Atak dzików na Kalnicę:
Trzy noce i dwa dni trwała ta burza — a kiedy nadstała, nie można się było rozpoznać z obejściem ani z okolicą, tak bardzo pozmieniały ją zaspy olbrzymie! (...) Rozumiałem, że co najgorsze było już przebyte — ale gdy się dzień zrobił, ozwało się wołanie na górnym końcu wsi... Przeraźliwe głosy, błagające ratunku, przybliżały się coraz więcej i poczęto dzwonić na trwogę. Jeden z parobków dostał się z trudnością po drabinie na wierzch dachu — i przerażony wołał, że się czerniawa dzików z działu wali na górny koniec wsi! Na ten odgłos poczęły się zamykać wszystkie drzwi po stajniach i budynkach dworskich — a ludzie poczęli uciekać na strychy... Parobek, który siedział na dachu, donosił co chwila, co się na górnym końcu wsi dzieje — i że stado dzików spuściło się już na obejścia i buszuje między chatami. Śnieg był tak wielki spadł, że dziki nie mogły się dostać w lesie do żeru, więc zgłodniałe spuściły się wielkim stadem do wsi. Słychać było zrazu straszliwe ujadanie psów, które w miarę tego cichło, jak się dziki zbliżały — bo dziki wycięły wszystkie psy po drodze (...). O obronie nie można tu było myślić. Jedynie odgłos dzwonów zdawał się powstrzymywać stado. Dzwonnica stała naprzeciwko dworu. Rzeczywiście zawróciły się dziki przed obejściem dworskim w bok, przeszły rzekę — a gdy z plebanii był już do rzeki ślad przetorowany, wpadły na dziedziniec plebanii całem stadem tym szlakiem i obległy w dziedzińcu, znalazłszy tu w kopcach przeszło dwieście korcy ziemniaków. Kopce te zniknęły w mgnieniu oka. Ludzie w plebanii uciekli na strychy i dachy. Przez cały dzień rozlegały się głosy wołające ratunku — a dziki, rozłożywszy się po nawozach i gumnie — leżały sobie spokojnie w barłogu. We dworze miałem tylko dwie dubeltówki — ale co dwie strzelby pomogą na taki najazd stada dzików (...). Sołtys powiedział mi, że jeśli kilka kóp okołotów dam na to, to może się uda odpędzić nocą dziki ode wsi. (...) Pod wieczór zeszła się prawie cała gromada do dworu. Z najtęższymi chłopami stanął sołtys na szlaku od granicy obejścia dworskiego ku dzwonnicy — chłopcy obsiedli dachy, a gdy się już dobrze ściemniło, wzięliśmy już wszystkie dworskie konie pod ludzi, tyki ze smolnymi wiciami i ruszyliśmy ku rzece (...) z wielkim hałasem w górę z płonącemi chorągiewkami — i zajęliśmy ów ciasny oszyjek pomiędzy dwoma budynkami w samej bramie (...). Stado dzików przesuwało się powoli, stawało co chwila i obracało się napowrót do ognia — rzucaliśmy tedy zapalone okłoty przed siebie na szlak... Dziki nałożywszy nieco drogi, polem zwróciły się ku dzwonnicy, chcąc się spuścić napowrót do wsi, ale w mgnieniu oka — na znak dany przez sołtysa rozgorzały na tykach okołoty, a na kupach słoma mierzwiasta i uderzono we wszystkie dzwony! (...) Dziki widząc, że się do wsi dostać nie mogą, zawróciły w górę i poszły na graniczny dział w sąsiednie lasy (...). Po najeździe dzików nie zostawała plebania i wieś w lepszym stanie, jak po najeździe Tatarów.
Wincenty Pol, Obrazy z życia i natury, Lwów 1876
Parę lat minęło, ale niewykluczone, że wrócą.....


Odpowiedz z cytatem