Zdobyłam tą książkeWięc cytuje:
WŁADYSŁAW KRYGOWSKI
„GÓRY MOJEGO ŻYCIA”
POWRÓT DO JALINY
Cztery lata minęły od chwili, gdy odpłynąłem z Glasgow i pożegnałem się z rozwichrzonym niebem szkockim. Po wieloletniej tułaczce znalazłem się znowu wśród swoich gór i dolin. Znów na dawnych tropach szukałem i znajdowałem pogubione wątki wzruszeń i radowałem się, że góry trwają, jak trwały, i że chodzę po nich, wierny im i samemu sobie. Gdziekolwiek by to było, na Potrójnej, pod Gańczorką, na Kamienistej czy na Tomkowych Turniach, w lasach Radziejowej czy na Cergowej, należał zawsze do mnie, choć jakby i nie do mnie równocześnie. Między nas wtargnęło bowiem osiem lat rozłąki, a więc czas i wszystko, co przyniosło przeznaczenie.
Szukałem dawnych wzruszeń, a osaczały mnie nowe. Były szczęśliwe i pogodne, chmurne i tragiczne, krzyczące z radości, że znów wolność, ale i zarazem zalatujące swądem straszliwej wojny.
W pięćdziesiątych latach znalazłem się w Bieszczadach i to spotkanie wstrząsnęło mną do głębi. Bardzo było daleko stąd do szkockiego nieba i jezior, ale jeszcze dalej i dalej stąd do Bieszczadów, które dobrze pamiętałem sprzed wojny. Przypadło mi w udziale tragiczne spotkanie, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że kraju nie poznaje się tylko zmysłami, ale przez refleksję, współżycie i wyobraźnię. Bo każda piędź ziemi ma swój los, dzieje wymowę.
Tak przynajmniej opowiadają ludzie. A mnie się zdaje, że to w samym człowieku, pod wpływem wszystkiego, czego się dowiaduje z książek, opowieści ludzkich, zwierzeń i przeróżnych wątków, odzywa się jakiś głos czułej wyobraźni, który snuje dzieje tego miejsca. Może ów głos, to właśnie duszek, geniusz loci, przedziwny strażnik i kronikarz, który zapisuje w pamięci historię zdarzeń tego miejsca. Nie wiadomo, dla kogo notuje, ale notuje. Może na przepowiedziane dni Apokalipsy, może na Sąd Ostateczny?
Coś takiego właśnie wydarzyło się, gdy gdzieś w 1951 roku schodziłem ze wschodniego krańca Połoniny Caryńskiej na Przysłup. Schodzi się tam na łeb na szyję i dopiero niedaleko przełęczy stromy stok łagodnieje. Wówczas panowały tu głuche pustki i każdy człowiek, którego by się spotkało, mógł być podejrzany, groźny i niebezpieczny. Nim okazałby się przyjacielem, mógłby być wrogiem.
Na szczęście wtedy nie było ani wrogów, ani przyjaciół, po prostu prawie nie było nikogo. Dość powiedzieć, że w ciągu kilku dni między Cisną a Berehami Górnymi nie spotkałem nikogo prócz wopisty w Dołżycy, a w Krywem, gdzie połyskiwały resztki czubka dzwonnicy przy rozwalonej cerkwi, straszyły mnie derkacze chruściele, nazywane tutaj dawniej pietrykami. Doszedłem później do wniosku, ze był to jeden derkacz, lecz tak szybko dreptający w trawach, iż uzanłem go za stado niewidzialnych ptaków. Toteż aż mi dech zaparło, gdy dochodząc do pierwszych drzew owocowych, które były jedynym śladem dawnego sadu, zobaczyłem nagle w odległości kilkunastu metrów jakiegoś człowieka. Człowiek z lasu, zbieg z więzienia, zwykły rabuś, a może upowiec? Żyć tu można tylko rosą niebieską albo rabunkiem. Dobrze, ale nie ma przecie także kogo rabować. Rozważałem: zejść z drogi, ale dokąd? Decyzja to niemożliwa, bo nie było ani dróżki, ani ścieżki, wszędzie burzany, osty, pokrzywy, a poza tym na zboczenie już za późno, bo za blisko spotkany człowiek. Zastanawiało jeszcze coś innego. Otóż człowiek ów nie stał ani nie siedział, lecz leżał nieruchomo na brzuchu, przywarty do ziemi, jak żołnierz na stanowisku ogniowym. Mimo woli spojrzałem i ja na przedpole. Stok opadał z przełęczy na wschód i właściwie samego skłony nie było widać, gdyż porastały go chwiejące się pod lekkim podmuchem olchy samosiejki. Tyle takich olch falowało wtedy w Bieszczadach, że nie odczułem tego jako żadnej niespodzianki. Spadały w dół olbrzymie wodospady gęstwin, mieniące się w słońcu i cieniu jak skóra olbrzymiego węża. Tam na samym dole przewijał się Wołowaty i od niego dolatywał szum wody, a może to zawodził tylko wiatr dolinny. Kiedyś stały tam Berezki. Głębiej nad wysokim brzegiem można się było domyślać skrętu potoku. A wyżej już tylko las na trójkątnej Kuczerze i Widełkach, w głębi ciemny grzbiet Bukowego Berda i wyskok Krzemienia. Nic nie działo się ani na przedpolu, ani w dali i chyba nie krajobrazowi przyglądał się ów człowiek, a więc w takim razie czemu?
