Łażąc sporo po Słowacji korzystam dość często z turystycznych przejść granicznych i wcale nie jest tak dramatycznie jak to co poniektórzy opisywali powyżej.
Ot choćby porównanie - Beskid Żywiecki i leżąca tuż "za progiem" Magura Orawska, na dodatek udostępniona co najmniej dwoma przejściami - na Przysłopie pod Rycerzową, oraz samochodowym na przełęczy Glinka - i to już od ładnych paru lat.
W Beskidzie Żywieckim stosunkowo spory tłok (chociaż zdecydowanie mniejszy niż w najwyższej części Bieszczadów) - Magura Orawska - kompletnie bezludna, co najwyżej grupki Słowaków pomykające na rowerach, ale nie więcej niż 2-3 takie małe grupki dziennie.
Podobnie w Czechach - w dość mocno zagospodarowanym turystycznie Beskidzie Śląsko-Morawskim tydzień temu w środku lipca przez dwa dni spotkaliśmy 4-5 małych grupek turystów (większość na rowerach).
Góry Choczańskie - tuż za granicą z Polską, kilka godzin drogi pieszo od naszej granicy. Moi synowie wrócili tydzień temu, przez tydzień intensywnego chodzenia spotkali tylko jedną 4-osobową grupę turystów (na Szipie).
To już znacznie większy tłok jest w oddalonej od granic Polski Czarnohorze, po prostu ona jest obecnie "modna".
Tak ze myślę że otwarcie nowych turystycznych przejść granicznych nie spowodowałoby masowego napływu turystów w te góry, które obecnie są puste.
Tam brak jest szlaków turystycznych, a zdecydowana większość ludzi w ogóle nie wyobraża sobie chodzenia poza szlakami (nie mam tu bynajmniej na myśli parków narodowych).
Myślę że obawy niektórych są przedwczesne.
Pozdrowienia
Basia



Odpowiedz z cytatem