Jadę ja któregoś wieczoru listopadowego, a właściwie już nocy… śnieżkiem trochę posypuje, do Wetliny. Słusznie przypuszczając, ze sklepy już mogą być nieczynne, a ja nawet piwa złamanego nie mam…zatrzymuję się koło sklepu oświetlonego w Cisnej.
Z ciemności zasklepowej wyłania się niespodziewanie On, mikry jakiś, z gębą podrapaną, może i okiem podbitym, w lichej kurteczce, brudnej troszkę, choć noc i widać niewiele. Przemówił do mnie i prosi o wsparcie…o bułkę jakąś (nie chleb ale bułkę właśnie!!) i pasztecik mazowiecki (a może inny jakiś ale z nazwy wymieniony, pewnie Jego ulubiony)…nic poza tym, ni piwa, ni złotówki na wino.
Kupiłem tą bułkę i ten pasztecik dla Niego i dla siebie co nieco. Podziękował i zniknął tak jak się pojawił, w ciemności.
Wtedy jeszcze pojęcia nie miałem o forum bieszczadzkim…ale teraz, naczytawszy się go, wiem, że straciłem ogromną szansę…choćby fotę z Nim trzeba było zrobić sobie i teraz Wam pokazać…a patrzcie ja i zakapior! Albo wziąć Go na zwierzenia i dopisać ciąg dalszy do Potockiego…a może On jest już w książkach Mistrza…tym bardziej szansę jedyną zatraciłem. Może bezpowrotnie…ale mnie zmylił tą bułką i tym pasztecikiem ulubionym i przebierańcem mi się wydał.
Nadzieję mam tylko, że Jego wizytówka nie wisi jeszcze na kapliczce w Cisnej…
Pozdrawiam


Odpowiedz z cytatem

