Strona 2 z 3 PierwszyPierwszy 1 2 3 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 11 do 20 z 24

Wątek: T. Studziński " Kurniawa w Karpatach " - fragmenty

  1. #11
    Forumowicz Roku 2018
    Kronikarz Roku 2018
    Forumowicz Roku 2017
    Kronikarz Roku 2014
    Ekspert Roku 2013
    Korespondent Roku 2008
    Awatar sir Bazyl
    Na forum od
    09.2005
    Rodem z
    Resmiasto
    Postów
    2,687

    Domyślnie Odp: T. Studziński " Kurniawa w Karpatach " - fragmenty

    Cytat Zamieszczone przez Anyczka20 Zobacz posta
    Bazyl..no ale co tak urwałeś ... w takim momencie. Dotarł do schroniska???
    Ze względu na pojemność jednego postu (ileś tam znaków), a i dramaturgia odpowiednia. Dokładam więc kolejny fragment tego opowiadania (jednego z bardziej przeze mnie ulubionych):
    (...) Na wąskim tarasie stanąłem, bo zobaczyłem, że coś się świeci. Nareszcie schronisko — pomyślałem — widocznie jeszcze nie śpią. Trzeba tylko podejść trochę wyżej. Światło nie pochodziło od naftowej lampy, było białe i poruszało się. Rozumiem, to pewno pan Ziemblic usłyszał głos i daje sygnały
    latarką elektryczną. Ale przecież nie wołałem?! A może wołałem? Zresztą zawołam teraz. Hop, hoooop! No tak, wyraźnie zatacza kółka. Tylko stoi daleko, bo kółka są maleńkie, coraz mniejsze. Wtem światło znikło. Za chwilę widzę znów ten sam błysk. Szanowny gospodarz raczy dawać sygnały w różne strony, bo nie zna kierunku, w którym błądzę — mówiłem głośno do siebie. — Pewnie mnie psy wyczuły. O, wykręcił się plecami. Porządny chłop! Zaraz się znajdziemy, zaraz. Hej, hoooop! — krzyczę. Zgasił latarkę — teraz odpowie. Cisza. Znów wołam głośno i staram się przekrzyczeć wichurę. A może to wilk? Jednooki? Cóż to byłoby za głupie stworzenie, które wychylałoby łeb z nory i w taką noc szukało żeru na połoninie.
    (...)
    Stwierdzam, że ulegam złudzeniom. Niepokoi mnie to. Brak snu. Ale bez paniki. Gdy zaciera się granica między prawdą i mirażem, należy się bić po twarzy, aby odgonić sen. Nie żałuję też sobie, choć jest mi przykro, że muszę walić sam siebie.
    Jednooki wilk przypomniał mi o legowisku. Pogodziłem się z myślą, że rezygnuję dziś z ciepłego wyrka i w postawie stojącej muszę przeczekać do rana — dwanaście godzin. Wiedziałem, że łatwo zasypia się na śniegu. Należy się zatem poruszać bez przerwy. Pamiętam, że w 1933 roku zawiało czworo narciarzy na Babiej Górze. Podobno jeden leżał dwadzieścia metrów od schroniska. Postanowiłem nie pozwolić sobie na drzemkę, bo obudzę się w wieczności.
    Namyślałem się, czy zjechać do lasu, czy też zostać pod szczytem. Stan moich sił przemawiał za tym, żeby zostać. Łatwo jest noskiem narty zawadzić o ukrytą gałąź kosówki i złamać deskę. Gdybym doszedł nawet do lasu — rozważałem — to równie dobrze mogę zamarznąć w lesie jak tutaj, bo ognia na pewno nie potrafię rozpalić zgrabiałymi palcami. Zresztą każdy mięsień miał już dość wszelkiego ruchu, dość upadków.
    Należało pomyśleć jeszcze o zabezpieczeniu twarzy, rąk i nóg. Palce nóg, uwięzione nieruchomo w żelaznych szczękach, przestały właściwie żyć. Nie czułem ich. Machinalnie ubijałem śnieg nartami, aby stopy troszeczkę się rozgrzewały.
