Pokaż wyniki od 1 do 10 z 44

Wątek: Władysław Krygowski "Wspinaczka po tęczy" - fragmenty

Mieszany widok

  1. #1
    Bieszczadnik Awatar Anyczka20
    Na forum od
    12.2004
    Rodem z
    Sanok / Dublin
    Postów
    751

    Domyślnie Odp: Władysław Krygowski "Wspinaczka po tęczy" - fragmenty

    Jak to się stało, że siedziałem na kamieniu, który był resztką podmurówki i wysłuchiwałem wyznań nieznajomego człowieka – nie wiem. Nie tylko ja wysłuchiwałem, lecz wraz ze mną, duszek nieszczęsnego miejsca.
    Nie poznaję tych stron – myślałem – nie słychać dzwonów cerkwi w Caryńskiem, nie słychać też, jak pan Habicht z Wetliny z panem Ładyżyńskim z Górzanki i Hrabalem z Hoczwi polują na niedźwiedzia – mięsojada, zwabionego na padłego konia. Gdzie te czasy! Zimą wilki polowały na łanie, które krwawiąc znaczyły ślady swojej klęski. Do nas na Przysłup podkradał się cichy lis na przeszpiegi. Myszkował, myszkował – czy kury w kurniku i czy w sąsieku smykają piskające myszy. Ach, te myszy! Byli dawniej myśliwi, którzy umieli pisk ich tak naśladować, że zwabiali do siebie lisa – spryciarza, który za nimi przepada.
    Nie ma takich myśliwych ani lisów. Sprawiła to wojna i przeklęty czas zaraz po niej. Ani Polaków, ani Bojków, ani popów, ani chłopów, ani nie uświadczysz Żyda. Czasem na koniu żołnierz, czasem ktoś druty wojskowej łączności rozciąga, czasem strzelanina, to znów zwierzę natknie się na minę. Niby stara i zamokła, ale jara. Dzikie pola, dzikie góry. Tu nasi ustrzelą jakiegoś prowidnyka, to znów tamci dołapią milicjanta, skrępują kolczastym drutem i hulaj bradiago z góry w dolinę. Między Cisną a Tworylnem, między Smerekiem a Nasicznem, gdzieś w Suchych Rzekach – bezlitosne sotnie. Bunkry, zasadzki, zaminowane przejścia. Czeszą i czeszą tą zniszczoną ziemię drużyny, plutony, kompanie, dywizje. Węszą, wychwytują, zapędzają w słowackie dziedziny, a jak trzeba to i dalej. A oni odszczekują się i cofają. Straszny jest wróg i wszyscy dla wszystkich wrogami. Trzeba wroga zaszczuć, wygłodzić, wymęczyć, spalić i zabić. Okrutne wojenne prawo. Potem dokoła wielka głusza i pustkowie.
    Ciekaw jesteś co się stało z Nastką? – pytała we mnie wyobraźnia. – Opowiem Ci nie to, co opowiadali mi ludzie w Bereżkach i Stuposianach, nim ich upowcy zatłukli. Nie wiem, czy to nie czcza gadanina, bo prawdy nie dojdziesz. Na palcach jednej ręki policzysz tych ocalałych, ale oni siedzą gdzieś za Olsztynem czy Wrocławiem. Za daleko i za dawno.
    - Nastka – wspominał niczego nie zapominający duch tego miejsca – miała dziewiętnaście lat, a Maksym, jej brat, coś sześć lat starszy. Chłop to był czarny, dorodny i dziki – jak ona jasnowłosa, delikatna i łagodna. Polował już jako wyrostek na kuny, bo zwąchał, że to dobry interes kunie futro wyprawiać i sprzedawać w Baligrodzie. Kupowali je chętnie starzy Żydzi chasydzi, ci, co w szabas nosili błyszczące atłasowe chałaty i białe pończochy, a na głowie ozdobne czapki. Cóż by to była za czapka, gdyby nie była otoczona futrem kuny. A najpiękniejsze futro, gdy kuna gdzieś od Wetliny, od Nasicznego. Ach, cóż to za kuny śmigały dawniej! Były takie, co siedziały pod strzechami, na zagraconych stryszkach, zwinne i niewidoczne ani za dnia, ani w nocy. Były też kuny wędrowniczki, które potrafiły, skacząc z gałęzi na gałąź, z czubka drzewa na