Ryszard jest bardzo religijny, praktykujący, i w ogóle nie może być mowy, aby opuścił niedzielne nabożeństwo. Staram się więc tak ustalić turystyczny program pobytu, aby uwzględnić w nim również to "powołanie" kolegi (nieporównywanie większe od mojego, chociaż ateistą nie jestem). A zatem idziemy do cerkwi greckokatolickiej - Kościoła chrześcijańskiego, a ponadto podległego papieżowi.
W kościele niewiele ponad 30 osób (łącznie z nami). Poniewczasie zorientowałem się, że już na wstępie popełniliśmy faux-pas siadając po lewej, "babskiej" stronie. Byliśmy po tej stronie jedynymi przedstawicielami płci brzydkiej. Jednak ani ksiądz, ani nikt z obecnych nie zwrócił nam uwagi. I to chyba z racji taktu, gdyż płci pięknej z wyglądu raczej nie przypominamy.

Po nabożeństwie okazało się, że niedziela dla ukraińskich "mrówek" jest również dniem pracy. Podjechaliśmy na "ruski" parking (ten bliżej mostu) i uzupełniliśmy tam nasze piwne zapasy (kilka butelek chmilnego micnego zabrała wczoraj Gosia do Warszawy). Proponowano mi również zatankowanie tanio samochodu, ale się na to nie zdecydowałem.

W drodze powrotnej coś tam spożywczego jeszcze dokupiliśmy w Lutowiskach. Pomimo to na miejscu okazało się, że ... kończy się nam pieczywo. Sklepik w Sękowcu okazał się zamknięty, za to będąc przy nim dowiedzieliśmy się, że wyjątkowo jeszcze otwarty jest ten w Zatwarnicy, blisko hotelu. Poszliśmy więc tam "na skróty", przez strumyk. I kupiliśmy ostatni bochenek chleba (mam nadzieję, że nie odjęliśmy go od ust żadnemu miejscowemu dziecku).