Dotąd wydawało mi się, że wiem, dlaczego znowu jestem w Bieszczadach. Bo chce o nich pisać. Ale cóż będę się tłumaczył przednim? Po prostu chodzę. I dlatego śmiało mówię do niego i jakby z góry. To czasem przynosi pożądany skutek.
- To ja mógłbym was pytać, co tu robicie na Przygłupie. – Ale złagodziłem to zaraz: - Idę z Nasicznego, nocowałem dziś w Jalinie, tam gdzie była gajówka, wiecie nad potokiem.
Śledziłem, jakie wywiera wrażenie na nieznajomym to, co mówię. Czy nabiera zaufania, czy mówią mu coś nazwy, czy nie zastanawia go to, że je znam.
Przetarł ręką czoło, przeniósł wzrok ze mnie na zieloną dolinę Waryńskiego. Robiło to wrażenie, że szuka na zachodzie miejsc, które wymieniłem.
Ani nie było widać strzech, ani dachów, ani nie dymił żaden komin, nie błysnęła szyba okienna. Nie porykiwały krowy, nie szczekał pies.
- Nie istnieje Waryńskie – dodałem, jakbym tłumaczył mu, ze nie ma czego szukać tam gdzie patrzył. Na zboczach Magury Stuposiańskiej leżało ospale ciepłe słońce i było na nich dobrze widać ślady dawnych stajenek, czyli łanów, zarysy granic między polami, zagrodami dawnych właścicieli. Patrząc na wątki podeptanych praw własności, na zarastający zielenią dawny porządek, zapisany w księgach hipotecznych, nazywanych – o ironio – wieczystymi, w księgach odchodzącej w przeszłość epoki, uzmysłowiłem sobie, że jestem małym, nic nie znaczącym świadkiem w wielkim procesie przed nieznanym trybunałem, jeszcze nie ostatecznym. Ale czekam na wyrok, od którego nie ma już odwołania.
- Wy tutejszy? – zapytał mnie nieznajomy.
- I tak, i nie – powiedziałem i było to podwójnie prawdą. Znałem te strony sprzed wojny, chodziłem i po wojnie, ale niczego nie poznawałem. Ciągnęły się tu teraz inne ziemie, bo czymże jest ziemia bez ludzi i czym ludzie bez ziemi? A tak było w pięćdziesiątych latach, w kilka lat po mym powrocie ze Szkocji. Nie przeinaczyłem więc prawdy, żem tutejszy i równocześnie obcy. Ale istniała jeszcze inna prawda, która sprawiała, że ja, łazik od dziecka po górach, byłem i nie byłem równocześnie tutejszy. Bo naprawdę tutejszym jest się dopiero przez codzienną pracę od świtu do nocy. Dnie ma tubylec znojne, a noce okrutne, bo podczas nich trzeba pędzić dziki ogniem, krzykiem, dzwonieniem i kołataniem, czuwając w budzie, by nie poryły ziemniaków, nie spasły owsa, nie przeorały upraw. Przez pracę w polu i smolnym lesie, przez codzienną dolę i niedolę stajesz się dopiero tutejszym.
- I tak i nie – powiedziałem zatem. – Znałem tu ludzi, chłopów we wsi, leśniczych i gajowych, popów i nauczycieli, bom tu niejedno lato spędził.
- Turysta- bąknął nieznajomy. Nie wiem, czy to było pogardliwe czy nie, ale uznałem, że można teraz i jego zapytać, i zapytałem.
- Dobrze, ale co wy tu robicie? Przecie tu nie ma ani chłopa, ani baby.
Zanim mi odpowiedział, wskazał ręką ku zachodowi.
- Ja się urodził w Jalinie. Ojciec był gajowym. Matka zmarła po trzydziestym dziewiątym. Tatę i brata zabiły bandy w czterdziestym szóstym. Ja wtedy był w Sanoku w wojsku.
A później już sam, bez moich pytań – opowiadał:
Gdy dotarł do domu, jeszcze dogorywały zgliszcza. Koniec Jaliny. Przyszli, podpalili, zabili. Znalazł tylko szczątki. Huczało mu w głowie, chciał zabijać i palić. A potem poszedł na Przysłup przez Caryńskie, którego też nie było. Nie znalazł również Nastki, swojej dziewczyny, na Przygłupie, bo wieś poszła z dymem. Natknął się tylko na jednego ze Stuposian, który szukał tu kogoś. Nikogo nie znalazł i niczego nie wiedział. Wsie podpalano, by nikt nie pomagał nikomu. A tu na Przysłupie żyła polska rodzina. O jedną dla UPA za dużo. Nastka była Rusinką, jakże taką dać temu z Jaliny, by Polaków rodziła. Więc Maksym, brat Nastki, raczej siostrę ubije, niż da Polakowi. Do UPA przystał. Tak mówił później ktoś w Mereżkach, a jeszcze inny gdzie indziej doniósł, że Maksym zaciągnął Nastkę na zachód do Woli Michowej, a potem w lasy Wielkiego działu. Były tam bunkry i obozy, ukryte w wertepach Steców Lasu. Tam było państwo Hrynia i Bira, tam zagnieździły się kurenie. Do kuchni i szpitala trza było kobiet, tam Maksym zaciągnął Nastkę. A inni mówili jeszcze co innego – jak to ludzie.
Niechże mówi sam – pomyślałem. Poczęstowałem go chlebem i suchą kiełbasą. Gryzł pajdę chleba, jakby długo nie jadł, a kiełbasą delektował się powoli. Mówił przy tym, a ja mu nie przerywałem. Powołano go do wojska, a że znał dobrze góry Sanocczyzny, znalazł się w 36 pułku piechoty. Tacy jak on, tutejsi, dobrzy do tej roboty w lesie. W Dwerniku była placówka, stamtąd – mój Boże – dzień drogi do domu, do Jaliny. Nie jeden raz szedł z innymi na patrol, na zwiad, ale nie docierał do gajówki. Przemykali się przez kasy Kosowca ku Magurze, a nawet na tę – widzicie, kopę. Stamtąd wszystko jak na dłoni. „Wszystko widzieć, samemu nie dać się zobaczyć” – powtarzano mu ciągle w wojsku. Ale on nie patrzył wtedy, czy SA na Przygłupie hajdamaki, on wypatrywał Nastki. I zobaczył z daleka, jak pewnego dnia szła z wiadrem do studzienki. Widział ją wtedy po raz ostatni.
Na sotnie Bira naciskały mocno od strony wschodu radzieckie kompanie, lecz zatrzymały się na Sanie. Sotnie Hrynia i Bira odgryzały się w lasach Dwernik – Kamienia, Łopiennika i Falowej, aż zapadły w niedostępne puszcze Wielkiego działu. Tam się umacniały w bunkrach, okopach na Chryszczacie i Krąglicy.
- Czesaliśmy te lasy w zimie i na wiosnę czterdziestego szóstego, od Baligrodu po Cisnę i Wolę Michową. Żem tam wyszedł cało pod Łopieninką, to cud. Szliśmy całą drużyną w grupkach po dwóch, trzech, na odległość wzroku, ale dość gęsto. Trzech naszych wlazło na minę. Rozszarpało ich na strzępy, a mnie i Dmytryka naszpikowało odłamkami. Szpital w Sanoku, leczenie, nie wiem, co tam było, potem zwolnienie.
Dawali mu ziemię na zachodzie, nie chciał, taki już był. Pracował jako kierowca, robotnik w Ustrzykach Dolnych, później w smolniku. Nie zarabiał źle, ale zdrowie jakieś marne, a ma przecie dwadzieścia cztery lata i jest sam jak kołek, bo nie pije. Piłby, jak wszyscy, ale nie może, zaraz choruje. A bez picia nie ma przyjaciół i życia. Do miasta go nie ciągnie. Chciałby mieszkać w Jalinie, ale nie ma domu.
Opowiedziałem, com sam od niego usłyszał, ale w rzeczywistości było to dłuższe opowiadanie. Przerywał je, znów zaczynał, zawracał w czasie i nie wszystko było jasne, bo czasem dwa razy opowiadał to samo. Jakoś nie mogłem także dojść, kiedy to ojca i brata zabili mu ukraińscy faszyści, i jak to było naprawdę z tą dziewczyną. Chwilami wychodziła ona na pierwszy plan, to chowała się w opowiadaniu i znikała, aby znowu wrócić. Nie mogłem tez nabrać pewności, ile jest w tym, co mówił, prawdy, a ile jego własnych dodatków, i czy on sam ma w głowie wszystko na swoim miejscu. Bo w nieszczęściu niedaleko od zdrowego wariata. Nie miałem tylko żadnych wątpliwości, ze to człowiek nieszczęśliwy i że mogłaby go tylko uleczyć spokojna praca i założenie własnego domu. Chodził po lesie, wracał do Smolnika, a gdy coś zarobił, znów wychodził w góry na Przysłup, pobłąkał się po okolicy, po trawach, po zdziczałym sadzie. W jesieni podniósł jabłko z ziemi, zjadł je lub rzucał i znów to samo. Zimą siedział w Smolniku lub Stuposianach. Cóż za życie? I co to za pokój po wojnie? Każdy, kto ją przeżył, był w jakimś stopniu spaczony, wytrącony z zawiasów, jak cały świat, w którym nic się ze sobą nie zgadza, nic do niczego nie pasuje.


Odpowiedz z cytatem