CO by potwierdzić że niezła ze mnie pierdoła, albo że mam pecha do tego Łopiennika....
18 wrzesień 2006r.
Kolejny raz nieszczęsny Łopiennik i mapa bez zaznaczonego szlaku (ścieżki) dała nieźle popalić.
Wybraliśmy się z Pauliną do Cisnej, po drodze odwiedzając lokalną Siekierezadę, gdzie uraczyliśmy się wcześniejszym obiadem. Ja wybrałem rewelacyjne zasmażane pierogi ruskie, Paulina fasolkę po Bretońsku, która chodziła za nią już kilka dni. Po skonsumowaniu fasolka dalej chodziła za nią, ale już tylko jako złe wspomnienie.
Nie zważając na nieco popołudniową godzinę - w końcu to krótka wycieczka - ruszamy w kierunku Dołżycy, skręcamy w drogę na Buk, potem znowu skręcamy w prawo na drogę do Łopienki (baza stud.). Powoli wspinamy się stokową drogą po serpentynach, do przełęczy z której ma odejśc czerwony szlak w kierunku bazy.
Niestety nasza mapa nie ma zaznaczonego ów szlaku, pamiętam jedynie że ma z tamtąd odejść ten szlak. Dochodzimy do przełęczy, szukamy szlaku - jest, teraz chwila przerwy, szybkie kalorie i ruszamy czerwoną ścieżką do bazy. Droga się ciągnie, ciągnie, podejścia są całkiem niezłe, coś jak pod Łopiennik, ale idziemy...
Po wielu trudach, podejścia kończą się, droga trawersuje lasem, już bardziej poziomo, droga mija szybko. Idziemy jakąś granią, wypatrując bazy na polance. Po wejściu na skaliste podwyższenie ukazuje się zejście na polankę i w tym momencie nie wytrzymałem i mówie:
- Kurwa mać! Jest źle, jest źle...
Przedemną, na polance (jeszcze nie na pewno) ukazuje się drogowskaz, widzę go og tyłu ale już wiem, że dokładnie taki stoi na Łopienniku! Co my do cholery robimy na tutaj? Znowu ta przeklęta góra i popieprzone ścieżki, niech to szlag!
Po opanowaniu nerwów, co nie przyszło jednak tak łatwo należało podjąć decyzję, co robić. Zejść do Dołżycy - poddać się, nie zobaczyć Łopienk (cerkwii), nie dojść do Zawozia? A może zaryzykować i jakoś tam trafić? Sytuacja ciężka bo była już 1630, do tego Wrzesień, więc szarówka robi się dość wcześnie. Nie dając jednak za wygraną postanawiam że ruszamy potokiem na północny-wschód do Łopienki. Będzie z góry, czyli bez podejść więc powinno się udać w miarę szybko pokonać ten kawałek i za widoku dotrzeć na drogę.
Idziemy w dół, na dziko, więc przez zarośla i powoje, które najbardziej utrudniają marsz. Jak się okazuje, zejście z góry nie jest takie proste i Paulina szczególnie narzeka (może zaoszczędzimy opisu tego). Cały czas zgodnie z kompasem kierujemy się na północny-wschód, ale w takich jarach łatwo się pogubić, zchodząc w poprzek góry. Idziemy ciągle w dół, potoku jednak nie ma. Wciąż w dół i w dół, czekam na jakiś jar, by trafic do potoku opisanego 'ZaKamieniem'.
W takich sytuacjach bywa naprawdę ciężko by pocieszyć zrozpaczonego kompana, że już niedługo potok a potem kawałek do wypalarni i jesteśmy na drodze, gdy samemu nie jest się pewnym że idzie sie dobrze.
