„Płaj dziewięciu źródeł”
Bliższą znajomość z Karpatami Wschodnimi zawarłem w 1928 roku, jeśli pominę dziecięce wakacje czarnohorskie u stryjostwa w Worochcie w 1912 roku. Wraz z rozpoczęciem działalności we władzach Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego postanowiłem systematycznie i wszechstronnie poznawać nie znane mi przedtem części Beskidów Wschodnich. Słuchałem uroczych pogaduszek Orłowicza, opowiadań przemiłych lwowian, wspomnień świetnych narciarzy, wielu znajomych i przyjaciół z Podkarpacia i Pokucia, rozczytywałem się w „Pamiętnikach Towarzystwa Tatrzańskiego”, gdzie skupiała się rozległa wiedza o górach, a równocześnie chodziłem i chodziłem. Miałem wtedy dwadzieścia parę lat i zdrowie nie liczące się z żadnym wysiłkiem. Tak znajomość moja z Beskidami Wschodnimi zamieniła się z czasem w przyjaźń, a przyjaźń w miłość. Protestowały przeciwko temu Tatry i Beskidy, ale pogodziłem wkrótce zazdrośników, którzy dobrze wiedzieli, że jeśli nawet odchodzę, to zawsze wrócę. Toteż na nieustannym nostalgicznym pragnieniu, aby być tam, gdzie się akurat nie jest, upływały mi lata, w których każdą wolną chwilę spędzałem w lecie i zimie na dłuższych lub krótszych wyprawach między Wisła i Czeremoszem, między babią Górą a Babą Ludową.
Jakże jednak odmiennie od wszystkiego wyglądały wędrówki po Karatach Wschodnich! Odmiennie przez inną duszę krajobrazu, a stały się jeszcze bardziej inne we wspomnieniu przez to, że zostawiło się w tamtych górach spory kawał życia, przerwanego wybuchem wojny. Ostatni raz widziałem je z daleka, w błękitnej dali, dwudziestego czwartego września 1939 roku, gdy z resztkami wojska szedłem z dniestrowego brzegu ku rumuńskiej granicy. Wędrowałem po wojnie dziesiątki razy po Pilskach, Babich i Radziejowych, stąd młodość w nich spędzona trwała jeszcze w wieku dojrzałym i do dziś się po nich błąka, ale na Howerlach, Popadiach i Hnitesach ju być nie mogłem i nie byłem. Toteż młodość w Gorganach, na połoninach Czywczyńskich i Hryniawskich zapadła w przeszłość inaczej i nawet czasem wątpię, czy była, czy nie wymyśliła jej wyobraźnia. Wyprawy wschodnio beskidzkie żyją jednak we mnie, jak gdyby w zakamarkach starego plecaka, niejako między jednym a drugim niewidzialnym dnem. Odzywają się, gdy sięgnę do nich i znów wierzę, że były naprawdę, to znów wątpię, gdy zaciągają się mgłami, jak we wrześniu najdalsze dale. Musiały jednak być naprawdę, gdyż skądże by teraz napierała na mnie starodawna huculska piosenka:
Kilka Riczka – Krasnoiła
y kilki Hołowy,
uże ny ma taj ny bude
jak my buły dwoje.
Ona właśnie swym jesiennym smutkiem przenosi mnie w bardzo daleki kąt świata, gdzie w zaułkach karpackich biją źródła Biłej Riki i Riki. Tak nazywali dawni Huculi, mieszkańcy Uścieryk, Żabiego i Hryniawy, Biały i Czarny Czeremosz. Rika, rzeka, była dla nich najwazniejsza, regulowała całe życie dzikiej i nie przerąbanej jeszcze puszczy karpackiej. Buszowali w niej leśnicy lasów państwowych i Fundacji Skarbkowskiej, wielkich majątków Baworowskich, polowali możni dostojnicy, ale w zakątkach górskich, gdzie rodziły się Czeremosze, Karlibaby, Wazery, Złote Bystrzyce i Suczawy, śmigały tylko wiatry w koronach jodeł, świerczyn i bukowin. Ku połoninom wędrowały sobie odwieczne płaje pasterskie, a las tylko na obrzeżach szarpali drwale, w głębi drzewo umierało samo, bez pomocy człowieka. Tam mnie właśnie ciągnęło, w najniedostępniejsze ostępy, tam mnie wołało, gdzie człowiek przychodzący z nizin musiał żyć na równi ze zwierzyną, puszczą i połoniną. W tej harmonijnej równości współżycia z przyrodą tkwi istota górskiego przeżycia. Nie walki z przyrodą – a jeśli nawet walka, to równego z równym – lecz włączenie się w życie wierchów i dolin, łąk i lasów, wtajemniczenie w zagadki pór roku, w zawiłości dnia i nocy, w nieuchronny rytm biologii, który każe kochać, gdy nadchodzi czas miłości, i umierać bez żalu, gdy wypełnia się życie bez reszty.
