Za mych czasów szkolnych to się zdarzyło w 1972 roku jak pierwszy raz do Łez Padołu przyjechałem.Czasy to były takie, że jak się do sklepu po chlebuś przychodziło to zdarzało się często dwie kolejki zastać. W jednej niedużej, stało kilku miejscowych, a w drugiej znacznie większej ludkowie co po górach chadzać chcieli.Pierwsi kupowali chlebek w ilościach potrzebnych aby do nastepnej dostawy starczyło, a drugim to co zostało.Bywało że nie raz brakło.Rozłożyliśmy się z namiotami w Berehach Górnych, na stoku, po prawej stronie w dole mając potok i drogę do Nasicznego.W pobliżu były ruiny po domu jakimś z którego piwnica tylko pozostała, a dziś śladu nawet po niej znaleźć nie mogłem.Było tam palenisko zrobione i jedzonko tam sprawialiśmy przez dni kilka.Zapasy się skończyły, słońce grzeje jak nie wiem co, do sklepu daleko, a nam się jeść chce.Leżymy i marzymy o różnych frykasach patrząc w niebo, jakby miało to w czymś pomóc.Przetrząsneliśmy wszystkie plecaki i ...jest !! Dobre pół chlebka i jedna puszka śledzi w sosie pomidorowym na kilka osób.Podzieliliśmy to sprawiedliwie, każdemu równo. Kochani jak te półtora kawałka chleba ze śledziem w pomidorach smakowało!!!!! Została jeszcze tzw "przylepka" małych rozmiarów i puszka z pozostałościami po sosie. Dla wszystkich nie wystarczy, więc postanowiliśmy zagrać w "zapalki" i kto wyciągnie najkrótszą, tego cała reszta. Puszka była tak czysta, że można się było w niej przegłądać, a jaka byla radość dla podniebienia, hmmmmmm.
Barszczyku , pozwolisz, że Cię zacytuję:
....Eeech, takie opowieści, jakie czasy (((
marekm