Z opinaczami mam nie miłe wspomnienia , więc użytkowałem je tylko dwa lata z musu. Kiedyś po górach chodziłem w zwykłych trampkach i tzw. welurach i jedne i drugie były wygodne, ale podstawowa wada to przemakanie. Trampki za to szybko się suszyły, ale trzeba było uważać, żeby część gumowa się nie zajęła . Zimą używałem zwykłych traperów, a do tego dwie skarpety, a między nie, często gazeta (najlepiej zatrzymuje ciepło i to nie tylko na nogach). Gazeta świetnie chroni od wiatru, więc wysoko na połoninach jest nie zastąpiona pod kurtką. Fakt jak to się wszystko ściąga to lekki śmietnik się wysypuje i ludziska jak to widzą to gapią się jak na jakiegoś lumpa, ale często to kiedyś stosowałem. Delux pisze o metodzie olejowo-tłuszczowej, ale to zabezpieczało akurat te trapery, ale na pewien czas. Wędrówka od rana do wieczora robiła swoje i tak po niej były mokre. Może od nowości nie były dobrze zabezpieczone, ale tego nie wiem bo jako nowe użytkował je mój brat. Teraz chodzę w kaloszach Tretorn Setter Nordic. Są wykonane z kauczuku i posiadają podszewkę z neoprenu. Cokolwiek by to nie znaczyło są bardzo wygodne, miękkie, wysokie, nie przemakają, nie ślizgają się. Jedynym minusem jest wysoka cena, ale naprawdę warto. Posiadam je jakieś pięć lat i nie mają oznak zniszczenia. Na zimę wkładam tylko grubszą skarpetę i nic więcej. Użytkowałem je nie raz w poniżej minus 20 stopni i było ok. Latem też je zabieram i dają radę. Kiedy wiem, że będzie sucho to idę w Meindlach Bozen do kostki (trochę lepiej oddychają od kaloszy). Testowałem inne trekkingowe powyżej kostki Meindle i Chiruci, ale dla mnie były za twarde, za sztywne, bez czucia, dosyć śliskie, a przede wszystkim na mokrych kamieniach i pniach drzew nawet niebezpieczne. Dla mnie złotym i uniwersalnym środkiem transportu na piechotę w Bieszczadzie są właśnie te kalosze, a w plecaku trampki (oczywiście tylko latem).