(...)
Skakanka nie przeszkadzała mi patrzeć na fosforyzującą tarczę zegarka. Czas stał się wrogiem. Od dawna dzielił się na długie minuty, a godziny stały się epokami. Ale im wolniej posuwały się wskazówki, tym więcej kamieniała zaciętość. Choćby czas stanął w miejscu, przetrwam i nie zamarznę.
Pod lodową skorupą ubrania coraz częściej przebiegało głębokie drżenie. Zimnica wstrząsała mną od pięt aż do zębów. Ruchy stawały się wolniejsze, jakby ktoś omotywał mnie pajęczyną. W spracowanych nogach poczułem zbliżanie się pierwszych kurczów. Zwolniłem tempo deptania, ratując się przed katastrofą krótkimi odpoczynkami. Jasnym było dla mnie, że gdy kurcz schwyci nogi, to mięśnie i ścięgna od razu zesztywnieją. Wtedy nie ustoję — zwalę się. A gdyby tak? — myśl nie wahała się nazwać go końcem wszystkiego, co mi zostało na świecie. Poza myślą jest wola. Nie poddam się.
O ile mózg zachował swą bystrość, to nędzna reszta stawała się powoli zawadą. Ruchy straciły sprężystość. Chwiałem się w tył i przód. Z trudem utrzymywałem równowagę wtedy nawet, gdy stanąłem, aby gradem lekkich kułaków rozmasować uda. Za punkt honoru postawiłem sobie nie dać przewrócić się wiatrowi. A przecież, gdy dmuchnął silniej, upadałem na ręce.
Gdy przycichał, siadałem nagle plecami na ścianie beczki. Drżały przepracowane stawy kolanowe. Organizm najwyraźniej chciał spłatać mi figla.
Bez pośpiechu wyrzuciłem z siebie kilkakrotnie: hop, hooop! w cztery strony nocy. Wicher głuszył wszystko. Krzyknąłem jeszcze, a potem parę chwil nasłuchiwania. Albo śpię, albo majaczę! — zawołałem głośno, bo oto na zboczu wyprysło światło. Obserwowałem je podejrzliwie, zgadując, co to może być. Teraz już nie dam się nabrać — przemówiłem w głos, aby słyszeć samego siebie. Odwróciłem na dłuższą chwilę twarz i zacisnąłem oczy, aby zegnać z powiek złudne błyski. Uderzyłem ręką po twarzy i z bojaźnią spojrzałem w stronę światła. Jest! Jedzie ktoś! Teraz już się nie mylę. Leci, spada coraz niżej. Nareszcie dom. Co za odwaga, w taką noc! — podziwiam zjazdowca. Był coraz bliżej. Nie jechał wprost na mnie, lecz trochę z ukosa. Słyszę szmer prutego śniegu. Płuży, słychać, jak ryją się noski. Hej, hooop! Tutaj, tutaj! — krzyczę w jego stronę. Świat zawirował. Zniknęło światło. Przewrócił się — przeleciało mi przez głowę, ale poprawiłem się w tej chwili: nie, to ja leżę.
Ocknąłem się, jakbym teraz dopiero zobaczył tę straszną noc. Wszystko stało się jasne. Ręka ugrzęzła na całą długość. Twarz i cała głowa w puchu. Brrr! Podkuliłem nogi i wstałem. Bardzo mi zimno. Za kołnierzem pełno śniegu. Wytrzepuję go i wydłubuję ręką. Pochylam się przy tym do przodu, ale nie mogę ustać prosto w swym dołku, gdyż głowa ciąży do ziemi. Wobec tego stawiam dwa kroki w przód i unieruchomiony po pas wytrząsam śnieg zza kołnierza. Palce marzną niezwykle szybko. Widocznie zasypiałem. Bo cóż to za halucynacje? Przecież to był sen. Co za potworna rzecz obserwować własne umieranie!
Kątem oka dostrzegam, że nos oblepiony jest puchem. Nie taje już. Raz jeszcze muszę narazić palce na ukąszenie mrozu, aby przywrócić życie nosowi. Przy okazji zerknąłem na zegarek. Była północ. Oto mamy już nowy rok. W całej Polsce i na wielkim szmacie świata weselą się w tej chwili ludzie. W ciepłych izbach, przy ciepłych piecach trącają się kielichami, piją ciepły płyn, aby po przywitaniu roku położyć się w ciepłej pościeli. Ciepło stało się marzeniem tej nocy.
— Drodzy przyjaciele — przemówiłem głośno — dobranoc wam. Kładźcie się, nikogo dziś nie obudzę. Siebie muszę tylko ciągle budzić, chociaż tak bardzo pragnę zasnąć.
Nie mogłem teraz ani stać, ani skakać. Nieustanne kurcze chwytały różne sploty mięśniowe i zaciskały na nich szczęki buldoga. Całą siłą woli panowałem nad każdym zbyt nagłym ruchem nóg, aby nie przyspieszyć ataku. Ciągle daleki byłem od poddania się histerii. Smutny musiał być widok zamarzającego człowieka i jego przedziwnych ruchów. Były tam niskie ukłony do przodu i na boki, krążenia tułowiem, podnoszenie nóg — słowem jakaś makabryczna gimnastyka o północy. Dla przypadkowego widza ruchy te nie były zrozumiałe. Ażeby pobudzić stygnącą krew, giąłem się ruchami węgorza we wszystkich możliwych kierunkach. Bardzo ostrożnie wstrząsałem stopami, byle je trochę rozgrzać. Kopałem lekko powietrze raz lewą, raz prawą nogą, krążyłem stopą i tak bez końca. Ręką musiałem opierać się o ścianę dołka, bo o utrzymaniu równowagi nie było już mowy. Wiatr pomiatał mną jak szmatą.
Życie trwa dotąd, dokąd trwa ruch — upierałem się przytomnie.
Zbliżył się kryzys. Zmęczenie i mróz załechtało lewą łydkę bolesnym szarpnięciem. Oho, zaczęło się! W instynktownej obronie wyskoczyłem z beczki i po kilku krokach ugrzązłem w śniegu. Czy pozwoliłem na to nogom? Wszystko stało się tak szybko. Nie pozwoliłem, a jednak opuściłem gwałtownie dół, ubijany przez sześć godzin. Dlaczego tak uczyniłem? — pytałem sam siebie. Śmierć zbliżała się powoli, a mózg kontrolował każdy samowolny ruch. Nie majaczyłem, myśl pracowała trzeźwo.
Brodzenie w głębokim śniegu i naturalne ruchy nóg były najlepszym środkiem na kurcze. Postanowiłem krążyć koło nart aż do rana. Natura stworzyła człowieka do ruchu. Tak jest najlepiej — cieszyłem się z odkrycia. — Gdy będę chodził, przetrwam, a w dołku zamarznę.
Nie okrążyłem swoich nart. Obok krzaka kosówki zapadłem w śnieg do piersi. Usłyszałem wyraźnie, jak narty warczą na wietrze. Aha — pomyślałem — to zdawało mi się płużeniem nart we śnie. But ześliznął się po niewidocznej gałęzi.......


Odpowiedz z cytatem