czubek, przewędrować od wioski do wioski, bo przyjemniej jest kraść w cudzej chałupie, niż objadać swoich. Jeszcze piękniejsze musiały być kuny, które dawali chłopy za dawnych czasów swemu panu, kiedy dziewczyna z jego włości wydawała się za chłopca ze wsi innego pana. Ile by to kunich futer poszło za taką Nastkę! Ale Nastki dziś nie ma, nie ma też Maksyma, pomarli wcześniej ich ojciec i matka. A któż to ten z cętkami na gębie? Mówi, że z Jaliny. Byłżeby to Tomek Gębala, syn gajowego, co to miał się ku Nastce?
    Tak sobie rozmyślał niewidzialny duszek na Przysłupu. On też wie wiele, dalej snuł swą opowieść: Nastki wcale nie uprowadził Maksym w lasy Chryszczatej – to tylko ludzie tak bajdurzą. Los był jeszcze gorszy. W ową noc wpadli mołojcy na Przysłup, spalili przysiółek na przestrogę, by Polakom nie sprzyjał, by Nastka nie chodziła z tym przeklętym z Jaliny. To oni wywlekli ją z chałupy, zdarli spódnicę i ilu ich było, użyło sobie na niej, a potem dobito na wpół żywą. Niech inne pamiętają. Wilki rozniosły Nastkę po derbach, bo były w zmowie z tamtymi.
    Nie wiem, jak długo trwała wspólna z moją wyobraźnią rozmowa. W opowiadaniu wydaję się długa, naprawdę były to sekundy. Powiało od Caryńskiego i zachwiały się trawy, ugięły gałęzie, ale drzewa stały nieruchomo, sczerniałe i osmolone od ognia.
    Nagle mój rozmówca zerwał się i rozglądnął dokoła.
    - Trzeba iść – mruknął. Któż by przypuszczał, że trawy przysłaniały wiszący na niskiej gałęzi karabinek i coś jakby plecak? Karabinek w typie wojskowym i niewojskowym, miał skróconą lufę. Gdy się zarzucało przez ramię plecak, nie był z odległości niemal widoczny. Zrobiło mi się znowu nieswojo.
    - Muszę mieć broń na nich – dodał, jakby się tłumacząc.
    Człowiek z bronią to już coś innego niż bez broni. Mimo woli spojrzałem, czy broń jest zabezpieczona, i równocześnie uświadomiłem sobie pewne zagrożenie. W tamtych czasach nawet zrywające się nagle stado kukułek niepokoiło, gdyż mogło to oznaczać, że ktoś się zbliża z przeciwnej strony. Ale przecie nic mi nie groziło. Nie opowiada się komuś swoich nieszczęść, aby go potem ograbić. Przeszły mnie jednak ciarki, czy aby to nie kłusownik albo przestępca. Bo rezuń chyba nie. Czułem, że gdy teraz odejdzie – a zbierał się szybko do drogi – będzie się gubił w domysłach, z kim wdałem się właściwie w rozmowę. Może to nie żaden Tomek Gębala, syn gajowego z Jaliny? Może naprawdę jakiś z poprzestawianymi klepkami w głowie? Co znaczyło to nieszczęsne „na nich”, skoro już ich nie ma. Są gdzieś w Monachium, może w Kanadzie lub gdzie indziej, ale tu ich nie ma. A poza tym, czy można wierzyć w zemstę po latach? Najsłodszą zemstę przygotowuje czas, który na zimno wszystko rozlicza. Przed wojną – pamiętam – opowiadał mi w Górzance pewien stary chłop, że czas zawsze na swoim postawi, a nie Symeon. Chodziło o to, że mu jakiś Symeon, zdaje się sąsiad, orząc zaorał pole, a to znaczyło więcej, niż gdyby staremu nogi poprzetrącał. Pomyślałem sobie, ze teraz nie ma także Symeona ani starego z Górzanki.
    - Weź, chłopie, kawałek słoniny, mnie już do Krakowa – rzekłem zbierając się w drogę.
    - Wam też potrzeba, a ja zawsze coś ustrzelę – zarzekał się, ale wziął. – Pachnie dobrze.
    I tak się pożegnaliśmy.
