Faktycznie, miejsce rewelacyjne. Na skraju polanki, w lesie. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić jak duża jest to polanka, ponieważ widoczność z każdą godziną się pogarsza. Obok naturalny bądź też nienaturalny dołek pasujący szerokością pod nasz namiot, fajnie przynajmniej nie będzie nam wiało. Znajdujemy też mały stos drewna, znaczy się ktoś tu wcześniej palił ognisko. Tak nam się coś wydaje, że to musi być jakieś miejsce widokowe. Harnasiowy namiot rozkłada się błyskawicznie. Tak nawiasem mówiąc to bardzo polecam (Marabut, lawina), strasznie mi się podoba, a najlepsze w nim jest to, że jest w widocznym z daleka kolorze ciemno - zielonym Przysypujemy fartuchy, wrzucamy swoje rzeczy do środka. Ani się nie obejrzałam a Harnaś już skombinował ognisko. http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/...95be2685d.html Tym razem nie zdołał się chłopak narąbać, ale za to się urżnął, a to za sprawą swoje nowej małej piłki, która zastąpiła mu siekierę;-) Drewna nanosił całkiem sporo, baaa…. nawet ławkę zrobił, więc jakby ktoś chciał to jeszcze tam cosik zostało. I tak na pracach obozowych doczekaliśmy zmierzchu.
Ten wieczór będzie jednym z takich, które pamięta się do końca życia. I to nie dlatego, że był to ostatni dzień 2006 roku… nie to nie żadnego znaczenia. Po prostu był śnieg, ogień, nieznane góry, spokój, ciepło… nawet nie umiem tego opisać i chyba nie chce. To zostawię dla siebie Było mi po prostu dobrze. Nie myślałam o tym, co było, o tym co będzie. Cały czas starałam się chłonąć chwilę. Tu i teraz stało się ważne i nasiąknęło mną całkowicie.
Na pierwszy ogień poszedł domowy bigos mojej mamy, który zagryzaliśmy pycha chlebkiem ukraińskim zakupionym w Samborze. http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/...d0d44a3bf.html A potem przez resztę wieczoru siedzieliśmy przy ognisku i gotowaliśmy herbatę chyba na wszystkie możliwe sposoby (oczywiście z wkładką Dobrego Receptu). Zrobiliśmy jeszcze kompot z jabłek suszonych. Ja je nazwałam „perpetuum mobile”, bo z jeden garści jabłek udało się cztery razy zrobić kompot. Hmm….. właściwie o czym tu pisać… czas płynął szybko – wolno, my ciągle siedzieliśmy przy ogniu nieustannie topiąc śnieg na herbatę, co chwile przychodziły noworoczne smsy (o dziwo prawie wszędzie tam miałam zasięg, także niech nikt mi nie mówi o dzikiej Ukrainie…bo uduszę!). Od czasu do czasu rozmawialiśmy, ale też nie za dużo, jakoś chyba nikt z nas nie miał takiej potrzeby… było dobrze. Meni czudowo. http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/...9ff7d21b7.html
Kiedy zerwał się już naprawdę nieprzyjemny wiatr przenieśliśmy się do namiotu. Moja grzałka benzynowa nadal grzała, więc wrzuciłam ją do śpiworka. Tak a propos to bardzo polecam takie grzałki, nie jakieś tam gówno warte chemiczne ocieplacze, tylko grzałki benzynowe. Moja w tej chwili grzała już prawie 20 godzinę. Wypiliśmy jeszcze po łyku Bogdana, wyrzuciliśmy plecaki do przedsionka, ułożyliśmy się w śpiworach, chyba jeszcze coś rozmawialiśmy…ale dokładnie nie pamietam bo zasnęłam. Widać byłam już nieźle zmęczona, bo bardzo szybko odleciałam w sen. I tu ktoś mógłby powiedzieć, że przespaliśmy Nowy Rok. Nic bardziej mylnego. W nocy obudziły nas …. sztuczne ognie Szlag wie z której miejscowości, ale było je słychać bardzo wyraźnie. Godzinę później znów obudziły nas sztuczne ognie… ki diabeł? No tak, to pewnie z Polski było słychać…może z Mucznego, może z Ustrzyk. Obeszło się bez noworocznych życzeń. Jakoś niespecjalnie przepadam za tym zwyczajem. Ja mogę Harnasiowi codziennie życzyć „Wszystkiego Dobrego w Nowym Roku”. Jedyny dialog między nami jaki wywiązał się tej nocy to:
-Słyszałaś?
-Noo

I tak weszliśmy w Nowy 2007 Rok, gdzieś tam na zamglonej ukraińskiej polance w ciepłym namiocie, podczas gdy inni wystrzeliwali korki z szampanów, obrzucali się brokatem tudzież innymi syfami, wypijali niezliczone ilości alkoholu, po to by rano kompletnie nic nie pamiętać… Właśnie dlatego wolałam być TU…niż TAM. I w tym miejscu zacytuje Harnasia: „Jak się jest TU to TAM nie istnieje”… niezależnie od tego gdzie jest TU a gdzie jest TAM.

PS. Henku dziękuje za piosenkę.