A kiedy wrócił do Bieszczady
w Terce wynajął dom. Starą bojkowską chyżę, pokrytą słomianym dachem. Malownicza to była chata, ale do mieszkania niezbyt zdatna. Wytrzymał w tym skansenie chyba z dwa lata. Zaprzyjaźnił się z sąsiadami. Nawet nosił się z zamiarem kupienia tej chałupy. Tam zaczął rzeźbić "Madonnę z dziuplą dla ptaszka". Wiele razy sięgał po ten temat. Ale znów, jak przy kapeli, ta pierwsza deska nie ma sobie równych.
Byłem u niego w Terce kilka razy. Na początku sprawiał wrażenie autentycznie zafascynowanego tym miejscem i mieszkającymi tam ludźmi. Pamiętam, kiedyś pojechaliśmy do jego znajomych drwali w Polankach. Koniecznie chciał, żeby Wacuś opowiedział mi o Jorgusiu, jak poszedł do nieba bez nóg. Mówił - to musisz opisać. Ale rozmowa się nie kleiła. Wacuś był trzeźwy, Jędruś też, więc, o czym tu gadać, jak już skończyła się opowieść o Jorgusiu. Pożegnaliśmy Wacusia i pojechaliśmy do Tadzia Spisa. U Tadzia rozmowa też na trzeźwo. Beznamiętna jak lekcja gramatyki. Nawet kląć się nie chciało. Tadziu miał wtedy finansowy dołek, ani roboty, ani pomocy znikąd. Robił doktorat z bieszczadzkiej szkoły przetrwania. Habilitował się niedługo potem, ucztując z wilkami. Wilki polowały, a on je odpędzał od zdobyczy i zabierał co lepsze kąski.
W Terce poznałem dzięki niemu "tatę kopyto", jednego z siedmiu bieszczadzkich dziadów - modelowych zakapiorów, co to nawet mieli swój kodeks honorowy. Kopyto, bo chodził ze spluwą, na którą zresztą nie miał pozwolenia. Kiedyś odwiedziliśmy w Polanie innego z owej siódemki Romka Szymańskiego. Na piecu bulgotało wino w butli. To co, że jeszcze nie skończyło fermentować. Wino jest wino. Jędruś postanowił już nie wracać ze mną. W butli było co najmniej dwa wiadra zawiesistej, brunatnej cieczy. Starczy na kilka dni.
Z Terką rozstał się bez żalu
Zbyt ustronne to było miejsce, dobre dla pracowitych chłopów, nie dla niego. Ani knajpy, ani ferajny. Wetlina to co innego. Tam turyści chętnie postawią piwo przebierańcowi w kowbojskim stroju. Kiedy w rozmowie okazuje się, że taki inteligentny i oczytany, stawiają następne. Za artystę stawiają kolejną kolejkę. Jeść nikt nie postawi. Zresztą prawdziwe zakapiory bieszczadzkie najchetniej posiłki przyjmują w płynie.
Z Wetliny blisko do Strzebowisk. Tam u Krzyśka Szymali była jego "Gwiazdka". Niby dał ją na przechowanie, ale tak naprawdę sprzedał. Znali się już od wielu lat. Po pożarze chaty w Orelcu przeniósł się ze swoimi trzema końmi na Jaworzec. Nadchodziła zima, a tam ani garści siana. Poradzili mu dobrzy ludzie, że może Krzysiek go wspomoże. Ten pomocy nie odmówił, załadowali przyczepę siana i zawieźli na Jaworzec. Od wtedy właśnie byli przyjaciółmi. Któregoś wieczoru odwiedził go Jędruś "nawalony jak stodoła". Był głodny, więc Szymala zaproponował mu jajecznicę z kaszanką. To taka bieszczadzka szybka potrawa. Jędruś poszedł jeszcze do stajni przywitać się z "Gwiazdką". Jajecznica gotowa, idzie Krzysiek za nim, a jego nie ma. Myśli - rozmyślił się i powędrował dalej. Zjadł jajecznicę i poszedł spać. Rano wchodzi do stajni, patrzy, a tam Jędruś leży w gnoju koło koni, a nogi mu wystają spod żłobu.