    A jak się mają uszy? Szarpnąłem brezent rękawicy i złapałem palcami za lewe ucho. Było wyprostowane i sztywniutkie jak deszczułka. Prawe natomiast, okryte w połowie, w połowie też było uchem, a reszta przypominała rzemień. Przed wyjściem z lasu zapomniałem o zsuniętej opasce. Przykre w skutkach roztargnienie. Ściągnąłem drugą rękawicę i obiema garściami nabrałem śniegu. Suchy był jak piasek. Uszy tarłem w jedną stronę, do tyłu głowy, bardzo ostrożnie, aby lewe nie odpadło. Gdy śniegu zabrakło, sięgnąłem po nowy i nieprzerwanie masowałem oba trupy. Co chwilę grzałem ręce pod wiatrówką na brzuchu. Zabieg przeciągnął się, a lewe ucho wciąż nie odzyskiwało życia. Ująłem je lekko palcami i ścisnąłem, czy już mięknie. Wydawało chrzęst zgniatanego sopla. Co to takiego? Ucho obłożone było lodem. Pokruszył się trochę od tarcia, lecz przywarł do skóry i nie odpadał. Trzeba było odrywać go kawałeczkami, a po skończonej operacji powtórzyć nacieranie. Po pewnym czasie obie muszle zwiotczały i obudziły się z letargu. Naciągnąłem na nie opaskę, hełm wełniany, i zabrałem się do ratowania nosa, bo tymczasem nos zesztywniał. Potem podniosłem rękawice, chcąc ukryć skostniałe palce. Wysiłek był daremny, brezent zwinął się w trąbkę i nie mogłem przełamać jego oporu. Rzuciłem w śnieg rękawice. Odpiąłem narty. Potem włożyłem dłonie pod koszulę na gołą skórę. Brzuch był ciepły, tylko przeraźliwie pusty.
    Zatknąłem deski pionowo w śniegu. Noc była wielką niewiadomą. Może do rana stracę władzę w nogach? Gdyby tak się stało, to ktoś ze schroniska rzuci okiem w tę stronę i zobaczy dwie narty. Po tym skromnym ubezpieczeniu zacząłem tupać i dokładnie ubijać śnieg nogami. Pracowałem planowo, z myślą o długiej nocy. W nieustannym tańcu zagłębiałem się coraz niżej. Ruch rozgrzewał stopy, a mnie oszczędzić miał wydatku na ich amputację. Nie zdejmowałem plecaka, bo razem z wiatrówką doskonale chronił od dujawicy. Na palce każdej nogi spadało teraz siedemdziesiąt pięć kilogramów, sto razy na minutę. Nóg to nie rozgrzewało, ale i nie marzły bardziej. Tylko w ten jedyny sposób mogłem je uratować.
    Boisko taneczne nie było większe od dna beczki, a mimo to przetańczyłem na nim kilkadziesiąt melodii. Początkowo podłoga wypaczała się szybko. Musiałem ugniatać wyboje i równać piętami. Potem nabrała gładkości asfaltowej płyty. Koca nie miałem. Na żadną ze swoich wędrówek nie zabierałem tego bagażu. Bez koca mogłem zrobić każdego dnia pięć kilometrów więcej i dotrzeć do ludzi i łóżka, zamiast dźwigać. Któż mógł przewidzieć, że pierwszej nocy 1938 roku koc okaże się tak potrzebny? Ale i bez koca nie zrezygnowałem z życia nawet na chwilę. Bo cóż dobrego zrobię, jeśli umrę? Nikogo nie uratuję ofiarą swego życia. Może ono przydać się sprawie godniejszej niż
    wzmianka prasowa, że taki a taki zaginął w górach. A w maju, gdy śniegi popłyną Czeremoszem i owce rozdzwonią się znów na wierchowinie, napisaliby w gazecie, że znaleziono resztki wilczej uczty i zidentyfikowali zaginionego. Nie sztuka być przywianym. Nie mogłem reklamować trupem Czarnohory. Przy trzydziestu stopniach poniżej zera będę tańczył przez dwanaście godzin. Ciepło, którym żyję, każdy jego ochłap porwie wiatr, przedmucha mnie na wylot, ale zabić się nie dam.
    Takie to rozmyślania chodziły bez przerwy po głowie. Stawka była wysoka, bo własne życie. Zamiar śmiały, ale wola istnienia jest wielka. W mózgu nie znalazłem nawet miejsca na myśl, by oddać je bez walki. Każdym nerwem wierzyłem, że nie umrę. Chociaż czułem powolne, obezwładniające mnie kleszcze śmierci, to jednak nie znalazłem w sobie ani trochę strachu. W lodowatym spokoju ducha odkryłem z zadowoleniem ogromny ładunek uporu. Każdy gram kory mózgowej zagłuszał zwątpienie krzykiem: żyć!
    (...)
    Czterech panów B.