Jednak po chwili ukazuje się strumyk. Uff, ale ulga, nie jest źle, zaczyna się zabawa. Kolejny raz nie wziąłem pod uwagę, że początkującym może być naprawdę ciężko skakać z plecakiem z kamyka na kamyk, omijając błoto i głębsze niecki. Posówamy się bardzo powoli, w dodatku co jakiś czas pojawiają się zwalone drzewa, trudne do ominięcia ze względu na bardzo strome brzegi jaru, którym idziemy. Zwalniani drzewami, krzakami poruszamy się naprawdę powoli. Jednak kiedy strumyk staje się czysty widzę że Paulina zaczęła się już dość sprawnie poruszać, więc trochę przyśpieszamy. Czas jednak mija a końca potoku nie widać, robi się troszkę szarówka a my tkwimy w gęstym lesie. Próbujemy poruszać się trochę brzegiem jaru, od czasu do czasu wychodząc z niego co zwalnia naszą wędrówkę, Paulinie spodobał się tak strumyk, że nie chce z niego wychodzić ale ja zdaję sobie sprawę, że jeżeli nie znajdziemy drogi to nie przyśpieszymy i możemy nie wyjść z lasu. Wychodzę sam na górę i widzę jakaś ścieżkę idącą wzdłuż strumyka, wołam swoją kompankę i kierujemy się już drogę w kierunku północnym, więc wszystko wskazuje na to że powinniśmy dojść do drogi przecinającej nasz potok. I tak się dzieje, po ok 15 min marszu, wyłania się przed nami wypalarnia węgla, robimy 2 zdjęcia i ruszamy dalej, teraz już nieco pewniej bo jesteśmy na drodze do Łopienki, Terki, Zawozu...
Po chwili mijamy odbudowaną cerkiew w Łopience, też kilka zdjęć, ale już robi się ciemno...Szybkim krokiem usiłujemy dość do drogi na Terkę, by z tamtąd złapać autobus do Zawozia. Kiedy jesteśmy już na główniejszej drodze, jest całkiem ciemno, jak wiadomo złapanie stropa w takich warunkach jest dość ciżkie, jednak nie dla zdesperowanej kobiety. Po kilku minutach wyłaniają się światła samochodu, nie zważając na nic, bo może to być nasza jedyna szansa dostania się gdziekolwiek, stajemy na drodze i machamy rękami. Zatrzymuje sie jakiś jeep, pełny ludzi, niestety nie ma miejsca. ale bagażnik! Ładujemy się i w całkiem przyjemnych warunkach jedziemy do Bukowca. Wysiadamy na krzyżówce, podążamy na przystanek, bo ok 2000, czyli za jakies 20 min powinniśmy mieć autobus do Zawozu. Czekamy...widzimy, że jedzie, i jakież jest nasze zdziwienie że nie skręca wcześniej na Terkę! Gdybyśmy czekali tam na niego jak mieliśmy w planie, to raczej musielibyśmy tam kolejny raz nocować, bo po okresie wakacyjnym autobus omija Terkę.
Załadowaliśmy się do PKS-u, kierowca policzył za nas tylko 4zł choć bilet kosztuje 2,60zł, ale chyba się nam należało po takim dniu!
I już spokojnie docieramy do domku w Zawoziu. Ale mieliśmy farta!
SPROSTOWANIE: Dlaczego wylądowaliśmy na Łopienniku? To było podstawowe pytanie jakie dręczyło nas tego dnia. Jak się okazało czerwona ścieżka, która nie była zaznaczona na naszej mapie łączy baze studencką - Łopienka z Lopiennikiem, przechodząc przez przełęcz 748m. Nie wiedząc o tym fakcie, skręciliśmy na zachód i za ścieżką dotarliśmy na Łopiennik. Żeby dojść do bazy należy iść do końca stokową drogą i wejść w las, po czym odbić lekko na północ (już szlakiem). No cóż kolejne doświadczenie; noś zawsze aktualne mapy, nie tylko dokładne!
Później dorzuce, kolejne zmagania z fatum, czyli zejście potokiem Stary Majdan z pod Łopiennika :)


Odpowiedz z cytatem