No cóż stokówka musi być ulubionym miejscem błądzoni, w czym utwierdzają mnie wyżej opisane przeżycia. Rozumiem zdarza się to wkółko jednej grupie, pewnemu typowi osób..., ale skoro wszystkim - to już napewno nie może być inaczej: Błądzoń jak nic!!!!
W swych wędrówkach po granicznym szlaku, często spotykałam ową stokówke i to jak...aż serce się wzrusza, gdy człowiek sobie przypomni...
Zaczeło się niewinnie: po"dniu dziecka", w którym nie chodziliśmy dalej jak nad strumyk / a dlaczego to opowiem innym razem/, wstaliśmy wypoczęci, gotowi do drogi etc. Śniadanko sie przeciągneło, ale calkiem jeszcze przyzwoicie wyszlismy zielonym na Rabią Skałe, to widoczek, to opalanie, to drugie śniadanie...sielanka jednym słowem. W tym gronie idziemy pierwszy raz, wiec niektórzy nie przyzwyczajenii do wolnego, ale jednostajnego tempa - marudzą, chcieliby biec...a tu umowa byla, że staramy sie iść razem.
Owe popasanie troche nam jednak zadługie wychodziło, Płasza - a tu już nie najlepiej z czasem...no bo w końcu wrzesień. Ale spokój panuje, jagódki, jeżyny...czegoż duszy więcej. "Biegacze" w liczbie dwoje denerwują.się..Na Fereczacie już ze spokojem wiadomo, że schodzić będziemy końcówke po zmierzchu...ci sie denerwują.../Powinnam dodać, że jedna osoba miała 5 dni wcześniej zdjęty gips z palca u nogi, więc łatwo sie domyślić pod koniec dnia "troche gorzej"/
I nie byłoby co opowiadać, gdyby nie nasi kochani narwańcy. Postanowili zejść szybciej i przygotować nam kolacje, i uprzedzić, że reszta znowu później wróci...
Wzieli wszystkie toboły i popędzili...Oczywiście zdrowo im to szło, jak się pożniej okazało doszli nie do Wetliny, a z powrotem pod granice, gdzies tam między Okrąglikiem a Szczawnikiem. STOKÓWKA JAK NIC. Jak się już w strumyk zamieniła przystaneli, nie bardzo wiedzieli gdzie to poszli,mape mieli, ale latarki oddali nam - tym nie spieszącym się /jeszcze bysmy sie w nocy zgubili /
Postanowili spać w lesie / tyle ich, że mieli wszystkie nasze cieple rzeczy.
AKT II
Zanim ze Smerka wesolo dostaliśmy sie do Wetliny, marząc juz o tej gorącej kolacji, zrobila sie dziesiąta, albo i póżniej. W domu cisza, w kuchni pusto, nawet najmniejszego zapaszku, na piętrze w pokoju nic nie wskazuje, że są. Kawał jak nic..., wiec planujemy kolejność jakiegoś prysznicu, ale "cisza jak nic" trwa.Dziewczyny po małym śledztwie w padają w panike, mapy w ruch, gdzież też mogli poleść. A tu STOKÓWKA z mapy nam wychodzi jak nic: tylko czy poszli na Cisną czy w las. Uznaliśmy, że w las odpada, bo wchodząc pod góre zorientowaliby sie , że źle poszli...wiec na Cisną, ale gdzie do cholery mogą z niej zejść??? Dziewczyny do kuchni, panowie w samochód i na obwodnice...
AKT III
Po godzinie panowie wrócili z tzw, niczym, dziewczyny "prawie zawal", kolacja i kolejna runda...tym razem jade z nimi, w końcu kobieca intuicja to nie byle co...,a dziewczyn i tak uspokoić nie zdolam. Podjeżdzanie na stokówka zaczynamy od nowa: w Smerku, Przysłupiu, Krzywem...przed Smerkiem wjechaliśmy dość głęboko...nawet napisy z kamieni na zjazdach ukladaliśmy /wiedzieliśmy, że oni myślą iż my tym bardziej zagubilismy sie.../ Do "domu' nie ma co wracać, dziewczyny i tak wygonia na poszukiwania, mgla po drodze chadza, łanie przeskakuja, zajace przed światlami uciekają...benzyna sie konczy...no to jeszcze raz ten Smerek proponuje...- bezsensu...- to nic spróbujmy jeszcze raz.
Druga w nocy, kierowca zasypia za kierownicą, gadac sie nie chce ,no bo o czym...a tu nagle wyskakują jakies przebierancy z drągiem, z krzaków ma sie rozumieć...jak nic nasi!!!!!!
Zrezygnowali ze spania w lesie, bo światla w dole między drzewami ponoć widzieli...nasze, nie nasze nie wiadomo kto po stokówce światłem błyska...
Nie byl to przypadek odosobniony, nie raz ludzie powiadali...


Odpowiedz z cytatem