Naciągnąłem z lasu sporo suchych badyli, przyniosłem świeżej wody ze strumienia i zamiotłem izbę. Sterta drzewa przed domem wymagała obróbki, co stanowiło nie lada wyzwanie. W przedsionku stała oparta o ścianę twoja-moja. Niestety okazało się, że konstrukcja tego urządzenia uniemożliwiła mi użycie go do prac rębnych, gdyż moja chęć, moja ambicja, moja determinacja nie wystarczały by twoja drgnęła. Jakiś syn zapermandolił solo instrument, pozostało mi więc rozprawić się ze zgromadzonym drewnem przy zastosowaniu techniki pierwotnej, czyli metodą „o kolano” bądź „na skakanego”. No cóż, muszę się przyznać, że odniosłem tylko połowiczne zwycięstwo. Niektóre bowiem konary okazały się zbyt grube, czy też ja zbyt „cienki”. Po tej ciężkiej pracy, uznałem, że zasłużyłem już na śniadanko. Zbyt szumnym byłoby nazwanie tego ucztą, ale śledź w tomatnym sosie z wkrojoną doń cebulką, smakował wybornie. Po posiłku ruszyłem pięknym bukowym lasem ku potokowi, na którym ponoć jeszcze kilka lat temu można było odnaleźć resztki po funkcjonującej tu niegdyś klauzie.
Mimo, iż pewnie udałoby mi się go przeskoczyć (albo i nie), obnażyłem stopy, podwinąłem nogawki i dawaj zmagać się z nurtem i temperaturą (zeszronione gdzieniegdzie trawy dawały jasny i zrozumiały sygnał, że lekko nie będzie). Po jego przejściu taka rześkość we mnie wstąpiła, że stromiznę na przeciwległym brzegu pokonałem migiem, zostawiając swój cień gdzieś daleko w dole (foto_21 ).
Dopasowując pięćdziesiątkę jedynkę TSA do otaczających mnie okoliczności przyrody, nuciłem sobie pod nosem: „idąc błękitną aleją, szukam Ciebie mój przyjacielu...” Przyjaciela to może na tej drodze nie znalazłem, ale napotkałem odpoczywające na poboczu (niedziela była) dwa bieszczadzkie monstra (foto_22 i 23 ). Droga ciągnęła się i ciągnęła, a serce rwało na boki, ku szumiącym lasom. W końcu dotarłem do przełęczy (foto_24 ), za którą skręciłem między drzewa i zacząłem skradać się w kierunku bieszczadzkiego Słonia.


Odpowiedz z cytatem