet lepiej niż dęby.
Aby mieć pojęcie o jego wyjątkowym charakterze, należy pamiętać, że pracował w całkowitej samotności, tak ogromnej, że pod koniec życia odwykł od mowy – albo po prostu nie widział żadnej potrzeby jej używania.
W 1933 odwiedził go zadziwiony leśnik. Urzędnik ten zakazał mu palić ogniska na dworze, z obawy przed zagrożeniem dla tego naturalnego lasu. Był to pierwszy przypadek, gdy ktoś powiedział mu naiwnie, o panującym powszechne przekonaniu, że las wyrósł całkowicie samoistnie. W tym czasie zamierzał on sadzić buki w miejscu odległym dwanaście kilometrów od swego domu. Aby uniknąć ciągłych wędrówek tam i z powrotem, a miał już wtedy 75 lat, postanowił zbudować szałas z kamienia w tamtej okolicy. Zrobił to następnego roku.
W 1935 przybyła na miejsce delegacja administracyjna, aby zbadać ten « naturalny las ». Były ważne osoby z leśnictwa, deputowany i paru techników. Powiedziano wiele zbędnych słów. Zdecydowano coś zrobić, ale na szczęście nie zrobiono nic, z wyjątkiem jednej użytecznej rzeczy – wzięto las pod ochronę prawną państwa i zakazano wypalania w nim węgla drzewnego. Było wręcz niemożliwe nie poddać się urokowi tych młodych drzew w pełnym rozkwicie. A las wywarł oszołamiające wrażenie nawet na deputowanym.
W zarządzie leśnictwa miałem kolegę, który był członkiem owej delegacji. Zdradziłem mu tajemnicę pasterza. Któregoś dnia w następnym tygodniu wybraliśmy się razem na spotkanie z Elzéardem Bouffier. Znaleźliśmy go przy pracy dwadzieścia kilometrów od miejsca, gdzie miała miejsce inspekcja.


Odpowiedz z cytatem