Drodzy Moi,
Minęło 195 dni jak wyruszyłem na szlak. Różnie bywało: raz dobrze a innym razem lepiej W tym czasie widziałem różne krajobrazy Polski, różne zabytki, ale przede wszystkim spotkałem wspaniałych, życzliwych, przyjaznych i sympatycznych ludzi. To jest mój skarb, którego nikt mi nie odbierze... Doszedłem do mety również dzięki Wam, Waszym sms-om, telefonom i spotkaniom podczas wędrowania. One dawały mi "kopa" do dalszej wędrówki.Jak rankiem nachodziły mnie myśli: po co właściwie bierzesz ten wór i leziesz? Skończ z tym i wracaj do domu! Odpowiedź sama nasuwała się: idziesz, jeżeli już nie dla siebie, to dla Tych, którzy wierzą w ciebie, kibicują i chcą, byś choć dla nich przeszedł do końca!
Dziękuję Wam za to wsparcie, za dach nad głową, za przekazywanie informacji co się ze mną dzieje, za wędrówkę ze mną w realu, za wypite wspólnie piwo, za śniadanie, obiad i kolację, za wspólnie śpiewane piosenki, za dobre myśli i za wspólną ciszę... Dziękuję za każde dobre słowo!
Sprawdziło się to, co mówiłem na początku, co stało się też myślą przewodnią całej wyprawy: WĘDRUJĄC SAMOTNIE NIGDY NIE BYŁEM SAM!
W każdej godzinie ktoś z Was duchowo był przy mnie. I tak jak śpiewał Karol Płudowski w specjalnym dla mnie recitalu w "Ostatnim takim schronisku w Bieszczadach": "(...) I mówię tak samemu sobie, patrząc w zawite z łyka kręgi, szczęśliwy, kogo przyozdobił, kijem i torbą los włóczęgi. Kto w swym ubóstwie nie zna troski, ani przyjaciół ani wrogów i może z wioski iść do wioski, modląc się do spotkanych stogów (...)". Albo, jak napisał w moim "dzienniku pokładowym" Waldek Szymula z "Pantałyku" w Dołżycy k/Komańczy: "Człowiek, który przez dwie minuty potrafił przywrócić stare ideały i wiarę w to, że nie wszystko czego mnie nauczono jest bzdurą, będzie tu zawsze mile widziany". Czy trzeba czegoś więcej dla wędrowca?
Będę o Was pamiętał zawsze...
Do zobaczenia na bieszczadzkich szlakach!