"Płaj dziewięciu źródeł" cd

- Musimy tam dotrzeć – mówiłem do Zosi – może coś znajdziemy, jakiś kamień, wzgórek, kurhan, krzyż a może na kamieniu stary, nie zniszczony przez czas napis, znak lub symbol.
Z mapą w reku – a była to jeszcze austriacka siedemdziesiątka piątka z 1918 roku, z przekręconymi nazwami, gdyż polska wyszła dopiero później – szliśmy w górę potoku na południe. Przed nami pięła się wąska i ciasna, z obu stron spadzista dolina. Już tu Rika nie była Riką, lecz Perkałabem. Lasy dyszały lipcową rosą, jeszcze cieniste, ponocne, bo zegarek wskazywał dopiero szóstą rano. Droga raz szła po tej, to znów po tamtej stronie potoku, który był wtedy granicą państwową z Rumunią. Szliśmy jacyś poważni, zapatrzeni i wsłuchani. Ciągle mi się zdawało, że ktoś z nami idzie niewidoczny, że nawet do naszego milczenia wtrąca swoje milczenie. Nieraz mam to uczucie w górach, że mi ktoś towarzyszy, i dlatego żadnej wycieczki samotnej w pełni nie uważam za samotną. Gdy wieczorem tego dnia rozmawialiśmy przed snem o przebytym dniu, Zosia przyznała mi się, że i jej zdawało się, iż nie idziemy sami. Nie mówiła nic, bo bała się, że będę się śmiał z jej przywidzeń.
Na wschodzie za potokiem, gdzie zaczynały się już lasy Bukowiny, a dalej jeszcze dawnego Mołdawskiego Gospodarstwa, niegdyś lenna polskiego, wschodziło słońce, lecz my szliśmy ciągle w cieniu, chłodzie i ciszy, wypełnionej gaworzeniem potoku. Jeszcze ciszej pomrukiwał Perkałab, gdy minęliśmy strumień spod Palenicy i jeszcze jeden maleńki dopływ i oto stanęliśmy na ostatnim spływie dwóch potoków. Z prawa płynął Menczil spod Fata Banului, a z lewa, wprost z południa, spod Zanogi źródłowy strumień Białego Czeremoszu. Do tego miejsca dotarł kiedyś z konnym pocztem Hucułów Wincenty Pol. Było to w połowie dziewiętnastego wieku i odtąd zaczęto je nazywać Rozrogami Wincentego Pola.
Od wideł potoków szły w górę, wzdłuż Menczila, kamienne słupki graniczne, zakreślając ostatni skrawek polskich dziejów. Potoki jak potoki, ale dla mnie było to osobliwe miejsce. Przychodziła do głosu historia. Może to była owa milcząca i skupiona muza historii, której obecność odczuwaliśmy koło siebie, przyznając się do tego dopiero wieczorem. Może – przecie zawsze po cichu uwielbiałem grecką mitologię i zawsze śnili mi się jej bohaterowie – ta muza miała jakby dwie postacie: raz była urodziwą polką szlachcianką, to znów czarnowłosą huculską dziewczyną. Czułem wyraźnie obecność owych towarzyszek niezwykłych, prawie milczących, nie milczeniem ponurym, lecz pogodnym, skupionym i zamkniętym w sobie, jednak nie przeciwnym zwierzeniom.
Nieśmiałym głosem powiedziała jedna:
- Jest przecie dokument w regestrach kardynała Deusdedita podający granice państwa polskiego za Mieszka i jego żony Ody. Kreśli on ich przebieg od Prus „aż do miejsca, które nazywa się Ruś”; jest przecie dokument z 1086 roku, opierający się na świadectwach z X, a może XI wieku. Stwierdzając połączenie biskupstwa praskiego z morawskim, wymienia on jako wschodnią granice biskupstwa „rzeki graniczne, a mianowicie Bug i Styr”.
Dobrze, ale gdzie w górach, w Karpatach? Wskaz nam dokładnie! Rozważałem ze sobą, a właściwie rozmawiałem w milczeniu z tą skupioną, o dwóch wcieleniach dziewczyną, wskaż nam dokładnie miejsce, rozrogi dziejów Polski, Rusi i Węgier.
Nie słyszałem odpowiedzi, ale czułem ją: Czasy i granice zmieniają się. Nic nie stoi w miejscu. Spójrz na ten potok! Rwie brzegi i płynie. Na próżno szukasz starej jagiellońskiej granicy. Zostaw to wyobraźni, marzeniu, poetycznemu widzeniu świata. Inaczej zagubisz się w datach, papierach, dokumentach. Popatrz na tę ziemię inaczej, spójrz przez wyobraźnię.
Miała racje nasza towarzyszka. Prawda i wyobraźnia przewijają się przez dzieje od świtu ludzkości, a już przed wiekami powiedział stary Hezjod, że „Muzy wiele mogą kłamstw opowiedzieć podobnych do prawdy, ale wiele też mogą obwieścić rzetelnej prawdy”. Któż to jednak rozróżni!