    Siedziałem jeszcze z dobrą godzinę, odszukując go wśród wysokich, dzikich łąk, które zarastały dolinę Caryńczyka. Postać gubiła mi się w zaroślach, to znowu pokazywała. Trudno było mi oderwać wzrok od niej i wolałem iść za nim, niż patrzeć ku Magurze, ku Jawornikom. Góry pewnie tu zostaną, a on wkrótce zniknie. I rzeczywiście za jakąś zapadliną wsiąknął w rozłogach i trawach. I znowu pustka. Po jakimś czasie spojrzałem na zegarek. Jeśli idzie dalej tak szybko, jak przedtem, to teraz podchodzi w lewo na siodełko, za którym już Jalina. Jeśli nawet szedł na nie, to zamykały się za nim trawy jak za wszelkim stworzeniem, człowiekiem, zwierzęciem.
    Przyszła mi wtedy z całą wyrazistością myśl, że tak jak trawy zamknęły się za nieznajomym nieszczęśnikiem, tak po tej straszliwej wojnie zamknęła się przeszłość nie tylko tego zakątka gór, lecz czegoś więcej – cała epoka z dziesiątkiem zasad, przekonań i obyczajów. Zirytowała mnie ta myśl, bo oznaczała, że tyle jest prawd, ile epok, a człowiekowi marzy się – na podobieństwo Boga – zawsze tylko jedna. Więc podniosłem się i rozglądnąłem wokoło, aby nigdy nie zapomnieć tego miejsca na świecie. Zacząłem szybko schodzić na wschód do strumienia w olszynach i ścieżynką za śladami kopyt końskich dotarłem do drogi w Bereżkach. Przeszedłem na prawy brzeg Wołosatego, rozbiłem namiot nad czystym potokiem pod różowym niebem późnego popołudnia.
    Tyle było później przeżyć w górach i wydarzeń na świecie, że mógłbym zapomnieć o spotkaniu na Przysłupie, a jednak nie zapomniałem .Wiele wody upłynęło w Wołosatem i już nie była tak czysta. Przez Bereżki sunęły śpiewające autobusy i flaszki leżały w rowach. Już nie rozbijałem namiotu pod Widełkami. Coś mnie jednak pewnego razu skusiło, aby podejść ku Przysłupowi i popatrzeć stamtąd na świat.
    Ścieżynka końska była już drogą, a na przełęczy zawiało ku mnie owczą wonią i psy podhalańskie gdzieś w dole zaszczekały. A potem znów na chwilę wielka, niebieska cisza, w której usłyszałem cieniutki pisk myszy, a za chwile jeszcze kilka pisków, jakby całej mysiej rodziny. To mnie jakoś, starego lisa, mysim piskiem wabiło i zwabiło. To tu wisiał na gałęzi ów niewidoczny karabinek i niby plecak nieznajomego. To tu rozmawialiśmy we trójkę (bo i duszek brał udział w rozmowie). „Pamiętasz? – spytało coś we mnie. – Oczywiście, że pamiętam, ale nie chcę do niczego wracać. Już po wojnie. Trzeba o wszystkim zapomnieć”.
    Jak wiecie, niczego nie można zapomnieć. Toteż długo jeszcze korciła mnie ciekawość, jak było naprawdę z Nastką i jak potoczył się dalszy los człowieka, którego spotkałem na Przysłupie. Wypytywałem ludzi, ale iluż jest takich, co przeżyli? Cóż znaczy dzisiaj los jakiejś Nastki z Przysłupu i jej chłopca z Nasiczniańskiego Potoku, skoro tyle dokonało się na tej ziemi nieszczęść?
    Jeden z tych, co ostali się w tej zawierusze, stary nauczyciel z Cisnej, Markiewicz, z którym wiele wieczorów przegadałem o Bieszczadach, słyszał coś niecoś i przytakiwał mi, gdym przytoczył najokrutniejszą wersję jej końca. O jej chłopaku niczego nie wiedział, choć w Nasiczniańskim Potoku – mówił – żył, jak mu się zdaje: jakiś Gębala, ale czy to ten właśnie?
    A więc nie do końca wyjaśniły się losy nieszczęśnika z Przysłupia… Czy dotarł wówczas do celu, a może jeszcze dotąd idzie do swojej nie istniejącej gajówki? Ale czy można dojść do czegoś, co już przestało istnieć?

