I końcóweczka:
(...)
Straszliwy mróz oparzył w mokry kark. Dolna szczęka zadrżała tak, że cofnąłem język, aby nie przeciąć go zębami. Zaskomliłem na głos z zimna. Ciało, pozbawione kalorii, nie umiało się już bronić. Z ciekawością rozejrzałem się po świecie. Dwie pomarańczowe smugi przekreślały bury horyzont. Tam był wschód. Mgła kotłowała się na dole, ale sklepienie nieba było czyste, rozświetlone dalekim słońcem.(...)
Przekroczyłem ostry grzebień i w odległości trzystu metrów ujrzałem poniżej dach schroniska.(...)
Skorupa lodu, w którą zdążyłem tymczasem zakrzepnąć, przeszkadzała mi. Rękawy i spodnie pod kolanami nie zginały się wcale. Kilka razy przewróciłem się z osłabienia.
Przed schroniskiem stało troje ludzi i odkopywało okna. Krzyknąłem. Odezwał się mały Wasylek. Poznałem go od razu. Zjechałem do nich, z trudem wytrzymując łatwy szus.
— Dzień dobry, panno Kaziu. Jak się masz, Wasylek! — pozdrowiłem ich. — Czy poznaliście mnie?
Patrzyli wielkimi oczami.
— Czy pan spał na Stajkach? — spytała wreszcie panna Kazia.
— Nie. Trzysta metrów stąd. Na Smotrecu — wskazałem kijkiem za siebie.(...)
W izbie nie było czasu na wytapianie lodu, więc Wasylek przeciął nożem sznurowadła u butów. Siedziałem wyciągnięty na krześle, z dala od ognia, a panna Kazia nad miednicą rozcierała śniegiem moje stopy.
— Jak pan wyszedł od nas tydzień temu na południe, nikt jeszcze nie zaglądał do schroniska. Siedzieliśmy sami i zakładaliśmy się z Wasylkiem, czy pan nie zginie. Kto słyszał w takie pustkowie samemu! Na południe od Kopilaszu zapuszczają się tylko rajdy wojskowe, i to w marcu. Nasz inżynier jest na Maryszewskiej. Nie wrócił wczoraj, bo strasznie kurzyło. Dzisiaj śniło się kucharce, że pan Ziemblic zamarzł w kosówce...Co za zbieg okoliczności! Jest dwadzieścia sześć stopni mrozu. Odmroził pan siedem palców.
— Plus kilka u rąk — uzupełniłem. — Nie wiedziałem, że noc może być
tak strasznie długa. Wasylku, podaj mi lustro.
W lustrze zobaczyłem obcą twarz, czarną od wichru, mrozu i słońca. Wpadnięte oczy dziko wyglądały spod czaszki, ale błyskały w nich ogniki radości.(...)
Zdjąłem nauszniki i zamiast uszu zobaczyłem dwa krwawe, napuchnięte kotlety.
— Panno Kaziu, to nie moja twarz — zaśmiałem się wszystkimi zębami,
— ale uszy żyją, proszę spojrzeć, trochę spuchnięte. I nos jest na miejscu,
proszę go dotknąć. Czy pani wie, "kulminowałem" tej nocy. To tak jak
gwiazda. Właśnie tej nocy. To widać w lustrze. Czy pani mnie rozumie?