I iść, naprzód iść. Drogami, ścieżkami lub na przełaj. Trawa oplata buty i spodnie. Jedyny hałas to ten jej szelest. Słońce grzeje, można zacząć opalać tors (do najbliższego lasu). Wiatr, wspaniały wiatr, dość silny, ale ciepły. Chłodzi, rozwiewa włosy. Niebo błękitne, tylko jakieś małe chmurki. Czy to jastrząb, czy orzeł tam kołuje ? Idę zwarty, skupiony, ale psychicznie rozluźniony i szczęśliwy. Czuję się elementem tej przyrody, takim niegroźnym drapieżnikiem bieszczadzkim. Kilkadziesiąt metrów z boku biegnie lis. Zaznaczył sobie ten teren, a pomimo to ja tu wlazłem. Lis ostrożnie mnie obserwuje, czy mu nie wejdę w paradę w łowach albo w konkurach. Nie bój się, po pierwsze nie jestem głodny, a po drugie mam inny gust.
A o oglądanych cały czas widokach to już nie napiszę, bo jeszcze wszystko rzucicie i jeszcze dziś Tam pojedziecie.