Nocna wędrówka lasem po zasypanych śniegiem ścieżkach wyczula zmysły.
Naszym szczęściem jest to że idziemy granią i w dodatku dobrze oznaczonym szlakiem.
Mimo to dwukrotnie gubimy właściwą drogę ale dwukrotnie zawracamy na dobrą. Zmęczenie powoduje że czas i droga się wydłuża.
Miało być godzinkę a mija już druga. Między drzewami mrugnęło w oddali światełko.
Ale dlaczego z lewej strony ? Przecież chata stoi po prawej ?
Kolejne kwadranse, kolejne kroki nie rozwiązują tej zagadki.
W końcu jest.
Najpierw pojawiają się budki kiblowe a dalej chata. Gdy dochodzimy na miejsce, możemy tylko usiąść na schodach.
Uchylają się drzwi z zaproszeniem do środka, a my nic , dalej siedzimy i siedzimy usiłując dojść do siebie.
Po dobrym kwadransie, a może dwóch w końcu ulegamy zaproszeniom.
W chacie oprócz zastępcy gospodarza nie ma oczywiście żadnych wędrowców.
Wstępna wymiana kto? i co?
Rozsiadamy się przy piecu i po raz pierwszy dzisiaj możemy posiłek jeść przy stole, dziwne posiłek przy stole.
Kolacyjka przedłuża się w wieczorne rozmowy. Jest coś takiego w klimatach schroniskowych , że obcy ludzie stają się naraz bliscy.
Znacie taką atmosferę ?
Znajdują się wspólne tematy, wspólne poglądy z ludźmi których jeszcze przed chwilą nie znaliśmy.
Takie przypadkowe rozmowy potrafią zostać na długo w pamięci,
Przemek , który zastępował gospodarza pokazywał swoje dzieła „Pomysłowego Dobromila” , zdradził też przepis na wyjątkowego jabola przygotowywanego z dzikich bieszczadzkich jabłuszek.
Dużo później przypomniałem sobie prośbę z forum o przekazanie dla niego pozdrowień, ale ja durny zapomniał. Może następnym razem.
Poranek. Nocne rozterki dały o sobie znać. Pochyleni nad mapą decydujemy się na zmianę programu : zamiast iść na Rawki postanawiamy wrócić się swoim wczorajszym tropem. Cel jest zdecydowany : wytropić utracone rogi.
Żegnamy się z kozą (foto) i ruszamy. Nie było wiatru w nocy, a jedynie bardzo delikatny śnieżek, dzięki czemu możemy rozpoznawać własne ślady.
Ale w tej zimowej krainie śladów jest mnóstwo, głównie jeleniowate, ale nie tylko. Już po kwadransie trafiamy na pierwsze charakterystyczne tropy miejscowego futrzaka. Ten osobnik nie przejął się leżącym śniegiem ani myślał o przygotowaniach do snu. W nocy urządzał sobie spacery przechodząc raz po raz z lewego zbocza na prawe a za kilometr na odwrót. (foto)
Jak tropiciele śladów odszyfrowujemy wczorajsze odpoczynki, zmyłki i nawroty. Dochodzimy w końcu do miejsca gdzie wczoraj wyszliśmy na grań.
Rozglądamy się wokół starannie bo tu był dłuższy popas.
JEST
Leżą sobie zagubione rogi oparte o pieniek drzewa.
Radość ze znalezienia zostaje odpowiednio podniesiona płynem wyższej rangi. Warto było wracać.
Teraz trzeba przytroczyć trofeum do plecaka.
Jest godzina 11-sta i co dalej robić ???
Cdn.



Odpowiedz z cytatem
Zakładki