Rześkie powietrze, słoneczko, przestrzeń i jak tu nie sięgnąć do czeluści plecaka w poszukiwaniu małego co nieco w aluminiowym opakowaniu. Rozłożyłem się więc na grzbiecie przydrożnego rowu i tak sobie jak wór leżąc, przyglądałem się taplającej się w rowie podwodnej jaszczurce (foto_10), pędzącemu drogą żuczkowi (foto_11), jak też dalszej okolicy (foto_12). Potoknąwszy nieco gardło, ruszyłem dalej, płyta za płytą (foto_13). Po pewnym czasie usłyszałem zaciekłe ujadanie sfory psów, dochodzące z drugiej strony Sanu. Gospodarstw tam żadnych w okolicy nie ma, skąd więc te psy? Po chwili padła odpowiedź w postaci dwóch strzałów i znów nad doliną zapanował spokój. Mam nadzieję, że któryś z naszych niedźwiadków czy żubrów nie przekroczył nieopatrznie granicy i nie padł łupem tego myśliwego.
W górę i w dół, w górę i w dół, radośnie dreptałem sobie lekko falującym terenem. Kolejny popas urządziłem wśród starodrzewia okalającego cmentarz (foto_14) w Dźwiniaczu. Nieopodal znajduje się drugi cmentarz (foto_15) nieoznaczony ani w terenie ani na pomarańczowej mapie (wydanie I, znacznie już nadgryzione przez ząb czasu i zszargane przez niejedną wichurę). Podszedłem jeszcze parę kroków w kierunku rzeki, by zrobić zdjęcie torfowisku, a raczej przylegającym doń krzakom i okolicy (foto_16).


Odpowiedz z cytatem