Chrząknąłem, ale ani drgnął, jakby nie chciał stracić czegoś z oczu lub mnie nie zauważył. Przyjrzałem się leżącej postaci. Choć nie obejrzałem twarzy, coś mi powiedziało, że to nie turysta. Spod czapki – nic mi nie mówił ani jej kształt, ani kolor – wymykały się kosmyki włosów i było to wszystko.
Zajęty zagadkowym nieznajomym, nie zauważyłem, że na skraju zdziczałych jabłonek sterczały w pokrzywach resztki ogrodzenia i że tuż koło mnie wyłaniał się z zieleni zrujnowany murek, a może szczątki podmurówki lub ściany. Stały tu przecie chałupy przysiółka Przysłup, parę zagród na dziale między Bereżkami i Caryńskiem. Okazało się, że pod uginająca się zielenią coś leciutko trzasnęło i ów trzask postawił na równe nogi leżącego opodal. Rosłe chłopisko obróciło się ku mnie i dopiero wtedy mogłem mu się przyjrzeć. Stary to on nie był, tylko ta zarośnięta gęba dodawała mu lat. Gdy przyjrzałem mu się uważniej, stwierdziłem, że to nie chłop – lecz jak mówią na wsi – parobek, nie więcej niż dwudziesto paroletni – postarzały i wyniszczony. Patrzył na mnie przestraszonym wzrokiem, a jego nieco otwarte usta mówiły, że to on się boi, nie ja, choć i ja czułem się zaskoczony.
Chciałem coś powiedzieć, ale nie mogłem, cały pochłonięty twarzą. Oczywiście była zarośnięta jak u kogoś, kto dawno nie skrobał zarostu, ale intrygowało mnie co innego: kolor twarzy różowosiny. Zobaczyłem na tle różowego czoła, policzków i szyi – a ta różowość nie miała charakteru skóry, lecz jak gdyby mięsa – niebieskie ukłucia, mniejsze i większe, raz rzadziej, raz gęściej rozmieszczone.
Zrobiłem krok naprzód, a równocześnie coś świdrowało mi w głowie. Już gdzieś widziałem podobnie zagojone ukłucia. Już wiedziałem. Taką twarz miał kierowca z mojej jednostki, z którym często jeździłem we Włoszech. Cudem wyszedł z życiem pod Piedimonte, gdy przed jego towarzyszami eksplodowała przeklęta mina. Wyszedł cało, ale naszpikowany żelastwem, które mu z trudem usuwano z ciała kawałek za kawałkiem.
- A wy tu co robicie? – usłyszałem głos, który choć podniesiony, układał się śpiewni, po lwowsku, jak u Szczepka i Tońka.
Zamiast mnie przestraszyć, jak zapewne było zamiarem nieznajomego, głos ten rozproszył do pewnego stopnia moje obawy. Był wszakże nasz, bo nie tylko nie miał obcego akcentu, ale zabrzmiał z polska, a przecież – co tu mówić – bałem się, że to jakiś zapóźniony bandzior z UPA.
Podszedłem bliżej i powiedziałem:
- Dzień dobry, niech będzie pochwalony.
Mogłem teraz przyjrzeć mu się uważnie. Zjawa nie był, bo zjawy tak się nie ubierają. Nosił na sobie brudny i połatany wojskowy mundur, a raczej jego pozostałości. Bluza rozpięta od góry nie miała chyba pod sobą koszuli. Na nogach obszarpane drelichowe spodnie i wcale porządne wojskowe buty. Jednak to chyba żołnierz z demobilu, bez pasa, a bluza bez guzików. Tylko te cętki niebieskie na twarzy i jak się okazuje – na piersi. Skądże tu były żołnierz i co właściwie tu robi? A to on właśnie mnie o to pyta.




Odpowiedz z cytatem
Zakładki