Jest po 17:00, po 6h jazdy z Sambora wreszcie dotarliśmy do Wołosianki. I co…i pierwsze swoje kroki kierujemy do przydworcowego baru. Mówiąc wprost, pierwsze co zrobiliśmy na Ukrainie, to poszliśmy się upić, ale jak się potem okaże wyszło nam to na dobreW barze sprzedawca bierze Harnasia za Ukraińca. Na początek bierzemy piwko i grzane wino. Tylko, że….w Wołosiance zdecydowanie nie wiedzą co to jest grzane wino. Pani przynosi nam butelke wina podgrzaną w mikrofalówce, z korkiem wciśniętym do środka. Hehehehe….butelka, owszem jest ciepła, ale wino niekoniecznie. W sumie jakoś nam to nie przeszkadza, ale na przyszłość trzeba będzie im pokazać jak wygląda prawdziwy grzaniec
Dość szybko upływa czas, a my jakoś tak beztrosko zamawiamy kolejne piwa, planu na dzień dzisiejszy nadal nie mamy, ale nikt z nas nie ma ochoty zawracać sobie tym głowy. Do baru przychodzi coraz więcej ludzi, a to konduktorzy „na jednego”, a to miejscowi. Sporo zamieszania wywołuje mały chłopczyk, który biega z pistoletem i strzela do wszystkich. Bandit!!!! Wkupuje się w jego łaski batonem. Nawet nie wiem kiedy dosiedli się do nas miejscowi, nie wiem kiedy na stole pojawiła się kolejna butelka „wody rozmownej”, czas mijał szybko i cudownie. Trwaj chwilo!! Kiedy wróciłam z toalety, okazało się, że miejscowi, których poznaliśmy zaprosili nas do siebie do domu do Użoka, na nocleg
A niech mnie!!! Co za ludzie, u nas coś takiego by nie przeszło, żeby obcych spraszać. Twierdzili, że im jest nas szkoda, że się tak pałętamy po takim zimnie z namiotem i że dziś śpimy u nich i bez gadania.
W ten sposób bliżej poznaliśmy dwóch braci Wasyla i Michajła. Problemów z dogadaniem się raczej nie mamy, Wasyl mówi też trochę po słowacku, bo pracował tam 12 lat, zresztą jak sama nazwa wskazuje „woda rozmowna” okazuje się nader skuteczna. Podjeżdżamy do Użoka pociągiem, który tak jak mówiłam wcześniej, stoi na stacji bardzo krótko, o czym przekonał się Harnaś, który zatrzasnął się w drzwiach ruszającego już pociągu;-) Ale całe szczęście udało mu się wyskoczyć i poszliśmy już spokojnie, bez ekscesów do domu Wasyla.
A tam…. wielka kuchnia z piecem, babką przy piecu, wspaniałym kotkiem Honzo. Poznaliśmy też żonę Wasyla, Anastazje jego trzy córki, w tym najmłodszą dwumiesięczną Wiktorie. Pani Anstazja ugościła nas cudownie. Michajło ciągle kazał mi jeść, mówił, że jutro idziemy w góry i musze mieć dużo siły. Na własnej skórze mogliśmy się przekonać, że gościnność ludzi w górskich wioskach to nie bajki tylko szczera prawda. Cały czas byłam w szoku tego wszystkiego co się dzieje, tego, że Ci ludzie to wszystko robią bezinteresownie, tak po prostu z dobrego serca. Biedni, prości, ale szczerzy, przepełnieni dobrocią i miłością - to jest jeden z powodów dla którego chce tam wracać. Wasyl cały czas chwalił się swoją najmłodszą córeczką, pokazywał zdjęcia z chrztu i z wojska. Koniec końców gospodarze odstąpili nam swoje łóżko…(tu znowu szok dla mnie)…i wreszcie poszliśmy spać.


Odpowiedz z cytatem