Ale bieszczdzkiego czytania!
Szaszka, przeładnie Tobie wyszła konna opowieść. Widać, że przy pomocy mężczyzny :) ( to taki bieszczadzki żart oczywiście);(no i pozdrowienia dla Niego, jakkolwiek na imię ma). Dzięki Tobie, Szaszko, chyba zacznę zbierać te "i to jakie" pieniądze, by przeżyć choc jedną przygodę na połoninach w siodle...A stokówkę nad "Zrubovisczem" z Waszych opowieści (znaczy Szaszki i Oleńki, do której opowiadania zaraz ustosunkować się sobie pozwolę) znam już tak dobrze, że żaden błądzoń, czy duchy bandy Wesołoha (szczo sia tam potworyło), nie będą mi w stanie, nawet w środku nocy bezgwiezdnej, drogi zmylić. I nawet szabelka mi nie będzie potrzebna, bo do kompanii czada jakowegoś zaciągnąć się postaram (może mego przyjaciela włochatego z Komańczy), a jak się nie uda, to zawsze biesim dialektem jakoś się z czartami rozmówię. Najbardziej z Szaszkowej opowieści chwycilo mnie za serce owo niesamowite niebo nad połoninami, które ratunek dla czwórki zagubionych przepowiedziało (i skojarzenie właśnie się w mej bieszczadzkiej pamięci pojawiło, które może jako moją opowieść za chwilę zamieszczę).
Stały Bywalec zużycie baterii w latarce jak zwykle zwala na kogoś (dobrze, że nie na biednego szwagra, który już i tak musi tyle się poświęcać dla naszego Bywalca J) Ale przyjemnie się czyta, jak zwykle, o powrocie nocnym do Rajskiego, czy może raczej Ralskiego (przepiękne są tamtejsze zakola Sanu o północy i takoż w samo południe).
Aleksandrze wreszcie się udalo coś składnie i ładnie napisać...(nie, Oleńko, to również żartowanie po bieszczadzku; każdy bowiem zdaje sobie sprawę, że już Twa sygnatura jest gwarancją przyjemnej lektury, do Bieszczadzi prześlicznie nawiązującej.) Ech, jak miło było by móc „przyzwoicie” wejść na Rabią w Twoim i Twych druhów (i druhen) towarzystwie... A o przyczynie „dnia dziecka” opowiedz nam jak najszybciej, nie każ czekać spragnionym bieszczadzkich gawęd i bajań!

#
Leży pod połoniną miejscowość zwana Wetlina. Ciągnie się ona wzdłuż potoku o nazwie tej samej, którą owa, znana każdemu bieszczadnikowi i opisywana na łamach forum bez przerwy osada, nosi. Do rzeki Wetliny wpada tuż za miejscowością Wetliną (w stronę Berehów się kierując) Górna Solinka – potok w dolnym swym biegu rwący i burzliwy. Tuz przy spotkaniu obu potoków, w miejscu gdzie tory kolejki bieszczadzkiej, biegnące do Moczarnego, przecinają starym i cicho zarośniętym mostem Górną Solinę, w miejscu, z którego piekny widok na strome, południowe stoki Połoniny Wetlińskiej każe zatrzymać się na sobie każdej parze oczu, w miejscu, które mieszkańcy Wetliny jeszcze nie nazywają Zabrodziem, przyszło mi spędzić jedną sierpniowa noc zeszłego lata, w towarzystwie brata mojego rodzonego, i przepięknej rusałki (bez wianka, jeśli by Ktoś chciał zapytać), dla której owa noc okazała się być pierwszą w Jej życiu nocą na Bieszczadzi spędzoną. I nic nie powinno być nadzwyczajnego w fakcie, że właśnie tam owej nocy nie przespaliśmy, a nie gdzie indziej, a jednak, dla nas, było... Zaczęło się owo nadzwyczajne od żądania naszej Pani, która poinformowała nas o swym zamiarze, by wieczór spędzić przy ogniu, z którego mocy magicznej nabrać by mogła siły na zwiedzanie nieznanych Jej dotychczas zakątków świata. Trudne to było zadanie do spełnienia, gdyż był to okres deszczów, które w całej Polsce powodzie powodowały i w Bieszczadach całe drewno, które mogłoby się nadawać do rozpalenia watry, właśnie w tym czasie do tego się nie nadawało. Ale znają niektórzy zapał, jaki ogarnia męzczyznę, gdy pokazać trzeba przed dziewczęciem o pięknym licu, że godny on jest bycia nazywanym następcą Adama.. Rozpaliliśmy więc, modląc się jednocześnie, by naszego wysilku nie zniweczyła nawałnica jakowaś, jedna z takich, które w owych dniach nad Bieszczadami hulały. Nie, takiego magicznego ognia żadna moc nie była by w stanie zagasić. Jak się okazało chmarnik jakowyś czuwać nad nami musiał, gdyż cały Padół Łez zalany tamtej nocy został przez lejący się z nieba wodospad, a nasz zakątek przez całą noc ani jednej kropli deszczu nie poczuł, pozwalając nam nucić melodie bliskie naszemu sercu, odgrzebywać przy świetle ogniska stare bieszczadzkie wspomnienia, snuć legendy i bajki o czadach i biesach, i wpatrywać się w rozpromienioną twarzyczkę pięknego Anioła (już wówczas bieszczadzkiego). Ale to nie koniec niespodzianek, które podarowała nam przyroda. Około drugiej godziny zaczarowany podmuch uczynił w piętrzących się dotychczas nad naszymi głowami cumulonimbusach przełom ogromny, odsłaniając konstelację byka w jej całej krasie. Na widok ów ruszyliśmy do tańca i do samego rana, na deskach starego wozu, potupywaliśmy radośnie w rytm tatanki, za co całusy od naszej Damy otrzymaliśmy i w dalszą wędrowkę bieszczadzką z ochotą ruszyliśmy.

To pisal duszewoj, kłaniający się wszystkim bieszczadziankom i bieszczadziakom. Hej.