W Bieszczadach nie zaatakował mnie ani jeden kleszcz. W Górach Sanocko-Turczańskich tak, kilka razy jak chaszczowałam. Najwięcej na Kozińcu. Zbieraliśmy nawzajem z siebie kleszcze. Wędrowałam jako pierwsza więc nazbieralam sporo 17, w tym jeden niezauwazony przeze mnie wbił mi się nad kostką.
Z hucpamacabr warto wymienić jeszcze żmije. Praktycznie codziennie spotykam je na szlaku. Nawet na Połoninie Wetlińskiej. Wczoraj tak sprytnie ukryła się w trawie na szlaku pod Osadzkim, że przeszliśmy nad nią w kilkoro. Dopiero po chwili rozległ się krzyk przerażonej dziewczyny. Żmija nawet nie zasyczała, tylko spokojnie wyczuwając drgania podłoża popełzła w borówczyska. (Żmije nie mają słuchu, reagują na drgania podłoża. Wystarczy potupać aby je przepłoszyć. Nie można tworzyć okręgu, gad musi mieć miejsce do ucieczki). Na ścieżce Tarnawa-Dźwiniacz spotkaliśmy kilkanaście pięknie wybarwionych źmij, zaskrońce i padalce. Nie jestem tego pewna ale mogliśmy widzieć gadożera. Jakiś drapieżny ptak trzymał w dziobie gada. Na pewno nie był to orlik krzykliwy. Mogliśmy porównać. Orlika widzieliśmy po chwili siedzacego na swoim ulubionym miejscu.


Odpowiedz z cytatem