    "Rozum mówi nie raz: nie idź, a coś ciągnie nieprzeparcie i tylko słaby nie ulega; każdy z nas ma chwile lekkomyślności, którym zawdzięcza najpiękniejsze przeżycia." W. Krygowski

  2. #12
    Forumowicz Roku 2018
    Kronikarz Roku 2018
    Forumowicz Roku 2017
    Kronikarz Roku 2014
    Ekspert Roku 2013
    Korespondent Roku 2008
    Awatar sir Bazyl
    Na forum od
    09.2005
    Rodem z
    Resmiasto
    Postów
    2,687

    Domyślnie Odp: T. Studziński " Kurniawa w Karpatach " - fragmenty

    (...)
    Skakanka nie przeszkadzała mi patrzeć na fosforyzującą tarczę zegarka. Czas stał się wrogiem. Od dawna dzielił się na długie minuty, a godziny stały się epokami. Ale im wolniej posuwały się wskazówki, tym więcej kamieniała zaciętość. Choćby czas stanął w miejscu, przetrwam i nie zamarznę.
    Pod lodową skorupą ubrania coraz częściej przebiegało głębokie drżenie. Zimnica wstrząsała mną od pięt aż do zębów. Ruchy stawały się wolniejsze, jakby ktoś omotywał mnie pajęczyną. W spracowanych nogach poczułem zbliżanie się pierwszych kurczów. Zwolniłem tempo deptania, ratując się przed katastrofą krótkimi odpoczynkami. Jasnym było dla mnie, że gdy kurcz schwyci nogi, to mięśnie i ścięgna od razu zesztywnieją. Wtedy nie ustoję — zwalę się. A gdyby tak? — myśl nie wahała się nazwać go końcem wszystkiego, co mi zostało na świecie. Poza myślą jest wola. Nie poddam się.
    O ile mózg zachował swą bystrość, to nędzna reszta stawała się powoli zawadą. Ruchy straciły sprężystość. Chwiałem się w tył i przód. Z trudem utrzymywałem równowagę wtedy nawet, gdy stanąłem, aby gradem lekkich kułaków rozmasować uda. Za punkt honoru postawiłem sobie nie dać przewrócić się wiatrowi. A przecież, gdy dmuchnął silniej, upadałem na ręce.
    Gdy przycichał, siadałem nagle plecami na ścianie beczki. Drżały przepracowane stawy kolanowe. Organizm najwyraźniej chciał spłatać mi figla.
    Bez pośpiechu wyrzuciłem z siebie kilkakrotnie: hop, hooop! w cztery strony nocy. Wicher głuszył wszystko. Krzyknąłem jeszcze, a potem parę chwil nasłuchiwania. Albo śpię, albo majaczę! — zawołałem głośno, bo oto na zboczu wyprysło światło. Obserwowałem je podejrzliwie, zgadując, co to może być. Teraz już nie dam się nabrać — przemówiłem w głos, aby słyszeć samego siebie. Odwróciłem na dłuższą chwilę twarz i zacisnąłem oczy, aby zegnać z powiek złudne błyski. Uderzyłem ręką po twarzy i z bojaźnią spojrzałem w stronę światła. Jest! Jedzie ktoś! Teraz już się nie mylę. Leci, spada coraz niżej. Nareszcie dom. Co za odwaga, w taką noc! — podziwiam zjazdowca. Był coraz bliżej. Nie jechał wprost na mnie, lecz trochę z ukosa. Słyszę szmer prutego śniegu. Płuży, słychać, jak ryją się noski. Hej, hooop! Tutaj, tutaj! — krzyczę w jego stronę. Świat zawirował. Zniknęło światło. Przewrócił się — przeleciało mi przez głowę, ale poprawiłem się w tej chwili: nie, to ja leżę.