    KONIEC
    "Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech i pamiętaj,
    Jaki spokój można znaleźć w ciszy.
    Unikaj głośnych i napastliwych, są udręką ducha ..."

    www.anyczka20.fotosik.pl
    www.youtube.com/Anyczka24

  2. #2
    Bieszczadnik Awatar dziabka1
    Na forum od
    09.2002
    Rodem z
    warszawa
    Postów
    879

    Domyślnie Odp: Władysław Krygowski "Wspinaczka po tęczy" - fragmenty

    To wklejam następne opowiadanie, z tomu "Góry i doliny po mojemu":

    Władysław Krygowski:
    Twoje Bieszczady.

    Postanowił, że dotrze tu piechotą, nie z walizką, jak przystało inżynierowi, lecz z plecakiem. Byłby doprawdy śmieszne przyjeżdżać z walizką, gdy niedawno chodził tu z plecakiem z całym swym dobytkiem.
    I teraz niósł w nim sporo, ale dopiero w głębi gór stwierdził, że ciążyły mu najbardziej dziesiątki wspomnień. Były to wspomnienia z czasu, gdy w tym kącie świata jeszcze trwała wojna, także z lat późniejszych, gdy już wygasła, lecz zmieniła te ziemię w pustkę i krainę zieleni wchłaniającej resztki ludzkiego śladu.
    Niósł w plecaku brzemię wspomnień złych i dobrych, okrutnych i szczęśliwych. Jedne rechotały kulami automatów i osmalały dymem palących się chałup, inne koiły ciszą i otwierały bajeczne raje południowej wegetacji, przyrody niezależnej od człowieka.
    Chodził po wojnie po Bieszczadach z bliską mu kobietą. Już nie był żołnierzem, wędrował bez potrzeby i przymusu, ocalony od śmierci, upojony wzruszeniem, znowu wierzący w człowieka. Teraz, po trzech latach od tamtych wędrówek, powracał na tę ziemię sam, ale na samotnej drodze osaczały go zewsząd wspomnienia, a wiec nie odczuwał samotności. Zdawało mu się, ze idąc ta samą drogą, co wtedy, z bliską mu kobieta, rozmawia z nią poprzez delikatną tkaninę czasu, choć była to właściwie rozmowa z samym sobą, z wątkami zapamiętanych zdań. Mieszały się w niej różne warstwy czasu pochodzące z dzisiaj, wczoraj i przedwczoraj, przenikały się wzajemnie, tworząc chaotyczne krajobrazy wzruszeń. Bronił się przed wspomnieniami i równocześnie tęsknił za nimi. Dziwne jest tworzywo, z którego ulepiono człowieka. Czasem rozkleja się ono, czasem kamienieje.
    Wieczór schodził już cieniami po stokach, wsiąkał fioletową omżą w parowy Tworylnego, Stołów i Żołobiny. Tylko nas Sanem złoto było jeszcze i różowo w prószacej mgle, jak to zwykle bywa w pogodny wieczór nad rzeką. Z daleka słychać było jakieś głosy, niby śpiewki, niby wykrzykiwania, rozchwytywane przez jednostajny szum wody, turkotały i wyły ciężarówki, jednostajnie turkotało coś za lesistym ramieniem. „Doszli z drogą już tutaj” – pomyślał i uzmysłowił sobie, że jutro o tej porze będzie już po pierwszym dniu roboczym, ciągnęło go do tego mostu i od dawna telefonowano po niego w Sudety, gdzie również jego most kończył się pośpiesznie. Ale tutaj ciągnęło go coś więcej, po prostu powracał na te ziemie.
    W leszczynie zakwiliło coś jakby pisklę, ale skądże o tej porze pisklę? Gdzieś z dołu słychać znowu turkot, który zbliża się, rośnie, przycicha, jakby skręcał w ciszę. Drogi stąd nie widać, ale ten turkot rysuje wstęgę nowej drogi w dolinie. Turkot wije się między wzgórzami, wśród zakrętów pod zboczami, przez pustki i łozami zarośnięte kamieńce.
    - Stamtąd dostaliśmy ogień. – to był podobny turkot , tylko szybszy. To się pamięta bardziej niż to, że się już o tym komuś w tym samym miejscu przed trzema laty opowiadało. Już niedaleko za tymi leszczynami. Na zachodzie, gdzie niebo matowieje jak wyblakła cerkiewna ikona, gdzieś pod Toustą, nagle widać, niewidoczną jeszcze przed chwilą, migotliwą Wenus.
    Przystań czasie – nie spiesz się!
    Ścieżka nie jest wydeptana – pomyślał – przedzierając się przez gęstwę leszczyn nad strumieniem. Jeszcze parę kroków – próg. Tu było wtedy bardzo ślisko. Już widać kładkę, jeszcze nie widać domu – o, już widać – Z komina nie unosi się dym, a więc pewnie tak samo pusto, jak przed trzema laty.
    Staje na kładce, grubej i mocnej, pół metra nad strumykiem, belka ma wyraźne słoje, wyszlifowane przez nogi ludzi, którzy tu chodzili. Bardzo to śmieszne, ale przypomina sobie dobrze, tu na brzegu sęk, prawie czarny, który wówczas wydal mu się dużym żukiem. Belka nie ugina się dzisiaj, uginała się wówczas, gdyż obciążały ja dwa ciężary. W parowie jest tu cisza ciepła i wilgotna. Tam zresztą, w dole przestali już pewnie pracować. Nie zatrzyma się, aby spojrzeć na wodę. Tu był mały basenik, w którym uwijały się jakieś żyjątka. Nie wolno być niewolnikiem pamięci, nie wolno być niczyim niewolnikiem. Kładkę podtrzymują dwa płaskie, duże głazy. Tu postawi nogę, po cóż skakać z ciężkim plecakiem, musi się oszczędzać. Rzeczywiście nie było tu chyba nikogo od tego czasu. Wysokie trawy i baldaszki zagradzają drogę, tak samo jak wtedy. Przyroda zabliźnia ślad człowieka szybciej, niż myślisz, szybciej niż człowiek zapomina człowieka. Więc nie ufaj temu, może to i