Cześć druga opowieści Ewy Beynar - Czeczott:
Początkowo mieszkałam w „Casablance” czyli obecnym Hotelu Energetyk w Myczkowcach, następnie dostałam mieszkanie w osiedlu eksploatacyjnym w Solinie. Wolne soboty wtedy jeszcze nie były znane więc na chodzenie po górach zostawało czasu niewiele. Wyruszało się w sobotę po robocie, a w poniedziałek na siódmą rano należało podpisywać listę obecności. Autobus dojeżdżał najdalej do Cisnej od strony Leska i do Czarnej od strony Ustrzyk Dolnych. Mieliśmy ciężkie życie. My to znaczy mnóstwo młodych ludzi, których w Bieszczady wygnało z Warszawy i innych nizinnych okolic. Nikt nie umiał sprecyzować o co chodziło, wszyscy mieli dość miejskiej nudy. Zainteresowania zawodowe były drugorzędne. A mieszkaliśmy dość od siebie daleko. Od Turaszówki – Miśka, po Teleśnicę Oszwarową (tam nauczycielką był Aśka Sielska z Lublina). W Sanoku sprzęt rolniczy badał w chwilach wolnych od zajmowania się nowopowstałym GOPRem Oldek, w Lutowiskach zamieszkiwała słynna rodzina Osieckich i Woj Wojciechowski. Później za budowę obwodnicy zabrał się Bronek Bremer z Wieśkiem Dziarmagą. W Lipiu uczyła Monika Godyńska, a w Ustianowej Remek Opacki. No a schronisko w Ustrzykach Górnych prowadzili Marysia i Kazio Hartmanowie i tam na ogół pojawialiśmy się co niedziela. Widywaliśmy się co najmniej raz na tydzień pokonując w różny sposób dzielące nas odległości. Po niedługim czasie prawie wszyscy nabyliśmy jednośladowe pojazdy, głównie marki WFM, a co ambitniejsi SHL. Parę dni temu byłam z wnukiem w Muzeum Motoryzacji i miałam okazję odświeżyć sobie wspomnienia o tych wspaniałych maszynach. Niestety zimą korzystaliśmy z firmy PKS, co w przypadku powrotu od Hartmanów wymagało wyjścia ze schroniska około godziny 23 , aby dotrzeć na autobus do Czarnej odchodzący o 5 rano. I tą metodą każdy do swego miejsca pracy na 7 z trudem docierał. Stosunki w robocie miewaliśmy dość egzotyczne. Koledzy nie bardzo rozumieli po co się z tymi worami włóczymy jak nam za to nie płacą. A my znów nie bardzo rozumieliśmy jak można tego nie robić. Nad każdym z nas czuwało oko siły przewodniej, co w przypadku mojej budowy nawet było wyobrażone. Mianowicie na fundamencie dźwigu linowego górującego nad placem budowy był wyobrażony słynny afisz z młodzieńcem za kołem sterowym. Pod nim widniał napis „Wysiłkiem klasy robotniczej zamienimy siłę wody Sanu w energię elektryczną”.
Budowa początkowo rozkręcała się z dużymi oporami. Zmodernizowano najpierw stację kolejową w Uhercach, a robotnicy nazwali ją Wygnanka i tak chyba do dziś się nazywa. Tam odbywał się przeładunek cementu z wagonów do silosów i rozładunek wszystkich materiałów budowlanych. Z Wygnanki wybudowano drogę do Soliny przez Orelec i Bóbrkę. Powstało osiedle robotnicze i biurowce w pobliżu wsi Solina i osiedle eksploatacyjne w dole nad Łobozewką. Po zbadaniu możliwości wykorzystania miejscowych złóż kruszywa okazało się że nie jest ono zbyt odpowiadające normom przewidzianym dla betonów hydrotechnicznych. Należało żwir płukać przed dostarczeniem go do betoniarni, a piasek dowożono z Huty Komorowskiej aż z okolic Rzeszowa. Uruchomiono też kamieniołom w Bóbrce. Po tych czynnościach wstępnych i po wybudowaniu sieci dróg w rejonie przyszłej zapory przystąpiono do pierwszych wyłomów pod zaporę. Uruchomiono betoniarnię, powstało laboratorium betonów, zainstalowali się inżynierowie w biurach i powoli z ziemi zaczął się wyłaniać masyw zapory. Sama budowla jest posadowiona na ławicy piaskowca wyjątkowo akurat w tym miejscu mocnego i mało spękanego. Ławica ta jest nieznacznie załamana , co spowodowało konieczność załamania w planie osi zapory. Zapora składa się z 43 pionowych sekcji, z których większość ma szerokość 15 metrów. W betonowym masywie znajdują się cztery galerie kontrolne, usytuowane od siebie w pionie co ok. 20 m. Z najniższej galerii były wykonywane iniekcje mające na celu zespolenie podłoża z korpusem. Komunikacja między galeriami odbywa się za pomocą schodów i dźwigów towarowych. Do przepuszczania wody przez zaporę służą dwa denne upusty oraz cztery przelewy powierzchniowe. W sekcjach zapory w rejonie elektrowni zamontowano stalowe rurociągi doprowadzające wodę do turbin.