    Ocknąłem się, jakbym teraz dopiero zobaczył tę straszną noc. Wszystko stało się jasne. Ręka ugrzęzła na całą długość. Twarz i cała głowa w puchu. Brrr! Podkuliłem nogi i wstałem. Bardzo mi zimno. Za kołnierzem pełno śniegu. Wytrzepuję go i wydłubuję ręką. Pochylam się przy tym do przodu, ale nie mogę ustać prosto w swym dołku, gdyż głowa ciąży do ziemi. Wobec tego stawiam dwa kroki w przód i unieruchomiony po pas wytrząsam śnieg zza kołnierza. Palce marzną niezwykle szybko. Widocznie zasypiałem. Bo cóż to za halucynacje? Przecież to był sen. Co za potworna rzecz obserwować własne umieranie!
    Kątem oka dostrzegam, że nos oblepiony jest puchem. Nie taje już. Raz jeszcze muszę narazić palce na ukąszenie mrozu, aby przywrócić życie nosowi. Przy okazji zerknąłem na zegarek. Była północ. Oto mamy już nowy rok. W całej Polsce i na wielkim szmacie świata weselą się w tej chwili ludzie. W ciepłych izbach, przy ciepłych piecach trącają się kielichami, piją ciepły płyn, aby po przywitaniu roku położyć się w ciepłej pościeli. Ciepło stało się marzeniem tej nocy.
    — Drodzy przyjaciele — przemówiłem głośno — dobranoc wam. Kładźcie się, nikogo dziś nie obudzę. Siebie muszę tylko ciągle budzić, chociaż tak bardzo pragnę zasnąć.
    Nie mogłem teraz ani stać, ani skakać. Nieustanne kurcze chwytały różne sploty mięśniowe i zaciskały na nich szczęki buldoga. Całą siłą woli panowałem nad każdym zbyt nagłym ruchem nóg, aby nie przyspieszyć ataku. Ciągle daleki byłem od poddania się histerii. Smutny musiał być widok zamarzającego człowieka i jego przedziwnych ruchów. Były tam niskie ukłony do przodu i na boki, krążenia tułowiem, podnoszenie nóg — słowem jakaś makabryczna gimnastyka o północy. Dla przypadkowego widza ruchy te nie były zrozumiałe. Ażeby pobudzić stygnącą krew, giąłem się ruchami węgorza we wszystkich możliwych kierunkach. Bardzo ostrożnie wstrząsałem stopami, byle je trochę rozgrzać. Kopałem lekko powietrze raz lewą, raz prawą nogą, krążyłem stopą i tak bez końca. Ręką musiałem opierać się o ścianę dołka, bo o utrzymaniu równowagi nie było już mowy. Wiatr pomiatał mną jak szmatą.
    Życie trwa dotąd, dokąd trwa ruch — upierałem się przytomnie.
    Zbliżył się kryzys. Zmęczenie i mróz załechtało lewą łydkę bolesnym szarpnięciem. Oho, zaczęło się! W instynktownej obronie wyskoczyłem z beczki i po kilku krokach ugrzązłem w śniegu. Czy pozwoliłem na to nogom? Wszystko stało się tak szybko. Nie pozwoliłem, a jednak opuściłem gwałtownie dół, ubijany przez sześć godzin. Dlaczego tak uczyniłem? — pytałem sam siebie. Śmierć zbliżała się powoli, a mózg kontrolował każdy samowolny ruch. Nie majaczyłem, myśl pracowała trzeźwo.
    Brodzenie w głębokim śniegu i naturalne ruchy nóg były najlepszym środkiem na kurcze. Postanowiłem krążyć koło nart aż do rana. Natura stworzyła człowieka do ruchu. Tak jest najlepiej — cieszyłem się z odkrycia. — Gdy będę chodził, przetrwam, a w dołku zamarznę.
    Nie okrążyłem swoich nart. Obok krzaka kosówki zapadłem w śnieg do piersi. Usłyszałem wyraźnie, jak narty warczą na wietrze. Aha — pomyślałem — to zdawało mi się płużeniem nart we śnie. But ześliznął się po niewidocznej gałęzi.......
    Czterech panów B.

    "Rozum mówi nie raz: nie idź, a coś ciągnie nieprzeparcie i tylko słaby nie ulega; każdy z nas ma chwile lekkomyślności, którym zawdzięcza najpiękniejsze przeżycia." W. Krygowski

  3. #13
    Bieszczadnik Awatar dziabka1
    Na forum od
    09.2002
    Rodem z
    warszawa
    Postów
    879

    Domyślnie Odp: T. Studziński " Kurniawa w Karpatach " - fragmenty

    Tak - to opowiadanie nie jest znane szerszemu ogółowi. W latach 50. redakcja "Turysty" ogłosiła konkurs na opowiadanie turystyczne. Potem ogłaszała taki konkurs jeszcze trzy razy. Efektem tego są cztery tomy opowiadań.Pierwsze - "Zielone ucho" z roku bodajże 58 (ale pewności nie mam, bo nie jestem w domu), potem jeszcze wyszły w latach 60. i 70. "Lawiny schodzą w południe", "Bliżej słońca" i coś jeszcze, ale to sprawdzę w domu, bo nie pamiętam teraz.
    Natomiast jest to jedyne opowiadanie w tych czterech tomach, mówiące o Karpatach Wschodnich. Swojego czasu nawet dziwiło mnie, ze puszczono takie opowiadanie w tomie wydanym w latach 50., kiedy temat Karpat Wschodnich i Kresów był surowo tępiony. Nawiasem mówiąc, to bardzo polecam te opowiadania - przyjemnie się to czyta, to raz, a dwa że można spotkać się z klimatem turystyki innej niż teraz. I to dotyczy nie tylko gór - są opowiadania o Mazurach, o spływach i o innych formach.
    Można je czasami kupić na Allegro, szczerze mówiąc, moje wszystkie tomy stamtąd pochodzą )

    madzia

  4. #14
    Bieszczadnik Awatar dziabka1
    Na forum od
    09.2002
    Rodem z
    warszawa
    Postów
    879

    Domyślnie Odp: T. Studziński " Kurniawa w Karpatach " - fragmenty

    Już wiem. Wróciłam do domu i spojrzałam. "Zielone ucho" zostało wydane w roku 1956, potem był tom zatytułowany po prostu "Opowiadania turystyczne" (1966), następnie "Lawiny schodzą w południe" (1972) i "Bliżej słońca" (1973). Jest jeszcze jeden tomik, którego niestety nie posiadam, "Opowieści z różnych dróg" (196. Wszystko wydane przez Sport i Turystykę, jako pokłosie konkursów literackich urządzanych przez czasopismo "Turysta".

  5. #15
    Forumowicz Roku 2018
    Kronikarz Roku 2018
    Forumowicz Roku 2017
    Kronikarz Roku 2014
    Ekspert Roku 2013
    Korespondent Roku 2008
    Awatar sir Bazyl
    Na forum od
    09.2005
    Rodem z
    Resmiasto
    Postów
    2,687

    Domyślnie Odp: T. Studziński " Kurniawa w Karpatach " - fragmenty

    I końcóweczka:
    (...)
    Straszliwy mróz oparzył w mokry kark. Dolna szczęka zadrżała tak, że cofnąłem język, aby nie przeciąć go zębami. Zaskomliłem na głos z zimna. Ciało, pozbawione kalorii, nie umiało się już bronić. Z ciekawością rozejrzałem się po świecie. Dwie pomarańczowe smugi przekreślały bury horyzont. Tam był wschód. Mgła kotłowała się na dole, ale sklepienie nieba było czyste, rozświetlone dalekim słońcem.(...)
    Przekroczyłem ostry grzebień i w odległości trzystu metrów ujrzałem poniżej dach schroniska.(...)
    Skorupa lodu, w którą zdążyłem tymczasem zakrzepnąć, przeszkadzała mi. Rękawy i spodnie pod kolanami nie zginały się wcale. Kilka razy przewróciłem się z osłabienia.
    Przed schroniskiem stało troje ludzi i odkopywało okna. Krzyknąłem. Odezwał się mały Wasylek. Poznałem go od razu. Zjechałem do nich, z trudem wytrzymując łatwy szus.
    — Dzień dobry, panno Kaziu. Jak się masz, Wasylek! — pozdrowiłem ich. — Czy poznaliście mnie?
    Patrzyli wielkimi oczami.
    — Czy pan spał na Stajkach? — spytała wreszcie panna Kazia.
    — Nie. Trzysta metrów stąd. Na Smotrecu — wskazałem kijkiem za siebie.(...)
    W izbie nie było czasu na wytapianie lodu, więc Wasylek przeciął nożem sznurowadła u butów. Siedziałem wyciągnięty na krześle, z dala od ognia, a panna Kazia nad miednicą rozcierała śniegiem moje stopy.
    — Jak pan wyszedł od nas tydzień temu na południe, nikt jeszcze nie zaglądał do schroniska. Siedzieliśmy sami i zakładaliśmy się z Wasylkiem, czy pan nie zginie. Kto słyszał w takie pustkowie samemu! Na południe od Kopilaszu zapuszczają się tylko rajdy wojskowe, i to w marcu. Nasz inżynier jest na Maryszewskiej. Nie wrócił wczoraj, bo strasznie kurzyło. Dzisiaj śniło się kucharce, że pan Ziemblic zamarzł w kosówce...Co za zbieg okoliczności! Jest dwadzieścia sześć stopni mrozu. Odmroził pan siedem palców.
    — Plus kilka u rąk — uzupełniłem. — Nie wiedziałem, że noc może być
    tak strasznie długa. Wasylku, podaj mi lustro.
    W lustrze zobaczyłem obcą twarz, czarną od wichru, mrozu i słońca. Wpadnięte oczy dziko wyglądały spod czaszki, ale błyskały w nich ogniki radości.(...)
    Zdjąłem nauszniki i zamiast uszu zobaczyłem dwa krwawe, napuchnięte kotlety.
    — Panno Kaziu, to nie moja twarz — zaśmiałem się wszystkimi zębami,
    — ale uszy żyją, proszę spojrzeć, trochę spuchnięte. I nos jest na miejscu,
    proszę go dotknąć. Czy pani wie, "kulminowałem" tej nocy. To tak jak
    gwiazda. Właśnie tej nocy. To widać w lustrze. Czy pani mnie rozumie?
    Czterech panów B.

    "Rozum mówi nie raz: nie idź, a coś ciągnie nieprzeparcie i tylko słaby nie ulega; każdy z nas ma chwile lekkomyślności, którym zawdzięcza najpiękniejsze przeżycia." W. Krygowski

  6. #16
    Bieszczadnik
    Forumowicz Roku 2008
    Awatar Derty
    Na forum od
    09.2002
    Rodem z
    z lasu
    Postów
    1,845

    Domyślnie Odp: T. Studziński " Kurniawa w Karpatach " - fragmenty

    Hej:)
    Kapitalne opowiadanie...masz jeszcze coś Sir Bazylu?:) "Kulminowanie' - kto już tego doświadczył?:D

    Pozdrawiam,
    Derty
    Rano robimy nic. Lubimy to robić (Z Bertranda, 2011)

    właśnie, wziąłby człowiek amunicję
    eksportową śliwowicję
    drzwi opatrzyłby w inskrypcję:
    "przedsięwzięto ekspedycję" (MamciaDwaChmiele,2012)

  7. #17
    Bieszczadnik Awatar Basia Z.
    Na forum od
    05.2007
    Rodem z
    Chorzów
    Postów
    2,772

    Domyślnie Odp: T. Studziński " Kurniawa w Karpatach " - fragmenty

    Cytat Zamieszczone przez Derty Zobacz posta
    Hej:)
    Kapitalne opowiadanie...masz jeszcze coś Sir Bazylu?:) "Kulminowanie' - kto już tego doświadczył?:D
    Miałam w górach trochę trudnych przeżyć, ale takiego to nie.
    Najgorzej było chyba kiedyś (ponad 20 lat temu) kiedy w rumuńskim Retezacie idąc sama bardzo dziką doliną (zawaloną niemal w całości drzewami) wpadłam do głębokiego dołu pomiędzy korzeniami. Byłam sama, nikt nie wiedział gdzie jestem, było to na długo przed epoką telefonów komórkowych.

    Ale pomyślałam sobie - "co - ja mam tu zostać !", zmobilizowałam wszystkie siły i wylazłam z tego dołu.
    Potem dalej szłam już środkiem potoku.
    Od tej pory nie bardzo lubię chodzić po górach sama (chociaż czasem miewam nastrój na samotną wędrówkę), a również boję się o swoich bliskich i przyjaciół, którzy chodzą po górach sami.

    Oczywiście to nie ma nawet porównania do przeżyć autora opowiadania.

    Jak to czytam cały czas myślę o trójce młodych ludzi, którzy w o kilka stopni wyższej temperaturze zamarzli kilka dni temu pod Mont Blanc.

    Pozdrowienia

    Basia

  8. #18
    Forumowicz Roku 2018
    Kronikarz Roku 2018
    Forumowicz Roku 2017
    Kronikarz Roku 2014
    Ekspert Roku 2013
    Korespondent Roku 2008
    Awatar sir Bazyl
    Na forum od
    09.2005
    Rodem z
    Resmiasto
    Postów
    2,687

    Domyślnie Odp: T. Studziński " Kurniawa w Karpatach " - fragmenty

    Cytat Zamieszczone przez Derty Zobacz posta
    Hej:)
    Kapitalne opowiadanie...masz jeszcze coś Sir Bazylu?...
    Takie króciutkie W.Pola zamieściłem właśnie w wątku horror w Bieszczadach i na razie nie mam nic więcej. Gdyby ktoś był zainteresowany całym opowiadaniem "Kurniawa w Karpatach" to proszę o podanie adresu e-mail na priva.
    Czterech panów B.

    "Rozum mówi nie raz: nie idź, a coś ciągnie nieprzeparcie i tylko słaby nie ulega; każdy z nas ma chwile lekkomyślności, którym zawdzięcza najpiękniejsze przeżycia." W. Krygowski

  9. #19
    Forumowicz Roku 2018
    Kronikarz Roku 2018
    Forumowicz Roku 2017
    Kronikarz Roku 2014
    Ekspert Roku 2013
    Korespondent Roku 2008
    Awatar sir Bazyl
    Na forum od
    09.2005
    Rodem z
    Resmiasto
    Postów
    2,687

    Domyślnie Odp: T. Studziński " Kurniawa w Karpatach " - fragmenty

    Płaj nr 7, w którym zamieszczono powyższe opowiadanie dostępny w PDF: http://karpaccy.pl/plaj/
    Czterech panów B.

    "Rozum mówi nie raz: nie idź, a coś ciągnie nieprzeparcie i tylko słaby nie ulega; każdy z nas ma chwile lekkomyślności, którym zawdzięcza najpiękniejsze przeżycia." W. Krygowski

  10. #20
    Bieszczadnik
    Forumowicz Roku 2008
    Awatar Derty
    Na forum od
    09.2002
    Rodem z
    z lasu
    Postów
    1,845

    Domyślnie Odp: T. Studziński " Kurniawa w Karpatach " - fragmenty

    Samotnicy w górach...to jest najbardziej ekscytująca forma turystyki, jak dla mnie. Czasem lubię też samemu gdzieś poleźć i zagubić się w krzaczorach. Jednak nigdy nie miałem okazji szwendać się tak w UA lub innych dzikich jeszcze górach... Nie mówiąc o odmrażaniu się po nocy na nartach. U nas to już tylko namiastka dzikości i osamotnienia. Jakiś czas temu polazłem pożegnać się z dzikością pasma Kamienicy w Izerach (planuje się bowiem ucywilizować je za wszelką cenę). I cóż... po trzecim, czy czwartym 'ataku' crossowców na jakiejś ścieżynie wróciłem do domu zniesmaczony. Dzikości już nie było:/ Sport i rekreacja na modłę toru żużlowego górą...
    Może czas pozwoli na taki samotny wypad gdzieś w Karpatach? Może tam jeszcze nie tułają się chmary zidiociałych młodzieniaszków na crossach lub skuterach?
    Pozdrawiam,
    Derty
    Rano robimy nic. Lubimy to robić (Z Bertranda, 2011)

    właśnie, wziąłby człowiek amunicję
    eksportową śliwowicję
    drzwi opatrzyłby w inskrypcję:
    "przedsięwzięto ekspedycję" (MamciaDwaChmiele,2012)

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. Władysław Krygowski "Wspinaczka po tęczy" - fragmenty
    Przez Anyczka20 w dziale Poezja i proza Bieszczadu...
    Odpowiedzi: 39
    Ostatni post / autor: 21-02-2015, 14:30
  2. Odpowiedzi: 6
    Ostatni post / autor: 24-02-2012, 20:00
  3. "Straszliwi zbójnicy z Bieszczadów i okolicy" Robert Bańkosz
    Przez Marcin w dziale Bibliografia Bieszczadów
    Odpowiedzi: 1
    Ostatni post / autor: 08-03-2011, 14:20
  4. Odpowiedzi: 33
    Ostatni post / autor: 11-05-2009, 03:43
  5. Odpowiedzi: 4
    Ostatni post / autor: 27-11-2008, 10:42

Zakładki

Zakładki

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •