Nic dodać. A że hart ducha był całkiem inny, można poczytać w następnym fragmencie:
(...) Wtem narta zawadziła o coś twardego. Uderzyłem kijkiem. Był to przywiany słupek. Pod nogami zadyndała oszroniona nić drutu. Tuż obok zobaczyłem bruzdę starych śladów.
— Wiwat Polonia! — krzyknąłem. — Jesteśmy w domu. Niech duje, niech nawet czarci z piekła stają na drodze razem z czarownicami z Baby Ludowej. Od tego drutu mogę iść na ślepo.
Jakże byłem zarozumiały i pewny siebie! Już kilkanaście następnych kroków przekonało mnie, że zgubiłem trop. Powróciłem do miejsca, gdzie wyczuwały go jeszcze płozy. Wracać, to znaczy tracić ciężko zdobytą wysokość. Żal mi było tych kilkunastu metrów, ale wróciłem. Blisko celu, w pośpiechu, ogarnia nas czasem nierozumna gorączka. Pochyliłem się, żeby odnaleźć bruzdy. Ale rozbiegły się się szeroko na zjazd. W ciemności nie widziałem przed sobą wygodnej drogi podejścia. Na węch poszedłem za lewym śladem. Zaprowadził mnie pod stromy stok. Zacząłem schodkować, lecz pylny śnieg obsuwał się przy każdym kroku i szatkowałem w miejscu. Wyciąłem zakos w prawo i poszedłem po warstwicy. Rozstałem się w ten sposób z prostą linią, którą szusujący narciarz przekreślił puszystą biel. Gdy wróciłem nieco wyżej, nie zobaczyłem już znaków. Słaba była nadzieja odnalezienia ich, bo nawet moje ślady ginęły natychmiast w zawiei. Po stoku miotło smugami śniegu. Ufałem jeszcze własnej znajomości terenu i parłem śmiało pod górę. Marsz stawał się coraz trudniejszy.
Z wąskiej doliny droga rozszczepiła się w kilka jarów. Lewe prowadziły do schroniska, prawe pod Smotrec. Poszedłem w lewo. Na rozdrożu potok przestał tłuc się pod śniegiem i zamilkł. Prawdopodobnie osiągnąłem źródliska Pohorylca. Wiatr ostudził mnie już na całym ciele. Mróz zamienił w skorupę przepoconą wiatrówkę i plecak. Na szczęście od zimnego pancerza dzieliły mnie jeszcze dwa swetry. Od ruchów rąk i rytmicznych pochyleń ciała skrzypiały górne części ubrania. Samopoczucie człowieka głodnego i zmęczonego setkami kilometrów jest mizerne. Z powodzeniem atakuje go mróz i depresja. A ja byłem naprawdę zmęczony. Liczyłem teraz kroki: raz-dwa, raz-dwa, automatycznie. Obsuwałem się ciągle, ale zaraz prostowałem i, coraz słabszy po każdym zesuwie, liczyłem dalej kroki.
Kilka razy przekraczałem w poprzek kręte jary, aby wyjść na przełęcz tym jedynym, właściwym. Szukałem go ze zmiennym szczęściem.
Jestem nareszcie w nim — zdawało mi się. Tak, te same ściany piętrzą się z obu stron. Poznaję, na pewno. Ktoś stawiał dwa bigosy, że nie można dojść tędy do schroniska, i przegrał. Tylko wiosną inne były nawisy. Na przykład na tym stoku doskonale schodkowaliśmy, a dziś wiszą na górze jęzory i nie pozwalają wyjść ze żlebu. Co, rozwidlenie? Przecież go nie było... A może?... Tak, przypominam sobie, od tego miejsca trzeba w prawo. Teraz i jeszcze dwa razy w prawo.
Niedaleko stąd rósł ostatni smreczek. Powinien już być. Pewnie go przywiało. Jar się zwęził. Można iść w górę tylko zakosami, co trzy, cztery metry. Gdy człowiek zaczyna błądzić, to zachowuje się jak tonący. Trzepoce się, robi gwałtowne ruchy, ale powoli owłada nim zwątpienie i beznadziejność walki. Zrozumiałem, że błądzę, i niepokój ukłuł mnie w serce. Owszem, pchałem do góry, ale dokąd — nie wiedziałem.
