Pokonawszy go kilkoma susami ujrzałem kilka metrów przede mną dwa land rovery SG, z których wysypywali się zarówno mundurowi jak i cywile. Ki czort!? Po kiego grzyba ich tak dużo?! Troszkę onieśmielony, raczej nikomu nie patrząc w oczy głośno powiedziałem dzień dobry i starałem się przejść niezauważony. Na moje powitanie odpowiedziała tylko cywilna szatynka w przyciemnianych okularach oraz ktoś jeszcze, ktoś kto dodał skądś znajomym mi głosem mniej więcej takie zdanie: zwykły obywatel też może sobie tędy chodzić, dlaczego nie?
Zbyt byłem oszołomiony tym spotkaniem na odludziu by się oglądać za siebie i korzystając z braku zainteresowania stosownych służb moją skromną osobą żwawo kroczyłem w kierunku przeciwległej ściany lasu, by tam zniknąć im z oczu. Niestety uszedłem nie więcej niż sto metrów gdy usłyszałem wołanie:
- Proszę Pana, proszę poczekać!
Odwróciłem się i zobaczyłem biegnącego w moim kierunku żołnierza SG. Tuż za nim ruszył drugi. Oczywiście ja grzecznie czekałem (ściana lasu była zbyt daleko). Po chwili więc przedstawiliśmy się sobie, z tym że ja musiałem przedstawić się troszkę dokładniej i odbyliśmy krótką pogawędkę:
- Przepraszamy, że dopiero teraz Pana zatrzymujemy, ale to Pana nagłe pojawienie się trochę nas zaskoczyło.
- Proszę mi wierzyć, że Wasze mnie również.
- Pan tu sam? Gdzie się Pan zatrzymał?
- Sam. Jeszcze nigdzie, rano wysiadłem z autobusu.
- A na noc, gdzie się Pan zatrzyma?
- Jeszcze nie wiem. Może u znajomych x.
- A, znamy, znamy.
- Teraz są takie ludne patrole?
- To Pan nie zauważył z kim przyjechaliśmy?
- Jakoś tak nie rozglądałem się za bardzo.
- No to proszę się tam przypatrzeć.
Rzut oka i co widzę? Wśród sporego tłumu stoi właściciel głosu, który przy powitaniu wydawał mi się znajomym, a mianowicie Pan Jerzy Stuhr. Na bieszczadzkich rubieżach, w środku ostoi zwierzyny takie spotkanie - świat jest jednak strasznie mały pomyślałem i zapytałem:
- Czyżby urlop?
- Nie, Pan Stuhr szuka plenerów do nowego filmu.
- Pozwolicie, że ustrzelę go na pamiątkę zoomem?
- Proszę bardzo, do widzenia!
- Do widzenia!
Ustrzeliłem (foto_6) i ruszyłem dalej. Dotarłem do ściany lasu i dolną drogą, którą lubię bardziej, a to przez lub raczej dzięki zwalonym w poprzek drzewom i brakowi śladów bieżników opon samochodowych, podreptałem dalej. Chwilę później emołszyn przejście po kładce nad potokiem (foto_7) – wszystko idzie jak po maśle dopóki nie popatrzy się na sunącą pod spodem wodę i później długi skok i machanie ramionami, i doleciałem jakoś do brzegu. Przechodząc przez kładkę, przypomniałem sobie jak kiedyś idąc tędy po raz pierwszy, przeskakiwałem potok (kładki natenczas niebyło) z delikatnym niepokojem w sercu, czy czasem nie daję susa na ichnią stronę. Teraz to co innego, po drugiej stronie śmiało węszyłem w poszukiwaniu ruin tartaku. Ponieważ przyroda nie wystrzeliła jeszcze całą swoją zielonością, odnalazłem go szybko (foto_. Tuż obok walały się kości jakiegoś zwierzęcia (foto_9). Stąd poszedłem dalej kawałeczek stokóweczką, kawałeczek końską drogą, hop – siup i już jestem na drodze z betonowych płyt.


Odpowiedz z cytatem