Lipiec tego roku był skwarny za dnia, chłodny w nocy, jak to bywa przy rosnącym ku pełni księżycu. Wyszukiwaliśmy górskie mateczniki, których nie znaliśmy w ogóle lub tylko częściowo. Wałęsaliśmy się przede wszystkim wokół górnych Czeremoszów, starając się nie powtarzać – jeśli się udało – niektórych przejść, choć zawsze lubiłem chodzić tam, gdzie już byłem, bo nigdzie nie przebywało się do syta. Naszą bazę wypadową stanowiła klauza Perkałub na Białym Czeremoszu, z niezapomnianymi noclegami w domku strażnika zapory. Zapamiętałem tylko jego imię – Demian. Nazwisko tego młodego Hucuła zostało gdzieś po drodze tylu lat.
Otaczały nas starolasy, zdawałoby się nietknięte, choć wody Białego Czeremoszu dwa lub trzy razy w tygodniu, a nawet w czasie dłuższych deszczów codziennie niosły z sobą potężne kloce zbite w talby i daraby, czyli mniejsze i większe tratwy, do Uścieryków, a nawet do Kut i Wyżlicy. Otaczały nas lasy i wody ujęte w zaporę drewnianą, a w wodach odbite chmury przypominały, że nad ziemią jest niebo. W dnie odpoczynku jedliśmy z Damianem mamałygę, kaszę hreczaną i jęczmienną; nie brakowało mleka i sera, bo przynoszono je z bryndzami na połoninie Smitenny pod Hostowcem. Nie brakowało pstrągów, które jadaliśmy w różnej postaci. Rzadkością był natomiast chleb, toteż dwa bochenki przyniesione przez nas z Żabiego szybko znikły. Piekliśmy wtedy placki na blasze. Żyło się tu trochę jak w domku czarownika. U naszego Demiana każde wydarzenie w ciągu dnia i nocy coś znaczyło i wróżyło. Snujący się z komina dym, wołanie ptaka w nocy, lot wazki nad wodą, watahy much nad korytem, skrzyp wyschniętej furtki u płotu. Czego nie słyszeliśmy lub nie widzieli, zawsze słyszał lub widział Demian. On dosłuchał się puszczyka, dopatrzył śladu rysia, dosłyszał szczekanie lisa. Nie wszystko rozumieliśmy z tej mitologii huculskiej, bo w jego mowie zjawiały się dziwosłowia, w których trudno było dosłuchać się znajomego określenia. Wszystko dla niego było wróżbą, siało się czary, zbierało przepowiednie, dobre i złe, pomyślne i złowieszcze.
Demian, zapytany, skąd zna różne gusła i zaklęcia, powiedział, że od babki Makryny z Hostowego. Ona znała wszystkie zioła od Uscieryk po Szpyci, gdzie ich jest najwięcej w całej Czarnohorze. Ona nauczyła się od swojej babki, a ta od słynnej zielarki z Krzyworówni, która umiała każda chorobę uleczyć. Ziele zielu nierówne, a i to samo, kiedy indziej zebrane, żywe lub suszone, zerwane nocą przy księżycu lub na nowiu na świętego Jana w lipcu – ma zupełnie inne moce. Są przecież zioła na chorobę i na wzniecenie miłości – na stracenie płodu i na zapomnienie o wszystkim. I są także takie, których wywar zmusza do pamięci. Gdyby Demian był brodatym starcem, nie byłoby nic dziwnego, że jest czarodziejem, ale pamiętam go młodym urodziwym Hucułem o smagłej twarzy i niewiarygodnie czarnych oczach, toteż jego czarodziejstwo uważaliśmy tylko za bajki, podobne do tych, które słyszy się wszędzie w górach. Jeżeli jeszcze dziś żyje, ma już ponad osiemdziesiąt lat, siedzi przy żywej watrze i duma. Ale pewnie już nie żyje, bo i czarownicy umierają, tylko najwięksi wchodzą w ciała innych i w ten sposób dalej żyją i wróżą.
Pasjonowała mnie wtedy przeszłość okolicy, dane czasy tej doliny, Bilej Riki, która niegdyś była rzeką graniczną. Ciągnęła mnie ciekawość, gdzie w górnych krańcach doliny mogły być owe historyczne rozrogi graniczne Polski, Rusi i Węgier. Chciałem zobaczyć na własne oczy miejsce, gdzie niegdyś historia wbiła słup graniczny, tak jak go później ustawiła na wysokim Stohu.


Odpowiedz z cytatem