4-6 sierpień 2004 r.
Początek tej wycieczki był zarazem początkiem chodzenia na dziko po już mniej ale wciąż dzikish ostepach bieszczadzkiej puszczy. Zaczęliśmy we czwórkę z Kamilem, Baśką, Michałem od stacji kolejowej w Łupkowie gdzie dojechaliśmy pociągiem. Jak się okazało juz na samym początku chodzenie na dziko dostarcza nielada wrażeń. Zaczęło się od spisania nas przez jakiegoś żołnierzyka sterczącego na wieżyczce nad torami kolejowymi. Kazał się nam wylegitymować po czym po konsultacji zapewne z przełożonym kazał nam zawócić, tzn iść na północ. Dziwna sprawa bo nam odpowiadał wyjątkowo kierunek południowy bo chcieliśmy zwiedzić granicę na wschód od Przeł. Łupkowskiej nie zaś Beskid Niski. Po chwili zirytowania odparłem że idziemy na północ i nie będzemy się kręcić wokół przejścia granicznego. Zdziwienie na twarzach współtowarzyszy się malowało ale zaraz wytłumaczyłem... Jakiś 1 km dalej na północ wzdłuż granicy zaczynał się las, więc zaproponowałem kawałek sie cofnąć a potem lasem jak się okazało przez niezłe gestwiny przeprawić się na południe. Plan był całkiem dobry z początku, po później trzeba było przejść łysą polaną między dwiema wieżyczkami straży granicznej, ale dostarczało to dużej frajdy, coś jak zabawa w Commandosów, kto grał w tą gierkę wie co to znaczy. Wkrótce zaszyliśmy się w lesie i na wyczucie zgodnie z wytycznymi Michała i Kamila udaliśmy się w kierunku granicy, ciężko powiedzieć w którym miejscu doszliśmy ale trzeba przyznać że bez kompasu trafili idealnie gdzieś koło słupka o nr 1/87, czyli niedaleko przjścia granicznego. Teraz bez większych emocji udaliśmy sie na nocleg do Solinki. Na drugi dzień, dalej bez planu, na dziko wyspinaliśmy sie na Matragonę, po czym zeszliśmy do Solinki gdzie urządziliśmy sobie długi odpoczynek, jak mieliśmy w zwyczaju w tym roku robić. Nad Solinką Cycu zbudował most ja wyżej wykonałem tamę i tak minęło parę godzin. Plany noclegu nad Solinką jednak nie wypaliły choć miejsce było przepiękne. Udaliśmy się drogą w kierunku Żubraczego, przy głównej drodze łapaliśmy stopa ja z Kamilem z przodu Baśka z Michałem zostali. Kiedy z Cycem zauważyliśmy stojący przy drodze masywny pojazd do wywożenia drzewa z lasu postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda w środku i o mały włos udało się nam go odpalić jednak chyba coś robiłem niewłaściwie bo rozrusznik się kręcił, ale takie maszyny rządzą sie swoimi prawami. W między czasie minęła nas Baśka z Michałem i teraz my zostaliśmy łapać stopa, który juz po kilku minutach się zatrzymał i zawióżł nas prosto do Cisnej pod Siekierezadę. Po drodze minęłiśmy Baśkę z Michałem, których kierowca chciał też zabrać ale Michał w przypływie eforii pokazał kierowcy swoją pupę a ten wówczas porzucił pomysł zabierania ich. Wkrótce po nas doszła Baśka i Michał i przystąpiliśmy do spożywania piwa. Później w celu zaoszczędzenia pieniędzy na polu namiotowym a i pora jak na rozbijanie namiotu nie była najwcześniejsza udalismy sie do 'Czad Baru'. Plan był prosty jak będzie otwarty to kupimy piwo i rozbijemy się obok jak zamknięte rozbijemy się w barze /jak ktos był to wie o co chodzi/. Bar jednak okazał się być zamknięty więc postawili namiot bo przybić go było ciężko do ubitej ziemi i we trójkę weszli do środka, choć namiot jest w sam raz na 2 małe osoby. Ja rozlokowałem się na drewnianej scenie i zdecydowanie wyszło mi to na dobre. A Cycu spotkał tu chyba Mamuny /takie bieszczadzkie strachy/ bo z rana obudził się w wyjątkowo skołtuniunych włosach wplecionych w namiot. W południe - bo droga krótka przed nami - ruszyliśmy na dziko w kierunku Łopieninki, gdzie doszliśmy do czarnego szlaku do Jabłonek. Tym razem Kamil z Baśką został wcześniej łapać stopa i udało się im dość szybko, ja i Michał mieliśmy mniej szczęścia bo żaden samochód się nie zatrzymał i doczekaliśmy się autobusu, który niestety zainkasował kilka złotych. I tak autobusem, śpiący dotarliśmy jak zwykle do naszego Sanoka.
Odważnym i zaciętym gratuluje że dotarli do końca![]()


Odpowiedz z cytatem