Przykrą niespodzianką było nagłe urwanie się żlebu. Tych niespodzianek spotykałem niestety coraz więcej. Przede mną wyrosła ściana, a nad nią okap nawisu. Wycofałem się ostrożnie w bok. Kilka razy zjechałem w puch. Śnieg napychał mi przy tym kieszenie spodni i gwałtem się wciskał za kołnierz. Wstawałem ubielony zupełnie. Widocznie wdrapałem się pod jakieś kotły Popa Iwana, bo po pas brnąłem w pyle śnieżnym. Gdy w pewnej chwili spłynął z góry bałwan, nie poruszył mną nawet. Przez moment zrobiło się ciemno. Zasypało mnie do piersi. To nie była lawina, ale puszek lżejszy od pierza. Ręce i kijki grzebały się niemrawo pod śniegiem. Odpocząłem nieruchomo kilka sekund, przy czym zauważyłem, że jest mi cieplej pod taką pierzyną. Dzioby nart dość łatwo ją przebiły. Gdybym mógł chociaż zobaczyć dno żlebu, zaryzykowałbym zjazd, aby poszukać innej drogi. Nie widziałem także, jak jeszcze wysoko piętrzy się stromizna. Ponieważ nie mogłem schodkować, powlokłem się wzdłuż stoku. Ciągle po pas. Na przebycie kilkunastu kroków zużywałem teraz całe minuty. Dręczyły mnie złe przeczucia, że jeśli tak dalej będzie, to nie dobudzę się ludzi w schronisku. Bodaj o północy, ale dojść i nareszcie spać. Już mogę nic nie jeść — ślubowałem — aby tylko położyć się w cieple.
Co chwila musiałem przystawać i chociaż wichura głuszyła głośny łomot serca, nadsłuchiwałem, czy nie toczy się z góry lawina. Oczy zupełnie mi zakleiło. Z bolesnym wysiłkiem szukam szczelin w szarej ścianie, ale nie widzę nic, bo cały świat wiruje, a zadymka tnie w oczy z każdego kierunku. Powiek przymknąć nie mogę, bo rzęsy zlepiły się w sople. Brwi i brodę przykrywa także skorupa lodu. Nie kruszę go, bo chroni skórę od wiatru, ale stale pocieram policzki. Grudki oblodzonych rzęs tkwią przy źrenicach i przesłaniają mi burzliwą noc. Jest to bardzo denerwujące, bo nie widzę wyraźnie nawet własnej ręki, podsuniętej pod nos. Aby oczyścić rzęsy, trzeba zdjąć podwójne rękawice, bo od pocierania lód na oczach nie kruszeje. A założenie rękawic na mrozie to nie lada sztuka. Czułem się jak ślepiec. Bezustanne mruganie zmęczyło do reszty wzrok i stępiło jego wrażliwość na wszystko, co działo się wokoło. Trzy razy zastała mnie noc w tej podróży, a przecież trafiłem do domków, odwiedzanych przeze mnie po raz pierwszy. A tu, tak niedaleko od znajomego schroniska, błądzę od kilku godzin i rozmijam się z nim, chociaż tak dobrze znam połoninę.
Zdawało się, że nic nie dostrzegam, a nagle przed wyjściem ze żlebu dojrzałem wyraźnie czarną rysę na jęzorze nawisu. Jeden krok dalej i szpara powiększyła się do szerokości dłoni. Znieruchomiałem, nie wiedząc, czy już lecę, czy dopiero za chwilę, Oblodzone oczy zaczepiły bojaźliwie o szczelinę. Schyliłem się do wiązań. Ale — stop. Gdy stracę deski — pomyślałem — muszę tutaj pozostać i nie dojdę do schroniska. Bez nart nie zrobię ani stu metrów, bo zapadnę po szyję. Ale miałem przecież kije. Uchwyciłem je za krążki i odwrotnymi końcami wbiłem w śnieg. Długie były i na szczęście dosięgły dna. Wsparty na kijkach z całych sił, stałem teraz nie tylko na śniegu, ale również na twardym gruncie. Obciążenie osiemdziesięciu kilogramów przestało istnieć dla podciętego nawisu. Uniosłem się na rękach i przesunąłem narty. Wiedziałem, że nie polecę, jeśli przez chwilę nawet nie stanę całym ciężarem na śniegu. Znów krok — i jeszcze jeden — i jeszcze jeden. Wreszcie zatykam kij powyżej szpary. Przed ostatnim krokiem dużo głębokich oddechów. Ptaki nie giną w lawinach! — miażdżyłem w zębach to zdanie, gdy przenosiłem narty pod szczeliną. W pewnej odległości od niedoszłego lawiniska puściłem luzem płuca. Ręką wyczułem, jak bardzo skarży się serce. Słyszę je w skroniach i zdaje mi się, że głowa pęcznieje od uderzeń. Cóż to za cudowne perpetum mobile! Nie boli nic, a ręce drżą bezwładne, niezdolne w tej chwili do żadnej obrony. Błogosławiłem jednak ręce w ich niemowlęcej chwilowej słabości.
