Dróżka, wielce przyjemna, będąca kiedyś płajem prowadzącym ku pastwiskom na połoninach, spowodowała, że chyżo przebierałem nóżkami i wkrótce byłem na rozległej, widokowej polance (foto_25 ). Jeszcze tylko kawałeczek i tuż przede mną ukazało się w całej okazałości, zwaliste cielsko Słonia (foto_26 ). Całkowite zbliżenie, którego pragnąłem (jemu zapewne było to obojętne) uniemożliwiała mi niewidoczna, rzec by można zawieszona w próżni granica parku. Patrzeć, podziwiać, nie dotykać. Taki odrobinę platoniczny związek, choć nie do końca, gdyż ja, jak wcześniej napisałem, pragnąłem zbliżenia cielesnego. Niestety musiałem ująć swoje żądze w cugle i usadowić je w miejscu. Okiełznawszy co nieco rozbuchane hormony, sięgnąłem do plecaka w poszukiwaniu czegoś zimnego, co mogłoby mnie otrzeźwić. W ramach ćwiczenia silnej woli (jak nie przymierzając rycerz Jedi) targałem od wczorajszego poranka, jeszcze jedną puszeczkę, przeznaczoną właśnie na tę okazję. Ułożywszy się na trawie, podziwiałem prawie dookolną panoramę spijając żółciutki nektar. Dość wyraźnie prezentował się najwyższy szczyt Bieszczadów (foto_27 ) a za nim już mniej wyraźnie, ośnieżone stoki pasma Borżawy(?) (foto_28 ).
Troszkę się zasiedziałem, a tu zrobiło się już popołudnie. Ruszyłem więc cztery litery i odwracając się do obiektu moich westchnień plecami, rozpocząłem odwrót.
Minąwszy drugą z kolei, śródleśną polankę zszedłem ze ścieżki jakieś dwadzieścia metrów na bok w celu rozejrzenia się, co też znajduje się za załomem grzbietu. Za załomem znajdowało się dokładnie to samo co i przed, czyli piękny bukowy las. Już miałem wracać na drogę, gdy nagle usłyszałem silnik motoru. Na ścieżce, którą wcześniej szedłem, dojrzałem pędzących na dwóch motorach, uzbrojonych mężczyzn.


Odpowiedz z cytatem
