Dzień dziecka w górach może mieć różne przyczyny: bąbelki, mokre ciuchy , silny ból głowy etc.
Jednak ten , o którym chciałabym wam opowiedzieć miał swe przyczyny czysto „towarzyskie”. Nawet zastanawiam się, czy aby na pewno Wam to opisywać....Co tu ukrywać, miałam wtedy okazje poczuć jak czuje się „stonka” w oczach wytrawnych Bieszczadników. Gdy to wspominam mały rumieniec zawstydzenia wypływa, ale cóż....
Tęsknotę za tym „innym światem” znacie. Gdy ma się przyjaciół w różnych częściach Polski, to spotkanie z nimi jest równie tęsknie wyczekiwane. Tym bardziej, iż mamy razem jechać Tam...Po drodze przystanek: Krosno – tam najczęściej zjeżdżamy się , aby razem pojechać dalej. Zresztą tam też są nasi bliscy przyjaciele.
Tym razem, jedziemy na całonocny koncert „Noc chwały” / organizowany właśnie przez nich/...
Ale po kolei: najpierw pociąg Warszawa – Zagórz, stacja pierwsza wsiadamy my, Radom – wsiada Rafał z Justyną, Skarżysko Kam. – wsiadają następni, Stalowa Wola – niespodzianka miejscowi znajomi + Lublinianie... i oczywiście Polaków nocne rozmowy. Do Krosna udało nam się „trochę porozmawiać”, następnie idziemy do OTD . Ale o spaniu nie ma co marzyć, całe oratorium zapełnione uczestnikami warsztatów muzycznych i zaproszonymi gośćmi.
- Dobrze, że jesteście brakuje nam ludzi do opanowania towarzystwa, pomożecie?
- Pomożemy.
Pakują nas do busa i wywożą do wynajętego domu, gdzie mamy przyjmować i zadbać o pozostałych muzyków.
Cały dzień zleciał szybko, koncert od 18.00, dyżury... taniec, śpiew, księżyc i te cudne gwiazdy, co już w Krośnie błyszczą na niebie „bosko”...zabawa do czwartej nad ranem, teraz trzeba niektórych odprowadzić na dworzec, nie wszystkim są dane jeszcze Bieszczady na tydzień.
Siódma – najwyższy czas iść spać, muzycy śpią...więc może tak po 36-ciu godzinach wreszcie...a tu jeden prysznic...
O 8.30 przyjechał Marek zabrać nas do OTD. Śniadanie, Msza św., i koncert na nie rozkopanym jeszcze rynku krośnieńskim...taka powtórka. Wstawiony makaron na 15.30.
O drugiej „z hakiem” wiadomo, że busa na razie nie dostaniemy, bowiem trzeba dalej rozwozić sprzęt i muzyków. W polonezie zmieszczą się same bagaże, ok.
Ostatni PKS z Krosna do Ustrzyk Górnych za 30 min.
- no to biegiem, półsurowy makaron wciągamy, jakieś dokumenty, bagaż podręczny...i to co nie powinno rozwalić się wrzucone w samochód. Zdążyliśmy!
II
W autobusie pogaduszki, wrażenia: jak tam było na warsztatach....
Spać się właśnie odechciało... ktoś ma zdjęcia...
W Ustrzykach byliśmy po 20-tej. Wrzesień, wiec busów już nie ma. Świetnie, a my przecież umówieni w Wetlinie. Ale przewidzieliśmy to /haaa ha/ , dlatego też idziemy na piechotę. Przyjedzie, zostawi bagaże i ruszy po nas...Ruszyliśmy, ale co to był za pokaz:
III - NIEDZIELNI TURYŚCI:
*2 gitary
*reklamówka z 1kg. Cukru, 0,5 kg. Kawy, margaryną, paczką cukierków i chyba był jakiś chleb, ale już nie pamiętam
*na sześć osób, dwie nie mają kurtek / a właśnie zaczeło padać/.
*dwie pary miejskich butów na wysokiej podeszwie
*torebeczka na ramie
Jak wam się podoba? Najlepsze, że nadal nie zorientowaliśmy się w naszych brakach. Pada, ciemno, zimno i oczywiście nic nie jedzie...szybko nasz radosny nastrój zamienił się w zaciśnięte zęby niektórych. „Miejskie buty” poobcierały sobie nogi. „Same swetry” przemoczone...tylko na gitary wszyscy chuchają i dmuchają.
Kilometr przed Przełęczą Wyżniańską peleton staną i cisza zrobiła się namacalna. Gnać ich dalej nie miałam sumienia, pozostało zaproponować schr. Pod Rawkami. Na wiadomość, że coś tu niedaleko jest ruszyli...poczekają w schronisku /a ktoś zejdzie i poczeka na dole na naszego drogiego kierowcę i duchowego opiekuna/. Gdy weszliśmy do schroniska i zobaczyłam spojrzeniaaaaa...., dotarło do mnie jak wyglądamy. Nikt oczywiście nie uwierzył, że idziemy z Ustrzyk. Niedzielni turyści zgubili się i tak dobrze, że zeszli...Mowy nie było o wypuszczeniu na dół, aby poczekać na... dość gwałtownie zostałam zawrócona z drogi.
Nie dziwie się wcale, gdybym sama zobaczyła taka bandę nie puściłabym ich nigdzie. Jeszcze przez dwa lata później wstydziłam się tam pokazywać, nawet jeżeliby mnie by nikt nie poznał.
Mieliśmy jeszcze dwie pary kapci, 1 szczoteczkę do zębów i 2 pasty, 1 malutki ręcznik, 2 kubki, drugą kawę, cała masę niepotrzebnych rzeczy...
Nie raz śmiejemy się z tego, choć nie bardzo mogą mi wybaczyć, że obudziłam ich bladym świtem, aby pognać do Wetliny. Autobus rany nie chodził, bo to już po sezonie...tak tez zostały nogi, czymże byłby bez nich świat. Ale z nastaniem słonecznych promieni czady wzięły w nas we swe władanie...i samochody zaczęły zatrzymywać się same. Kontuzjowani dojechali szybko, reszta pojawiła się z czasem i kierowca nadjechał z porannego poszukiwania, zapomniał /ciekawe/o chacie pod Rawkami...Po takim początku cały wyjazd obfitował w ciekawe momenty...a hasłem było; brak snu to brak świadomości – nie przemęczać materiału!
Jakie różne mogą być sposoby docierania w Bieszczady, Tęsknota goni, obowiązki trzymają, dobrze chociaż, że można powspominać , gdy nowych przeżyć brak. Na nowe opowieści /duszewoju zaprzyjaźniony z chmarnikami/ trzeba jeszcze poczekać.... kto pierwszy pokona magisterską obronę, ten zacznie zapewne snuć historie od początku. A tam niebo gwiażdziste...czy ktoś jedzie TAM może na najbliższy, kolejny długi weekend?
POZDRAWIAM BIESZCZADZKIE DUSZE, BUZIAKI ŚLĘ TAKŻE.
A jak co poniektórzy będą sobie żartowali o moim pisaniu, to nie napisze juz nic i koniec....powiedziala Ola i poszła spać.


Odpowiedz z cytatem