We wcześniejszych postach, których jakoś nie mogę odnaleźć, ktoś pisał o książce „ 20 lat w górach”(?). Wspomniał, iż jest tam wzmianka o Piotrze Francuzie. Zetknąłem się z tym człowiekiem ze dwa, może trzy razy w trakcie mego pobytu w schronisku. Pewnego wieczoru Tomek (fotograf) mówi, że spotkał w Dołżycy Piotra i ten powiedział, że wpadnie dzisiaj „na górę”. Przy okazji Tomek przybliżył nam historię tej postaci. Urodził się i dorastał we Francji w rodzinie polskich emigrantów. Po zakończeniu wojny wrócił z rodzicami do Polski, lecz nie potrafił się odnaleźć w panującej tu rzeczywistości. Szukając „swego miejsca” trafił w Bieszczady i tu „zapuścił korzenie”. Z czego się utrzymywał? Jak się zorientowałem z jego wypowiedzi, działał w branży ogólnobudowlanej. Opowiadając dalej, Tomek powiedział, że Piotr idąc do schroniska zawsze wybiera nowe, niesprawdzone podejście. Pewnego razu, będąc już po „spożyciu” wybrał się z niezapowiedzianą wizytą do schroniska. Pech chciał, że w trakcie wchodzenia na górę rozpadał się deszcz, aby oszczędzić jedyne buty, zdjął je, związał sznurowadłami, zarzucił na ramię i resztę trasy przebył boso. Łatwo sobie wyobrazić jak wyglądał, gdy wszedł do głównej izby w schronisku czyli do kuchni. W trakcie powitania, powiedziano mu, że te dwie dziewczyny, które patrzą na niego wylęknionym wzrokiem są z Francji. Spróbujcie teraz wyobrazić sobie ich wyraz twarzy gdy ten zarośnięty, ubłocony typ zaczął przemawiać literacką francusczyzną. Miałem okazję być świadkiem podobnej konfrontacji. Na dwa lub trzy dni „zabłądziły” do nas dwie francuskie studentki. Zjawił się też Piotr, tym razem pogoda była bezdeszczowa i obyło się, jak w poprzednim przypadku, bez większego szoku.


Odpowiedz z cytatem