heh miejsca brakło, chyba bedzie nudno...

Dzień 3:

Trzeci dzień miał upłynąć spokojnie pod znakiem odpoczynku w Zawoziu ze względu na słabej jakości pogodę. Jednak w południe gdy pogoda polepszyła się instynkt łaziora dał o sobie znać i wybrałem się z wzdłuz brzegu zalewu solińskiego. Podróż zacząłem w miejscu ujścia potoku Kadłubina kierując się w stronę mostu w Bukowcu. Jak miało się już w krótce okazać pomysł był dość szalony ze względu na średnio-wysoki poziom wody i strome brzegi bądź ich brak... Już na początku napotkani wędkarze powiedzieli mi że dalej brzegiem nie dojdę, ale jak to bywa, jak sam nie spróbujesz to się nie dowiesz. No i faktycznie po wielkich trudach przeszedłem nad niezłą skarpą, potem było trochę lżej bo ścieżką nad brzegiem, ale najlepsze dopiero miało nadejść. Pomimo zaopatrzenia się w dwie laski ze znalexionych patyków nogi same obsówały się w kierunku zalewu. Gdy zdawało się że to juz koniec wędrówki i że juz będzie most okazało się że przejść się nie da i trzeba będzie obejść cały cypel brzegiem bo zarośla są tak gęste że nawet nogi nie da sie tam postawić /dosłownie/. Nieco z mieszanymi uczuciami ruszyłem dalej bo zawracać też byłoby bez sensu a iść dalej jeszcze bardzie głupim wydawało się pomysłem...ale. Po obejściu cypla skończyły się naniesione śmieci, patyki oszwary i już nie tak łatwo było iść. Teraz trzeba było trzymać się 30cm szerokości brzegu, który na całej swojej długości przypominał niezłe trzęsawisko. Tutaj kolejny raz sprawdził się mój patent, czyli rozcięte spodnie. Wszystko było dobrze do puki było jeszcze te parę cm brzegu, niestety później krzaki zaczęły wyrastać z wody i nie sposób było przez nie się przedrzeć. Trzeba było podążać bardziej nad nimi niż między ale kolejny raz zaparcie wygrało z naturą i w długą chwilę później dotarłem do mostu w Bukowcu. Kurzu na tych przeklętych krzaczorach było tyle że jak wysiąkałem nos nad mostem to z jamy nosowej wydobywało się samo śluzowe błoto i to przez dłuższy okres smarkania. Teraz już spokojnie drogą do Wołkowyji, gdzie w przydrożnym sklepie zakupiłem 1l Coca-Coli, tak w nagrodę za przejście tym brzegiem. Kawałek za Wołkowyją już stopem wydawałoby się do Sanoka, ale jednak w Hoczwi kolejny raz dał o sobie znać zmysł łaziora i kazalem się wysadzić na krzyżówce i podążyłem w kierunku Gruszki, wcześniej zaopatrując się w szybkie kalorie w sklepiku. Kolejny raz dała o sobie znać niezbyt dokładna mapka, gdyż ktoś znowu zapomniał na nią nanieść kilka ścieżek i większość potoków, wzdłuż których miałem dojść do Leska. Już wydawało się /zgodnie z mapą/ że jestem na grani i zgodnie z potokiem powinienem wyjść przed Leskiem, i owszem wyszedłem przed Leskiem ale jakieś 10km tzn przed Łączkami, no cóż autorowi mapy pozostałe strumyki musiały wydać się nieistotne. Po drodze spotkałem wysyp dorodnych maślaków, które nazbierałem do metalowego garnuszka bo niestety żadnego worka nie było pod ręką ani w plecaku. Grzybki okazały się bardzo smaczne, wzbogacając wieczorną jajecznicę już w domu, do którego podwieźli mnie jacyć turyści z Wrocławia.