Tak więc staliśmy chwile u ujścia Menczila do Perkałabu. Na kamienistej wysepce z bujnych łopianów wychylał się słupek graniczny i pokazywał, że trzeba iść w prawo do góry za strugą Menczila. Perkałab, skromny teraz strumień, znikłą na południu, nic nie robiąc sobie z tego, że już jest w Rumunii i że teraz, aż do źródeł na stoku Zanogi, będzie się nazywał Izvor.
Wyobraźnia zaczęła się buntować. To niemożliwe, żeby tutaj, u zbiegu niepozornych potoczków, w głuchej dolinie, były owe zawiasy, wokół których skrzypiały przez parę wieków dzieje trzech wielkich państw. To raczej na wysoczyźnie głównego grzbietu Karpat stały niegdyś graniczne słupy Rzeczypospolitej, może na Hnitesie, Fata Banului czy nawet Zanodze, ale na szczycie, skad widać wszystkie dziedziny świata – nie w dolinie!
Zaczęliśmy podchodzić w górę. Wkrótce dopadło nas słonce i już nie opuszczało. Upał pachniał trawami, gdyśmy stanęli na grzbietowej połoninie Fata Banului, ze słupkiem granicznym z numerem 56. Połonina była pusta, bez pasterskiej stai i bydła, wdzięczyła się do słońca z więdnącym sianem i nowym, wyrastającym na pierwszym. Łąki przechylały się na zachód i oddychały nie kończącą się przestrzenią. Wszędzie dookoła góry i góry, jakby na tym świecie nigdzie nie było równin. Patrzą na nie ludzie i oglądają to samo. Dopiero gdy marzenie przymknie im oczy i zaczną o nich śnić, stają się u każdego człowieka inne. Bez wyobraźni nie ma po co patrzeć na góry. Dzięki niej dopiero tworzy się nowy, piękniejszy, stworzony przez Ciebie świat, inny niż go widzą inni. I wtedy wiesz, po co przyszedłeś.
Rozglądamy się wokoło. Opodal z traw wyłania się na spiętrzeniu krzyż, zwyczajny przydrożny krzyż. Komu tu potrzebny? Bogu? Wszystko go tu chwali. Ludziom? Na palcach policzyć tych, co tu przejdą. A może to granica? Ale czego – państwa, ziemi i nieba, wiatrów i chmur, dali i oddali, prawdy i wyobraźni? Tak blisko Torojaga z zielonymi przepaściami łąk, tak daleko Alpy Marmaroskie, jeszcze dalej Czarnohora. W dolinie Mazeru błękitny dymek, tam drwale przy ognisku. Na północy Hnitesa, bezkształtna góra, śpiące w kosodrzewinach zwierzę. A ta ciemna zieleń to, chciałoby się powiedzieć – lasy kosówki, największe w rozległości i najwyższe, jakie kiedykolwiek widziałem. Wysokie do pięciu i sześciu metrów, gęste i pachnące, rosną nad człowiekiem, tworząc nad nim dach cienisty. Kiedyś podczas wycieczki zaskoczyła nas pod szczytem burza, ale zaszyci w plątanine gałęzi i nakryci zielonym dachem, przeczekaliśmy ulewę prawie nie zmoczeni. Kto w tym kosodrzewinowym lesie zgubi kierunek lub wątek ścieżynki, może chodzić i chodzić w kółko. Szukasz wtedy przyjaznego słupka granicznego, ale zanim go znajdziesz, namęczysz się do siódmych potów.
Ścieżyneczka wiodła nas po tej i tamtej stronie granicy. Stromo i stromo, gorąco i duszno od zapachu kosówki, ale po drodze wszędzie świergotliwe źródełka. Nareszcie szczyt płaski jak stół nakryty wiatrem, który poświstuje sobie na sterczącej skałce. Potem jeszcze jedna w życiu Palenica, trochę inna niż wszystkie inne znane, nie Palenica, lecz Pałynycia. Z jej powietrznej połoninki widzę blisko kamienną Babę na Komanowej. Ponad ciemnozielone morze kosówki podnosi się skamieniała z mrozu chciwa i odważna Jewdocha. To Hucułka z Hryniawy, która już w marcu wygnała owce w góry na wypas. Nie pomogła Jewdosze odwaga ani dwanaście kożuchów, które miała na sobie. Chciwa była i zawzięta.
- Zamarzniesz razem z owcami – przestrzegali sąsiedzi.
- Nie boję się mrozu, mam dwanaście kożuchów.
Opadły ją śniegi i wichry marcowe i Jewdocha zamarzła, ale jak stała pod Komanową, tak stoi i dalej, nie boi się niczego, bo to już nie Jewdocha, lecz uparty kamień
Za Pałynycią już przechyla się skłon ku Rice, ku Czarnemu Czeremoszowi, ale my tam nie pójdziemy. Zbaczamy w prawo w zwór potoku i na stary pasterski płaj, który znamy z innej wyprawy. Już go widać w kosówce, tam znika, lecz znów wychyla się na brzegu lasu. Tam pójdziemy. Płaj dziewięciu źródeł, bo tyle ich naliczyliśmy tego dnia, tak się też będzie nazywał w naszej pamięci. Z każdego źródła piliśmy wodę, aby zapamiętać, żeśmy tu byli i aby móc uwierzyć, że tu wrócimy.