Idąc sobie drogą, wymoszczoną w bardziej podmokłych miejscach grubymi żerdziami, zastanawiałem się jak to jest z tymi zakazami, skoro pewien przedsiębiorczy myśliwy z pobliskiego Kazimierzowa oferuje turystom za odpowiednią opłatą prawdziwe Camel trophy właśnie przez te tereny. A zresztą...pies to trącał! Porzuciłem te jałowe rozważania i wyostrzywszy na maxa wszystkie zmysły oddałem się kontemplacji przyrody. Już po chwili usłyszałem łopot skrzydeł i ujrzałem nadlatującego z prawej części ostoi stwora kosmatego. Ten czarny, ciemno żółtymi pasami przyozdobion Bombus (łac.) poszybował nad drogą tuż przed moim nosem, po czym na poboczu zakręcił śmiałą ósemkę i odleciał w zieloną dal. Kilkaset metrów dalej napotkałem raźno posykującego i śmiałe pozy do zdjęć przybierającego (foto_1) węża. Jak zauważyliście, nie była to anakonda ani inna boa ale ja i tak byłem zachwycony i obserwowanie go przez dobrych kilka chwil sprawiło mi niezwykłą przyjemność.
Po krótkim marszu wychynąłem z lasu i „wpłynąłem na suchego przestwór oceanu”. Przestwór cudownie falował a ja zamarłem w bezruchu podziwiając zalany promieniami słońca widnokrąg. Chwile takie jak ta (takie wyjście z mrocznego lasu na rozświetloną polanę, przejście bosą stopą przez potok zimnem ścinający, wpatrywanie się w pulsujący żar ogniska, słuchanie wycia wilków nocną porą i wiele innych) powodują, że będąc gdzieś tam daleko, daleko, ciągle się to widzi, słyszy i czuje, i oczywiście planuje jak najszybszy powrót.
Ruszyłem dalej i za załamaniem terenu napotkałem małżeństwo z 3-letnim synkiem, którzy zaprosili mnie na herbatkę. Skorzystałem z zaproszenia i rozsiadłszy się wygodnie postanowiłem chwilkę odsapnąć. Z rozmowy dowiedziałem się, że przebywają tu już od kilku dni robiąc codziennie dłuższe lub krótsze wypady w inne części gór. Poprzednio byli tu jesienią (również z synkiem), a jeszcze wcześniej mieli dłuższą przerwę spowodowaną pojawieniem się na świecie ich latorośli. Ale do czego zmierzam to opisując? Ano do tego, że słuchając ich opowiadania, w skrytości ducha zazdrościłem facetowi tak „turystycznej” małżonki, gdyż nie ma mowy by moja lepsza połowa wyjechała gdziekolwiek , gdzie nie ma łazienki i ciepłej wody a i temperatura otoczenia musi być odpowiednia (a teraz mimo pięknie świecącego słonka nie przekraczała w dzień 10 stopni).
Dopiwszy czaj ruszyłem w kierunku samego pypunia, by odszukać w terenie kanał młynówki i to co pozostało po młynie. Po ich odnalezieniu (foto_2, foto_3) postanowiłem przedzierać się w górę rzeki wzdłuż jej brzegu . Po drodze zrobiłem jeszcze zdjęcie rzece (foto_4) i wygrzewającej się w słońcu ladacznicy ukraińskiej (foto_5). W pewnym momencie stromizna i bezlitośnie chlaszczące mnie po twarzy gęste zarośla olszyny rzuciły mnie na tyły zamkniętej na cztery spusty prywatnej posiadłości. Dochodząc do tylnej ściany altanki, usłyszałem podjeżdżające od frontu samochody terenowe. Wyobraźnia zaczęła szaleć i w głowie zaświtała mi myśl: wypatrzyli, że się samopas szwendam tam i siam to i przyjechali z wizytą. W momencie gdy wstąpiłem na taras silniki zamilkły.


Odpowiedz z cytatem