Bardzo powoli powstawała ta budowla, ale jak na tamte czasy specjalnych opóźnień nie było. Dla dostawy wyposażenia elektrowni produkcji czeskiej (wówczas czechosłowackiej) należało przystosować drogi dojazdowe. Mosty miały za małą nośność, wystąpiła konieczność wykonania specjalnego przejazdu przez San w rejonie Postołowa. Wybetonowano tam drogę i przeprawę przez rzekę koło mostu. Wszystkie elementy oraz beton były transportowane dźwigiem linowym obejmującym swoim zasięgiem całość budowy zapory i elektrowni. Było to duże przedsięwzięcie i wymagało sprawnej organizacji. Kadra inżynierska była na ogół niezbyt leciwa, kierownictwo na ogół miało staż na innych budowach. Należy przyznać, że do roboty podchodziliśmy z niemałym zaangażowaniem i zainteresowaniem, czując przy tym pewną odpowiedzialność za własne decyzje. Kluczowe etapy w trakcie budowy takie jak przełożenie koryta Sanu czy rozpoczęcie piętrzenia przeżywaliśmy wspólnie bez przymusu. Nie mogło się w tamtych czasach obyć bez zakończenia jakichś etapów robót dla uczczenia np. 22 lipca, ale niezbyt się akurat tym wzruszaliśmy. Większość kadry inżynierskiej była oczywiście partyjna, co skutkowało koniecznością uczestniczenia w zebraniach, ale również dawało możliwość dostania talonów na nieosiągalne dobra głównie samochody.
Osobna kasta to byli robotnicy. W tym socjalistycznym ustroju nie dawało się zauważyć aby byli zbyt rozpieszczani. Mieszkali w wieloosobowych pokojach w oddzielnych blokach lub barakach. Na plac budowy dowożono ich ciężarówkami, podczas gdy panów inżynierów przewoził autobus. Budowa trwała nieprzerwanie cały rok na trzy zmiany. Betonowanie zimową nocą nie było bardzo przyjemne. Inżynier mógł sobie w biurze posiedzieć nie musiał przez 8 godzin tkwić na mrozie rozprowadzając beton. Przed każdymi świętami odbywało się ich „odpracowywanie” czyli nieprzerwana robota przez kilka tygodni również w niedziele. Po to by między Wigilią Nowym Rokiem mieć wolne. Wtedy odczuwało się jak ważnym jest obowiązkowe świętowanie jednego dnia w tygodniu. Pod koniec okresu odpracowywania” chodziliśmy wszyscy niezbyt przytomni i otępiali.
Mniej więcej równolegle z powstawaniem zapory w Sanoku powstawała Grupa Bieszczadzka GOPR. Organizowali ją ratownicy zakopiańscy Krzysztof Berbeka, Gienek Strzeboński, Jerzy Szubert, Władek Roj, Józek Uznański i inne górskie znakomitości. Grupa tworzyła się z miejscowych zapaleńców pod dowództwem Karola Dziubana, do których dołączali się przyjezdni. Z warszawskich kręgów pierwszy był Czeczott, później wkręciłam się ja, następnie Bremerowie: Miśka i Bronek. Ale my byliśmy też już miejscowi. Po paru latach nastąpiła inwazja SKPB i tak się jakoś porobiło, że przepis o konieczności zamieszkiwania w rejonie działania grupy został pominięty. Na dyżurkach pojawiali się Jurek Korejwo, Wileńko Orsetti, Zośka Szajuk, Wiesiek Skubisz, Andrzej Matias, Witek Michałowski, Krzysiek Wojtas i pewnie jeszcze inni których nie bardzo pamiętam. Grupa się zaktywizowała, warszawiacy się zaznaczyli, nie wszyscy potrafili się zaaklimatyzować i większość po pewnym czasie zanikła. Niezłomny Wileńko trwa do dziś aktywnie uczestnicząc w pracach Zarządu Grupy. Ostatnio zyskał tytuł Członka Honorowego. Inni się kręcą jako weterani w stanie spoczynku.
Budowę zapory zakończono w 1968 roku mniej więcej równolegle ze niesławnymi wydarzeniami marcowymi. Nie dotrwałam do zakończenia i jako pani Czeczott powróciłam do stolicy. Wkrótce zjechali też Bremerowie zaraz po tym, jak Miśka udzieliła wywiadu do którejś z gazet pod hasłem „Za nic nie zmienię schroniska w Wetlinie na warszawskie M4” (przez parę lat prowadziła to schronisko, goszcząc między innymi kwiat polskiego dziennikarstwa i wielu przyszłych znanych opozycjonistów). Inni też się porozjeżdżali po świecie.
Ale w Bieszczady wracamy, kiedy możemy. Przywoziliśmy tam dzieci, żyliśmy w kołchozach pokazując potomstwu góry naszej młodości. Teraz powracamy z wnukami. Tylko nie przyswajamy jarmarcznej atmosfery na koronie zapory, tabunów odwiedzających chatkę na połoninie, płatnych drzwi do lasu i zatłoczonych parkingów.


Odpowiedz z cytatem