Kiedy nie zastawał Szymali, a miał już dobrze w czubie, siodłał sobie konia i jechał do Wetliny. Po drodze zdarzało mu się zatrzymywać autobusy z turystami. Spinał konia, aż ten przysiadał na zadzie i wołał: - Ej, która tu ze mną jedzie. Razu jednego tak go nagle zerwał, że koń się przewrócił, a on sam omal nie wpadł pod jadący autobus. W Wetlinie dawał też kowbojskie popisy ku uciesze gawiedzi. Podobał się turystom ten zawadiacki kowboj, bo i któż mógł przypuszczać, że za tym pozornym luzem kryje się tragedia człowieka, który pomimo talentu, jakim obdarzył go Bóg, zupełnie zagubił się w życiu.
W Wetlinie miał kupić kawał pola pod Hnatowym Berdem. Zamierzał postawić dom. Póki co mieszkał kątem w nieotynkowanej piwnicy. Na ubitej glinie. W jakiś czas potem ten sam dom zamierzał budować w Strzebowiskach na gruncie Krzyśka Szymali. Miała to być półziemianka kryta darnią, z tarasem, z widokiem na Smerek i Hnatowe Berdo. Ot, Jędrusiowe gadanie.
Cały czas palił za sobą mosty
W pijanym widzie zrażał do siebie ludzi, tracił przyjaciół. Któregoś dnia zjawił się w Lesku. Pomieszkał u mnie ze dwa tygodnie, wyszedł rano, miał wrócić za chwilę i przepadł bez wieści. Po jakimś czasie zadomowił się w piwnicy Bieszczadzkiego Domu Kultury. Miał tam pracownię, piwny salon i sypialnię na stole. Za posłanie służył mu barani kożuch. Coś wyrzeźbił, coś sprzedał. Żył jak zawsze z pożyczek i darowizn. Potem na krótko zawitał do Zagórza i wtedy dobry Bóg zlitował się nad nim. Poznał Ewę i Władka Wójciaków z Rzepedzi. Przygarnęli Jędrusia do siebie. Kupili chałupę w Kulasznem i ustanowili go tam rezydentem. Wydawało się, że Połonina ma już za sobą najchmurniejsze i najdurniejsze dni żywota. Wszak skończył czterdzieści lat. Wydawało się... A oni byli cierpliwi, obchodzili się z nim jak z dzieckiem. Zmądrzeje, już zmądrzał - mówiła Ewa. - Wyrzeźbił to, wyrzeźbił tamto, uczy mnie malować... Opiekuje się psem, do babci sąsiadki, jak była chora, chodził karmić konia, naprawił płot, posadził z Władkiem drzewa....
Ale tak, jak natura ciągnie wilka do lasu, tak choroba zwana alkoholizmem Jędrka ciągnęła do knajpy. Nie potrafił sobie z nią poradzić, nie potrafił sobie poradzić z samym sobą. Aż do tragicznego dnia, kiedy w Komańczy jego życie dobiegło kresu. Już był na dworcu kolejowym, miał wsiąść do pociągu i jechać do Rzepedzi, do Wójciaków. I nagle zdecydował jednak wrócić do knajpy. Okazało się, że wrócił po śmierć. Widać tak mu było pisane.
***
Za kilka dni minie kolejna rocznica śmierci Jędrka. Kiedy będziecie przejeżdżać przez Kulaszne, możecie spotkać się z nim na cmentarzu. Pod krzyżem z końskich podków, przywalony kamieniem, spoczywa po ziemskiej tułaczce, czekając na zmartwychwstanie. Zmówcie za Jędrka: Zdrowaś Mario i Wieczne Odpoczywanie. Możecie też, jak czynią to niektórzy, zostawić na grobie flaszkę piwa dla skacowanych życiem wędrowców...