Dorotko, a jakże, ja też pamiętam dobrze ten "rynek producenta" w PRL. W 1986 r. we wrześniu, pierwszy raz w życiu, byłem w Bieszczadach. Zatrzymaliśmy się z żoną w Polańczyku i stamtąd robiliśmy podjazdy samochodem (bo maluch to też samochód) do miejsc, z których wyruszaliśmy na piesze wycieczki. Któregoś dnia rzuciło nas do Ustrzyk Grn., ponad godzinę jazdy z Polańczyka (to ważne). Trochę się tam szwendaliśmy, było już raczej po sezonie (pierwszy tydzień września). Poczuliśmy głód, a więc skierowaliśmy kroki do obskurnej budy z napisem "Wielkie Żarcie". Była tam ostatnia porcja kurczaka z rożna (na owe czasy rarytas) i ... kaszanka. Żonie oczywiście kupiłem tego kurczaka, a sobie kaszankę (nic innego nie było). Herbaty do popicia też nie było, wypiliśmy jakiś kolorową oranżadę, absolutnie niekomplementarną względem kaszanki. Kaszanka pamiętała chyba jeszcze szczyt letniego sezonu, w każdym razie długo na mnie tam czekała. Objawy zatrucia zaczęły się już po ok. godzinie - ból brzucha i coraz to większa temoeratura (czułem to bez termometru). Dr Dooshevoy już na pewno wie, jak uczenie nazwać przyczynę owej dolegliwości (a ja do dziś nie mam pojęcia, bo nie poszedłem do lekarza). Szybko wsiedliśmy do samochodu i udaliśmy się w drogę powrotną do Polańczyka, póki jeszcze byłem w stanie prowadzić auto (żona do tej pory nie ma prawa jazdy). Boleści, ponad 39 st. gorączki (dreszcze), a tu serpentyny za Czarną. Wreszcie dojechaliśmy. Gorąca herbata i do łóżka (w pozycji skulonej). Boleści ustąpiły po kilku godzinach. Za dwa dni wysypało mnie jakimiś krostami na brzuchu i klatce piersiowej.
Za tydzień pojechaliśmy do Ustrzyk Grn. ponownie, w liczniejszym składzie i z karną ekspedycją. Żądza zemsty przysłaniała mi oczy, ale jej (żądzy zemsty) nie zaspokoiłem Buda była zamknięta.


Odpowiedz z cytatem