złudzenie. Może wewnątrz znajdziesz takiego, jak ty, samotnika. Wyobrażasz sobie, jakie by to było spotkanie twoje z nim. Nie myśl o tym. Już skręć w lewo, to jest przecie wejście, pięć schodków, przez które prześwitują zielska, pierwszy stopień już na poziomie ziemi. Ni chwytaj poręczy, może być zbutwiała. Idź ostrożnie, stopnie mogą być tez już słabe. A wiec jest już koło ściany tego domu sprzed trzech lat, kiedy to przybyli tu znużeni, och, jakże znużeni. Była wtedy jesień, dzień upalny i wyczerpujący, pełen woni opadłych liści i dosłownie zapachu ziemi. Plecaki ciążyły, drugi dzień wędrówki, przygniatały do ziemi od Wołkowyi do Rajskiego i przytłaczały dokuczliwie na Otrycie, który był najdłuższą górą świata. Przypomina sobie parny, duszny stok nad Sanem, gdzie serce podchodziło do gardła, a pot zalewał oczy. W dole szumiał San i drażnił smakiem wody wyschnięty język. O jakże smakowałyby nam wtedy śliwki, które zjedliśmy parę godzin przedtem na mostku koło Sawkowczyka, aby zmniejszyć plecaki o jakiś kilogram. Nie ma soczystych śliw, ale mamy przecie pomidory. Ich miąższ spływa zimną strugą do żołądka, lecz pragnienie, to nienasycone zwierzątko, jest niezaspokojone. Powietrze stoi nieruchomo, przeźroczysta ciepła para, która skrapla się na twarzy. Długa była to droga przez pasmo Otrytu, gnębiła przy tym troska, gdzie w tej pustce zanocujemy. Jelenie ryczały rozdzierająco, był przecie wrzesień. Tupot szedł brzegami lasu i podwajał się odgłosami w parowach. Napełniający lękiem raj, biblia lasu, dwoje ludzi pośród puszczy i zwierząt. Bieszczady, których nigdy nie zobaczą chodzący po nich dzisiaj. Dziś przecie, gdy szedł, rąbano las, zbierano jagody, gdzieś w dole szczekały psy, a on wtedy myślał z niepokojem, w którym to miejscu trzeba zejść na dół do Sanu, bo może tam, w Sękowcu, znajdzie się jakiś dach nad głową. Dziś wiedział na pewno, że to za tamtą polaną, za wysokimi jodłami, wśród gęstych rozłożystych paproci trzeba zacząć schodzić w dół do potoku, ale wówczas czerwone jesienne słońce zniżało się ku Wysokiemu Berdu. Trudno było powierzyć się nikłemu śladowi starej, zarośniętej leszczynami drożyny.
    - Stamtąd dostaliśmy ogień – tam na lewo od tego krzaczka.
    Niepotrzebnie opowiadał jej poprzedniego wieczoru, jak to nad Ropkami na przełączce pod Białą Skałą UP – owcy wycięli w pień pluton wojska. Wszędzie tu w górach straszy – powiedział – jedno wielkie cmentarzysko i różne rzeczy mówi się niepotrzebnie, a potem kiełkuje strachem z każdego cienia, złamanej gałązki, krzyku sowy. To nie on pierwszy zobaczył, tylko ona, że po drugiej stronie potoku jest jakaś chałupa. Jak ją dostrzegła przez taką gęstwinę wierzb, kiedy naprawdę nic nie było widać, nawet śladu ścieżynki, która by tam prowadziła? Owszem, na wprost, w rozwarciu doliny ukazywały się w dole wysokie brzegi i płynął tam pewnie San, ale śladu życia ludzkiego nie było. W dali szarzały grzbiety, na południu, zanurzone w oparach późnego popołudnia jesieni. W trawie leżał zardzewiały hełm, w ziemi błyskał niebieski czerep garnka. Byli tu kiedyś ludzie. Na lewo bulgotała woda, zasłonięta trawami. Zastój ciszy, zieloność niepohamowana, wyziewy lasu, trochę lęk, że się jest tak zupełnie zagubionym, sprawiły wówczas, że nie był nawet niespodzianką kawałek dachu, który sczerniałą słomą ukazał się za zaroślami.
    Trzeba tę kołatkę, tak samo jak wtedy, przekręcić w lewo. Popatrz, jakie to zmyślne. To klamka, którą otwierało się noc pod dachem, trzy lata temu w Bieszczadach, we wsi nazwanej kiedyś Sękowcem. Naciśnij teraz czworokątne drzwi. Skrzypnie stara, wyschnięta płyta tak samo jak wówczas. Czy były wtedy nad drzwiami jakieś wysuszone zioła? Nie wszystko się zapamiętało. Ale drzwi pamięta się dobrze. Ślad malowidła wapnem, jakieś słońca, kwiaty i księżyce. Magia duchów, których zadaniem jest strzec progu tego domu. I nie ma gwoździa, tylko drewniane kołki – zarazem ozdoba drzwi. I ten skrzyp drzewa, równocześnie trochę niepokoi ciekawość, co będzie wewnątrz. A potem chłód piwniczny, taki sam jak wtedy. Czy rzeczywiście nie było tu nikogo od tamtej jesieni, gdyśmy tu byli? Zimno i ciemno, i wieje, jak gdyby przeciąg. W sieni po prawej stronie kawałek żelaza, ten sam, którym podpieraliśmy drzwi na noc. O, właśnie te na lewo. Drzwi te nie chciały się zamknąć, otwierały się same i teraz także są otwarte. To nasza izba. Tam w kącie drewniane łoże, wąskie twarde ławy, a tu pod ścianą nisza, która służyła za stół i kuchnię. Teraz zrzuć co prędzej plecak. Nie jest tak ciężki, jak dawniej, jeszcze parę lat temu nie ciągnął tak do ziemi, jak obecnie. Czego nie staje dziś w plecaku, noszą plecy. Zapal szybko prymus, pić, pić i jeść. Nic tak nie smakuje w górach, jak mocna herbata. Gorzka, cierpka jak wspomnienie. Lubił zawsze jakiś ład, więc wyciąga z plecaka wszystko, co potrzebne. Jest ława, tu rozłoży się całe gospodarstwo.
    Ostatnio edytowane przez dziabka1 ; 07-07-2007 o 20:15

  3. #3
    Bieszczadnik Awatar dziabka1
    Na forum od
    09.2002
    Rodem z
    warszawa
    Postów
    879

    Domyślnie Odp: Władysław Krygowski "Wspinaczka po tęczy" - fragmenty

    Aluminiowe, pogniecione pudło, prawdziwy sekretarzyk górskich wędrówek. Tu puszki, tam woreczki zawierające ważne drobiazgi. Tu chleb, masło z daleka do ciepła, którym bucha prymus. Już wypełnił szumem izbę, a jego niebieski płomień – rzecz dziwna – przybliżył jakby zmierzch. – Przygotuj świecę. Wtedy – pamiętasz – postawiłeś ją tutaj, lecz potem przeniosłeś, gdyż płomień chwiał się od powiewu drzwi. Przypominasz sobie, jak dziewczyna wzięła ja wtedy w lewą rękę, a prawą dłonią, różową od światła, ochraniała, gdy niosła. Zanim woda zagotuje się, dobrze będzie zapalić papierosa. Wychodzi i siada na najwyższym schodku. Za chwilę słońce skryje się za połogie wzgórza, jest już słabe, jesienne i nie razi oczu. Zatula się mgiełką zarys Połoniny Wetlińskiej i Smereku. Niby je widać, lecz przypominają jakąś mglistą dekorację, wypaczony obraz, bez przestrzennej perspektywy, jakieś skróty przestrzeni, głębie dolin, które żłobią ten masyw górski ku północy do Sanu.
    Refleksja: że nie ma prawdziwego obrazu gór, że pozornie stały ich kształt zmienia się pod wpływem byle jakiej przyczyny, oświetlenia, cienia, chmury, pór roku, nastroju człowieka. Przypomina sobie, że w tym miejscu, o – tu na prawo od tego drzewa – wisiał wówczas prawie czerwony księżyc. To opary znad Sanu nadawały mu niesamowity wygląd. Przez mgły nie świecił, lecz niepokoił swym olbrzymim kształtem, obrzmiałym i nieprzyjemnym. To upał, który czynił ten wieczór dusznym, wisiał ciężko w powietrzu. A teraz na schodach tej chałupinki dwa szumy łączą się w jeden: z lewej, z izby, dolatuje równy, jednostajny szum prymusa, a z prawej, bardziej niespokojny – potoku. Czasem rozdzielają się, czasem tworzą jeden głos monotonii, zależnie od położenia głowy. Jest już siódma wieczorem i słońce zaszło za góry. Widać już dobrze niebieski dym papierosa na ciemnym stoku. Powiała od wody chłodna rzeźwość i pod strzechą kręcą się jakiś muszki. Lubi takie wieczory w górach, pełne smutku jesieni, samotności i skupienia. Ale dzisiejszy wieczór jest szczególny. Bardziej niż kiedykolwiek czuje się pustkowie Bieszczadów, zagubienie, bezczasową samotność. Wtedy tez było podobnie, dlatego zaczął opowiadać o wsiach, które tu były niedawno, o ludziach i ich życiu. Może natchnęła go do tego ta wieczorna chwila tak skłaniająca do zwierzeń. A może nastrój ciężkiego księżyca, niebo i ziemia poddające się osamotnieniu i lękowi.
    - Byłeś tu przed wojną? – słyszy głos dziewczyny koło siebie i swoją odpowiedź. Nie, tu nie był, lecz okolice zna i pamięta. Ludzi znał stąd wielu, nocował nieraz w Ustrzykach, Cisnej – tam właśnie, gdzie – pamiętasz – pokazywał szczątki podmurówki, umiał mówić mową tych ludzi, znał czary i pieśni, jadł jabłka z ich sadów. Trudno uwierzyć, ze to było naprawdę, a przecie było. Bo skądże miałby zapamiętać Prokopa, z którym chodził po Beskidzkie, błądząc w kniei wśród zbutwiałych trupów drzew, nocą, wpatrzony w zielonawy połysk zostający pod butami Prokopa.
    - Myślisz, ze wiem to z książek? – Od ludzi z Berehów, Wetliny i Caryńskiego, którzy kosili carynki na połoninach, pasali woły na Bukowskim Grzbiecie; gdy szła burza, żegnali się i bili w dzwonnicach w dzwony, alby odgonić złe od sioła, na wiosnę malowali chaty w kwiaty i kwadraty. Każda okolica inaczej bieda wyzierała z ich oczu, bo skąd płonna ziemia lasów i kamienisk pod owsiskami mogła ich wykarmić. Z toporem w lesie w czas groźnej zimy, roztopliwą wiosną, w siąpiącą jesień po beskidach i debrach, po jarach i berdach – całe życie. Całe życie – pomyśl – tu w lesie i nigdzie, tylko tu. Do Lutowisk na targ daleko, a Sanok to zaświat. Tam się idzie chyba po śmierć, ale i to nieprawda, bo jeśliś się rodził w Bukowcu, będziesz leżał w Bukowcu, jeśli w Wołosatem – to nad Wołosatką. Gdzie to leżą ci z Moczarnego, które czerń Tatarów zniosła przed wiekami, albo ci z Mucznego. Nie możesz pojąć, jak mogły znikać całe wsie niemal bez reszty. Taki przecie los wielu wsi sanockiej ziemi. Świat jest cmentarzem, zadeptanym przez żywych, którzy jutro nie będą żyli. Jak długo jeszcze będziemy chodzić po górach?
    Przypomina sobie ciemne przeloty gacków, które, wierne dawnym osiedlom, stale tu krążyły bezgłośnymi zygzakami. Czemu się to wszystko pamięta? Zapal jeszcze jednego papierosa. Gorzki, piekący smak na końcu języka, za chwilę cierpkość herbaty, błogi spokój. To nic, ze zmęczenie, jakieś ciepło idzie od środka, ciepło wspomnienia, ale już bez tej bliskości, która czyni wszystko żywe.
    - Mów dalej, lubię słuchać, jak opowiadasz. Jutro pokażesz mi wszystko, co tu widać, a teraz opowiadaj. – Ale ty nie opowiadałeś wtedy.
    - Najpierw urządzimy się – Popatrz, jaka śmieszna półeczka, jeszcze jakaś łyżka drewniana – to, co zostało z ich gospodarstwa. I zaczęli zaglądać we wszystkie kąty izby, pod lawy i za piec, i za drzwi zamknięte kołkiem. Była za nimi jeszcze jedna izba, ciemna i ponura. I tu między dwoma oknami, w które zaglądały dzikie bzy, w narożniku, szeroka ława załamywała się w dwie strony. Gdy oczy przyzwyczaiły się do zielonego mroku, zobaczyły duży stół z grubego drzewa, ciężki i przysadzisty. Zdawał się wrastać w izbę jak grzyb pośrodku podłogi. Zdawał się nie być sprzętem, lecz częścią konstrukcji. Nagle dziewczyna zawołała:

