Poranek. Poniedziałek 1.01 2007 roku. Godzina ok.9h. Budzi mnie dźwięk rozsuwanego zamka. Harnaś wychodzi, a ja jednym okiem zerkam na kawałek świata, który odsłania mi się zza rozsuniętego namiotu. Nic ciekawego nie widzę, oprócz wiszących nad namiotem, oblepionych śniegiem gałęzi drzewa i ($%&*#) mgłyChowam się z powrotem w śpiwór i udaje, że śpię, bo jakoś wcale nie mam ochoty wstawać i patrzeć na ten obrzydliwy zamglony świat. Harnaś wraca, wskakuje do śpiwora i stwierdza, że on dzisiaj stąd nie wychodzi. Na mojej gębie błąka się podstępny uśmiech i chyba oboje już podświadomie wiemy, że dziś tu zostajemy, żeby przekiblować złą pogodę.
Kolejna pobudka, chyba jest już ok. południa…a co tam. I tak nam się nigdzie nie spieszy i tak nie mamy żadnego planu. Liczy się tu i teraz. Wyglądamy z namiotu…. Cholerka…Jest jeszcze gorzej niż przedtem. Nie dość, że świata nie widać, to z nieba leci zmrożony śnieg. No jednym słowem ****ówka. Teraz już wiemy, że na 100% dziś tu zostajemy. Mamy tylko taką malutką nadzieję, że może jutro...choć kawałeczek świata uda się zobaczyć. Może stanie się cud i będzie poprawa pogody. Szczerze mówiąc humory mamy nijakie, nuuuda i dłużyzna. Nic się nie dzieje, nie ma co robić. Jakoś tak całe południe i popołudnie wegetujemy w namiocie, a to jedząc, a to rozmawiając, od czasu do czasu drzemiąc. Często wracamy myślami do takiej jednej chatki zastanawiając się, co tam się dzieje, kto przyjechał i jakie szkody wyrządził?Harnaś usilnie pragnie poznać konstrukcje mojej grzałki benzynowej i rozkłada ją na części pierwsze. Jak twierdzi musi poznać jej budowę, bo chce sobie zrobić taką samą. Hehe…no tak, cały Harnaś.
Mimo tego, że dziś niestety nie udało się nam wyjść w góry wcale nie mamy poczucia straconego czasu. Zawsze w takich chwilach przypominają mi się słowa Wielickiego po zimowej wyprawie na K2, że „Ważniejsze jest zdobywać niż zdobyć”. Pewnie, że fajnie byłoby się przejść po połoninach i zobaczyć to wszystko w śniegu…no ale jak nie ma warunków…to po kiego? Sztuka dla sztuki? Niektórzy by poszli…ale po co?To byłaby katorga, która skończyła by się pewnie rozbiciem obozu na następnej polance…jeżeli takowa następna w ogóle istnieje?
Tak więc siedzieliśmy w ciepłym namiocie nadal sprawdzając od czasu do czasu czy pogoda się poprawiła. Niestety wręcz przeciwnie, było coraz gorzej. A niech Cię szlag trafi! Zaszyliśmy się w namiocie i praktycznie całe popołudnie zeszło nam na grze w statki. Harnaś opracował jakiś tajny system i dzięki temu za każdym razem wygrywał. Jak nie cierpię grać w karty, tak w tym momencie bardzo żałowałam, że nie zabraliśmy ich ze sobą. Tego dnia po raz pierwszy widziałam też jak to jest, jak zabraknie tlenu w namiocie. Niby nic wielkiego, ale za cholerę żadna zapałka, zapalniczka czy też kuchenka nie chce się palić. I już jestem mądrzejsza o nowe doświadczenie.
Przewietrzyliśmy namiot przed nocą i wyciągnęliśmy ostatnią butelkę Chortycji, co by miło spędzić wieczór i poprawić sobie humor. Za kielonek posłużyło nam opakowanie po soli, czy też jak kto woli po kliszy fotograficznej. http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/...b3d661362.html Od tej chwili minuty wieczorne zaczęły płynąć dość szybko, bo ani się zorientowaliśmy jak było już po północy. Rozsądek nakazywał spać, więc ułożyliśmy się w śpiworach i odeszliśmy w sen. Nie mogłam od razu zasnąć, długo jeszcze rozmyślałam, o wszystkim i o niczym, o tym jak bardzo ważne jest towarzystwo z którym się wędruje, o najbliższych, o górach. Pamiętam, że miałam wcześniej wiele możliwości, żeby przyjechać w te góry, ale jakoś nie czułam wtedy w sobie że powinnam jechać. Natomiast teraz, teraz były okoliczności jak najbardziej sprzyjające, to był ten czas i ludzie![]()
>>Wracając wspomnieniami do tamtych dni, tak sobie analizuję teraz to wszystko z perspektywy czasu i myślę, że to iż nigdzie nie poszliśmy było bardziej uwarunkowane przez umysł niż przez pogodę. Czasem tak mam, że odczuwam że są dla mnie miejsca dobre i złe. Nie wiem, nie potrafię tego dokładnie wytłumaczyć. Tam mi po prostu było dobrze i jak się obudziłam, to wiedziałam że dziś nie chce stąd iść. Podświadomość, przeczucie? Nie wiem… po prostu tak jest, że raz czujesz że musisz tu zostać, a innym razem że czas już iść przed siebie. Tez tak macie? Bom ciekawa? <<


Odpowiedz z cytatem