Odpocząłem trochę i poczłapałem dalej krokiem żebraka, dla którego czas nie istnieje. Nowe jary i żleby. Nowe obejścia i spadanie po krzakach kosówki. Idę ciągle, bo muszę się poruszać. Nie wiem, gdzie jestem. Wyobraźnia umiejscowiła mnie blisko Popa. Skoro tak, to należało iść w prawo... Zatoczyłem wielki łuk. Wicher bił teraz w lewy policzek. Spojrzałem na zegarek. Minęły przeszło dwie godziny od polany z drutem kolczastym. Mimo woli podszedłem jeszcze, bo coś mnie korciło, że kierunek w dół jest zły. Wyżej wiatr stał się tak huraganowy, że z trudnością stałem na nogach. Ponad kurzawą ukazywało się chwilami gwiaździste niebo. Śniegiem mniej tu siepało. Wywnioskowałem stąd, że jestem gdzieś blisko przełęczy. Pył śnieżny, który kłębił się młynkiem na dnie połoniny, zmiatany był ze szczytów przez północny wiatr. Im bliżej przełęczy, tym mniej było śnieżnych wirów, spowodowanych ssaniem powietrza na odwietrznej stronie górskiego wału. Szukałem na niebie Wielkiej Niedźwiedzicy, jednak bez powodzenia.
Kroki stawiałem coraz wolniejsze, a każdy z nich bolał. Co krok pisk, skowyt cichutki przemarzłych rzemieni i blachy wiązań. Huragan targał mną i łomotał po zmarzłym ubraniu jak po pustym żaglu. Często musiałem stawać i zapierać się kijami, aby nie przewrócił mnie silny miech powietrza.
Miałem w plecaku resztki miodu, lecz rzemienie zesztywniały. Zdecydowałem się rozsznurować plecak. Dłuższe szamotanie się i wykręcanie rąk, zanim sztywna torba spadła na pięty. Gołymi palcami pociągnąłem za sznur wiązadła. Trzy jabłka z Bałtagulu stwardniały na mrozie. Wepchnąłem je pod wiatrówkę, aby się ogrzały. Zanim zapiąłem plecak, prawa dłoń już straciła władzę. Chciałem wdusić ją jakoś do rękawicy, ale palce rozcapierzyły się i brezent nie wpuścił ich do środka. Dłoń potrzebowała rozgrzewki. Drugą rękawicą nabrałem śniegu i natarłem nim zmarznięte palce. Po kilkudziesięciu obrotach ciepła krew zbiegła do paznokci. Powracało w nich życie ze wściekłym bólem. Dopiero teraz trafiłem do wełnianej rękawiczki. Sięgnąłem po jabłka i pożarłem je z pestkami. Trzy kostki cukru i kilka fig miałem w bocznej kieszeni. Po kilkunastu wiatrakach lewą ręką zerwałem z niej rękawicę i szybko wysupłałem cukier. Wymacałem jeszcze figi, ale nie próbowałem nawet zapiąć guzika. Znów nacieranie, wiatraki i uderzanie ręką po nodze. Byłem bardzo głodny i dlatego do dziś pamiętam smak każdej tamtej figi. Z rozkoszą starłem trzonowymi zębami ich drobne ziarenka. Rajski smak spływał ze śliną. Cukier topił się słodko w ustach.(...)



Odpowiedz z cytatem