  4. #4
    Bieszczadnik Awatar dziabka1
    Na forum od
    09.2002
    Rodem z
    warszawa
    Postów
    879

    Domyślnie Odp: Władysław Krygowski "Wspinaczka po tęczy" - fragmenty

    - Popatrz, co to takiego? – i dopiero wtedy zobaczył uwieszoną u powały, jakoś krzywo, maleńką kołyskę. Trzymała się na jednym sznurze, stąd jej krzywe położenie – drugi był zerwany. Na klepisku poniewierały się w słomie odłamki szkła – może rozbitych szyb. Chybotała pajęczyna w oknie. Pomimo ogołocenia i pustki nie czuło się zniszczenia. Piec szeroki i cały z gliny zdawał się być opuszczony, lecz nie ziejący grozą, tylko nad czarnym paleniskiem, zwieszający się okap miał wyszarpana wyrwę. Właśnie to, że cały dom i wnętrze nie miało zniszczonego wyglądu i tylko przemawiało pustką, wywierało wrażenie dojmującego smutku. Kolebka dziecięca, pozostawiona w izbie, cała i nie rozbita, na przekór opuszczeniu, była znakiem czy początkiem życia. Pomyśl o ludziach, którzy tu byli. Tu siadywali dookoła wielkiej miski, zanurzali drewniane łyżki, jedli w milczeniu. Tam wisiała – o widzisz, jeszcze jest kołek w ścianie – lampa naftowa, ćmiąca mdłym, czerwonawym światłem. Dawniej, dawniej, u ich dziadów paliło się łuczywo lub zalegała o tej porze ciemność. Żegnali się po trzykroć od złych duchów i błogosławili jadło. Sobaki szczekały wieczorem, a potem cichło wszystko. Jeszcze zaskrzypiał żuraw u studni, ktoś spóźniony szedł z wiadrem po wodę, zarechotał łańcuch, a potem zalegała cisza nocna. Przez puszyste drzewa, takie, jak tam widać, stąpało światło gwiazd, jeśli nie było księżyca. Bieszczady okrywały się nocą i zasypiały. Wtedy przychodziły do głosu liście najbliższych drzew, szmer źródeł i pociągły szum lasu. Tam działy się już nocne sprawy, olbrzymie puchacze pohukiwały, nie bojąc się ani jasnych nocy letnich, ni trzaskających od mrozu nocy grudniowych. Okrągłogłowe puszczyki straszyły nocą w lesie i w zapadliskach, a do okien dobijała się zwabiona nikłym światłem płaczliwa pójdźka. Jesienią widać było ogniska pod lasami, ku którym od dołu podchodzą owsy i kartoflane zagony. To zapalali je ludziska, sami ukryci na noc w drewnianych budach, aby odpędzać najazdy dzików, chciwych żeru i zgłodniałych czegoś smaczniejszego niż bukiew. Drażniły je kapusta, ziemniaki i inne przysmaki. Starzy ludzie opowiadali, że napadały w czas zimy na wsie, orząc kłami kopce ziemniaków. Ci, co znali Bieszczady na przełomie ubiegłego wieku, pamiętają we wsiach magiczne kukły, które miały odstraszać dziki swym wyglądem. Żywa była tutaj magia pierwotna w zaułkach górskiego żywota, ale widać nie wystarczała, żeby odpędzić złe, skoro dopiero widły, drągi i motyki działały na napastników.
    A gdy przyszła wiosna i lato, życie przenosiło się wyżej, nad lasy, na łąki połonin. Na pół dziko pasły się tam rudożółte woły i byki, odważne i nie znające lęku nawet wobec wilka. Ciężko kołysały się w wysokich trawach czarnule, żółtoczerwonawe barnole, ceglaste kaliny i rudożółte chorule, i biało-czarne boczule. To nie to samo widzieć te czerwone, w różnych maściach stada na Połoninie Bukowskiej, co widzieć je na szumnych targach w Lutowiskach lub Baligrodzie.
    - Mów dalej, widziałeś? – Tak, i żywo tkwi mu w pamięci, jak szedł kiedyś przed wojną grzbietowym płajem ku Siankom, w mlecznym zaduchu rozgrzanego bydła. Niektóre woły podnosiły głowę, inne obojętnie żuły trawę, zapatrzone w upalne widnokręgi. W skleconych z gałęzi i nie wiadomo czego chyżach chowali się przed burzą czarnoocy pasterze – obraz żywce wzięty z tych czasów, gdy za stadami owiec szli tędy wołoscy cziobani, przedarłszy się z połoniny przesmykami wśród ciężkich lasów. Ich tropami teraz chodzimy.
    Cierpki zapach herbaty – cudowne zioło wieczoru po zmęczeniu – zbudził tyle wspomnień. Dopiero teraz czuje, że dziś szedł sporo z niemałym plecakiem. Wnętrze jego leży teraz rozłożone na ławie. Chleb na pokrywie pudła, w którym nosi drobiazgi i przysmaki, woreczek cukru misternie zawiązany sznurkiem, tam pękate konserwy, pod mapami pysznią się dwie czekolady, pachnie wianuszek kiełbasy. W kramie, który leży w ładzie i nieładzie, jest też kawa, rywalka herbaty. Jak chaos smaków, to chaos: więc kawał słoniny, sery, musztarda, sól, mydło, makaron i dwa ogórki, zakupione wczoraj w Baligrodzie.
    Przyszłaś i ty, niemądra ćmo, zwabiona światełkiem świecy. Spałabyś snem nocy, bo do gwiazdy daleko, obudziłem cię swym przyjściem, jakże cię teraz ocalić?
    Z dna plecaka wychodzi teraz śpiwór, ten sam, co zawsze, co wtedy i co jutro. Będzie twardo, ale ciepło. Noc będzie ciepła, nie ma wiatru. O, jak dobrze mieć dach. Czy już zgasić świecę – nie, jeszcze trzeba położyć, o tu, w tym miejscu, latarkę. Nie zamknę się na noc? Zamknę. A więc już się stało, jest sam wewnątrz bieszczadzkiej nocy i czeka na sen. Może znowu przyjdzie ta malutka myszka, którą wtedy przychwycił nad chlebem na aluminiowym pudle snop latarki. Niech przyjdzie, niech pokaże te czarne oczka, jak główki szpileczki, niech zacznie skrobać wśród papierów. To nie ona bała się wtedy, to ty bałaś się. Ona skulona w szary kłębuszek (mysz na pudle), zahipnotyzowana światłem, patrzyła wystraszonymi szpileczkami. Pamiętasz, zgasiłeś latarkę na chwilę i znów ja zaświeciłeś, przez ten czas nie uciekła, lecz trwała w tym samym ruchu i miejscu – kulka strachu. – Niech je – powiedziałaś – zostaw ją.
    A więc ten sam śpiwór zapięty pod szyję i oczy przyzwyczajone już do ciemności. Jest w niej malutki kwadracik okna nieco jaśniejszy, lecz tylko prawie dostrzegalny. Cóż to, dziura w dachu? Nie, to iskrząca się gwiazda. Należy jeszcze do jawy i rzeczywistości, gdyż do snu, prawdziwego snu, należy już ptak z ognia, który siada w nogach ławy, cały ze złotego ognia, i siadłszy, z wolna blednie, traci blask i staje się niewidoczny. Sen jest tak wyraźny, ze we śnie wyciąga do niego rękę, obszukuje miejsce, gdzie ptak siadł, lecz nic nie znajduje.

    Świt, który nadchodzi, nie ma nic wspólnego z tym wszystkim. Sprawy człowieka śpiącego w chałupie są mu zupełnie obojętne. Zaczyna się zwyczajny dzień. Budzą się pierwsze ptaki w otryckich gąszczach, wyfruwają z dziupli spróchniałych drzew. Na wschodzie złota Wenus zachodzi.
    Trzeba na tej ziemi zaorywać groby i wspomnienia, inaczej wszystko to nie miałoby sensu. Plecak na plecy. Nie zatrzymuj się, czasie.

    KONIEC
    Ostatnio edytowane przez dziabka1 ; 07-07-2007 o 20:20

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. T. Studziński " Kurniawa w Karpatach " - fragmenty
    Przez sir Bazyl w dziale Wschodni Łuk Karpat
    Odpowiedzi: 23
    Ostatni post / autor: 04-12-2017, 00:09
  2. Pepera Władysław "Wśród lasów i zwierząt Bieszczad"
    Przez batmanek w dziale Bibliografia Bieszczadów
    Odpowiedzi: 5
    Ostatni post / autor: 30-10-2016, 22:46
  3. [Dwernik] "U Lestka" - czy warto tam wracac?
    Przez pawlem w dziale Zakwaterowanie i usługi
    Odpowiedzi: 27
    Ostatni post / autor: 10-09-2013, 21:29
  4. Odpowiedzi: 6
    Ostatni post / autor: 24-02-2012, 21:00
  5. [Wetlina] Baza namiotowa w Wetlinie "za torami" - czy działa?
    Przez Czeczotka w dziale Zakwaterowanie i usługi
    Odpowiedzi: 0
    Ostatni post / autor: 04-07-2009, 16:53

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •