Jak to się stało, że siedziałem na kamieniu, który był resztką podmurówki i wysłuchiwałem wyznań nieznajomego człowieka – nie wiem. Nie tylko ja wysłuchiwałem, lecz wraz ze mną, duszek nieszczęsnego miejsca.
Nie poznaję tych stron – myślałem – nie słychać dzwonów cerkwi w Caryńskiem, nie słychać też, jak pan Habicht z Wetliny z panem Ładyżyńskim z Górzanki i Hrabalem z Hoczwi polują na niedźwiedzia – mięsojada, zwabionego na padłego konia. Gdzie te czasy! Zimą wilki polowały na łanie, które krwawiąc znaczyły ślady swojej klęski. Do nas na Przysłup podkradał się cichy lis na przeszpiegi. Myszkował, myszkował – czy kury w kurniku i czy w sąsieku smykają piskające myszy. Ach, te myszy! Byli dawniej myśliwi, którzy umieli pisk ich tak naśladować, że zwabiali do siebie lisa – spryciarza, który za nimi przepada.
Nie ma takich myśliwych ani lisów. Sprawiła to wojna i przeklęty czas zaraz po niej. Ani Polaków, ani Bojków, ani popów, ani chłopów, ani nie uświadczysz Żyda. Czasem na koniu żołnierz, czasem ktoś druty wojskowej łączności rozciąga, czasem strzelanina, to znów zwierzę natknie się na minę. Niby stara i zamokła, ale jara. Dzikie pola, dzikie góry. Tu nasi ustrzelą jakiegoś prowidnyka, to znów tamci dołapią milicjanta, skrępują kolczastym drutem i hulaj bradiago z góry w dolinę. Między Cisną a Tworylnem, między Smerekiem a Nasicznem, gdzieś w Suchych Rzekach – bezlitosne sotnie. Bunkry, zasadzki, zaminowane przejścia. Czeszą i czeszą tą zniszczoną ziemię drużyny, plutony, kompanie, dywizje. Węszą, wychwytują, zapędzają w słowackie dziedziny, a jak trzeba to i dalej. A oni odszczekują się i cofają. Straszny jest wróg i wszyscy dla wszystkich wrogami. Trzeba wroga zaszczuć, wygłodzić, wymęczyć, spalić i zabić. Okrutne wojenne prawo. Potem dokoła wielka głusza i pustkowie.
Ciekaw jesteś co się stało z Nastką? – pytała we mnie wyobraźnia. – Opowiem Ci nie to, co opowiadali mi ludzie w Bereżkach i Stuposianach, nim ich upowcy zatłukli. Nie wiem, czy to nie czcza gadanina, bo prawdy nie dojdziesz. Na palcach jednej ręki policzysz tych ocalałych, ale oni siedzą gdzieś za Olsztynem czy Wrocławiem. Za daleko i za dawno.
- Nastka – wspominał niczego nie zapominający duch tego miejsca – miała dziewiętnaście lat, a Maksym, jej brat, coś sześć lat starszy. Chłop to był czarny, dorodny i dziki – jak ona jasnowłosa, delikatna i łagodna. Polował już jako wyrostek na kuny, bo zwąchał, że to dobry interes kunie futro wyprawiać i sprzedawać w Baligrodzie. Kupowali je chętnie starzy Żydzi chasydzi, ci, co w szabas nosili błyszczące atłasowe chałaty i białe pończochy, a na głowie ozdobne czapki. Cóż by to była za czapka, gdyby nie była otoczona futrem kuny. A najpiękniejsze futro, gdy kuna gdzieś od Wetliny, od Nasicznego. Ach, cóż to za kuny śmigały dawniej! Były takie, co siedziały pod strzechami, na zagraconych stryszkach, zwinne i niewidoczne ani za dnia, ani w nocy. Były też kuny wędrowniczki, które potrafiły, skacząc z gałęzi na gałąź, z czubka drzewa na czubek, przewędrować od wioski do wioski, bo przyjemniej jest kraść w cudzej chałupie, niż objadać swoich. Jeszcze piękniejsze musiały być kuny, które dawali chłopy za dawnych czasów swemu panu, kiedy dziewczyna z jego włości wydawała się za chłopca ze wsi innego pana. Ile by to kunich futer poszło za taką Nastkę! Ale Nastki dziś nie ma, nie ma też Maksyma, pomarli wcześniej ich ojciec i matka. A któż to ten z cętkami na gębie? Mówi, że z Jaliny. Byłżeby to Tomek Gębala, syn gajowego, co to miał się ku Nastce?
Tak sobie rozmyślał niewidzialny duszek na Przysłupu. On też wie wiele, dalej snuł swą opowieść: Nastki wcale nie uprowadził Maksym w lasy Chryszczatej – to tylko ludzie tak bajdurzą. Los był jeszcze gorszy. W ową noc wpadli mołojcy na Przysłup, spalili przysiółek na przestrogę, by Polakom nie sprzyjał, by Nastka nie chodziła z tym przeklętym z Jaliny. To oni wywlekli ją z chałupy, zdarli spódnicę i ilu ich było, użyło sobie na niej, a potem dobito na wpół żywą. Niech inne pamiętają. Wilki rozniosły Nastkę po derbach, bo były w zmowie z tamtymi.
Nie wiem, jak długo trwała wspólna z moją wyobraźnią rozmowa. W opowiadaniu wydaję się długa, naprawdę były to sekundy. Powiało od Caryńskiego i zachwiały się trawy, ugięły gałęzie, ale drzewa stały nieruchomo, sczerniałe i osmolone od ognia.
Nagle mój rozmówca zerwał się i rozglądnął dokoła.
- Trzeba iść – mruknął. Któż by przypuszczał, że trawy przysłaniały wiszący na niskiej gałęzi karabinek i coś jakby plecak? Karabinek w typie wojskowym i niewojskowym, miał skróconą lufę. Gdy się zarzucało przez ramię plecak, nie był z odległości niemal widoczny. Zrobiło mi się znowu nieswojo.
- Muszę mieć broń na nich – dodał, jakby się tłumacząc.
Człowiek z bronią to już coś innego niż bez broni. Mimo woli spojrzałem, czy broń jest zabezpieczona, i równocześnie uświadomiłem sobie pewne zagrożenie. W tamtych czasach nawet zrywające się nagle stado kukułek niepokoiło, gdyż mogło to oznaczać, że ktoś się zbliża z przeciwnej strony. Ale przecie nic mi nie groziło. Nie opowiada się komuś swoich nieszczęść, aby go potem ograbić. Przeszły mnie jednak ciarki, czy aby to nie kłusownik albo przestępca. Bo rezuń chyba nie. Czułem, że gdy teraz odejdzie – a zbierał się szybko do drogi – będzie się gubił w domysłach, z kim wdałem się właściwie w rozmowę. Może to nie żaden Tomek Gębala, syn gajowego z Jaliny? Może naprawdę jakiś z poprzestawianymi klepkami w głowie? Co znaczyło to nieszczęsne „na nich”, skoro już ich nie ma. Są gdzieś w Monachium, może w Kanadzie lub gdzie indziej, ale tu ich nie ma. A poza tym, czy można wierzyć w zemstę po latach? Najsłodszą zemstę przygotowuje czas, który na zimno wszystko rozlicza. Przed wojną – pamiętam – opowiadał mi w Górzance pewien stary chłop, że czas zawsze na swoim postawi, a nie Symeon. Chodziło o to, że mu jakiś Symeon, zdaje się sąsiad, orząc zaorał pole, a to znaczyło więcej, niż gdyby staremu nogi poprzetrącał. Pomyślałem sobie, ze teraz nie ma także Symeona ani starego z Górzanki.
- Weź, chłopie, kawałek słoniny, mnie już do Krakowa – rzekłem zbierając się w drogę.
- Wam też potrzeba, a ja zawsze coś ustrzelę – zarzekał się, ale wziął. – Pachnie dobrze.
I tak się pożegnaliśmy.
Siedziałem jeszcze z dobrą godzinę, odszukując go wśród wysokich, dzikich łąk, które zarastały dolinę Caryńczyka. Postać gubiła mi się w zaroślach, to znowu pokazywała. Trudno było mi oderwać wzrok od niej i wolałem iść za nim, niż patrzeć ku Magurze, ku Jawornikom. Góry pewnie tu zostaną, a on wkrótce zniknie. I rzeczywiście za jakąś zapadliną wsiąknął w rozłogach i trawach. I znowu pustka. Po jakimś czasie spojrzałem na zegarek. Jeśli idzie dalej tak szybko, jak przedtem, to teraz podchodzi w lewo na siodełko, za którym już Jalina. Jeśli nawet szedł na nie, to zamykały się za nim trawy jak za wszelkim stworzeniem, człowiekiem, zwierzęciem.
Przyszła mi wtedy z całą wyrazistością myśl, że tak jak trawy zamknęły się za nieznajomym nieszczęśnikiem, tak po tej straszliwej wojnie zamknęła się przeszłość nie tylko tego zakątka gór, lecz czegoś więcej – cała epoka z dziesiątkiem zasad, przekonań i obyczajów. Zirytowała mnie ta myśl, bo oznaczała, że tyle jest prawd, ile epok, a człowiekowi marzy się – na podobieństwo Boga – zawsze tylko jedna. Więc podniosłem się i rozglądnąłem wokoło, aby nigdy nie zapomnieć tego miejsca na świecie. Zacząłem szybko schodzić na wschód do strumienia w olszynach i ścieżynką za śladami kopyt końskich dotarłem do drogi w Bereżkach. Przeszedłem na prawy brzeg Wołosatego, rozbiłem namiot nad czystym potokiem pod różowym niebem późnego popołudnia.
Tyle było później przeżyć w górach i wydarzeń na świecie, że mógłbym zapomnieć o spotkaniu na Przysłupie, a jednak nie zapomniałem .Wiele wody upłynęło w Wołosatem i już nie była tak czysta. Przez Bereżki sunęły śpiewające autobusy i flaszki leżały w rowach. Już nie rozbijałem namiotu pod Widełkami. Coś mnie jednak pewnego razu skusiło, aby podejść ku Przysłupowi i popatrzeć stamtąd na świat.
Ścieżynka końska była już drogą, a na przełęczy zawiało ku mnie owczą wonią i psy podhalańskie gdzieś w dole zaszczekały. A potem znów na chwilę wielka, niebieska cisza, w której usłyszałem cieniutki pisk myszy, a za chwile jeszcze kilka pisków, jakby całej mysiej rodziny. To mnie jakoś, starego lisa, mysim piskiem wabiło i zwabiło. To tu wisiał na gałęzi ów niewidoczny karabinek i niby plecak nieznajomego. To tu rozmawialiśmy we trójkę (bo i duszek brał udział w rozmowie). „Pamiętasz? – spytało coś we mnie. – Oczywiście, że pamiętam, ale nie chcę do niczego wracać. Już po wojnie. Trzeba o wszystkim zapomnieć”.
Jak wiecie, niczego nie można zapomnieć. Toteż długo jeszcze korciła mnie ciekawość, jak było naprawdę z Nastką i jak potoczył się dalszy los człowieka, którego spotkałem na Przysłupie. Wypytywałem ludzi, ale iluż jest takich, co przeżyli? Cóż znaczy dzisiaj los jakiejś Nastki z Przysłupu i jej chłopca z Nasiczniańskiego Potoku, skoro tyle dokonało się na tej ziemi nieszczęść?
Jeden z tych, co ostali się w tej zawierusze, stary nauczyciel z Cisnej, Markiewicz, z którym wiele wieczorów przegadałem o Bieszczadach, słyszał coś niecoś i przytakiwał mi, gdym przytoczył najokrutniejszą wersję jej końca. O jej chłopaku niczego nie wiedział, choć w Nasiczniańskim Potoku – mówił – żył, jak mu się zdaje: jakiś Gębala, ale czy to ten właśnie?
A więc nie do końca wyjaśniły się losy nieszczęśnika z Przysłupia… Czy dotarł wówczas do celu, a może jeszcze dotąd idzie do swojej nie istniejącej gajówki? Ale czy można dojść do czegoś, co już przestało istnieć?
KONIEC


Odpowiedz z cytatem